18.01.2013 | Czytano: 6582

Dokonał cudu nad Dunajcem

Gdyby ktoś parę lat temu powiedział, że koszykarki z miasta gdzie niepodzielnie króluje hokej na lodzie, wygrywać będą z krakowską Wisłą i Koroną oraz Gorlicami czy Starachowicami, uznanymi firmami w tej branży, na pewno znacząco pukałby się w głowę. A jednak! Znalazł się w Nowym Targu człowiek który dokonał cudu nad Dunajcem. Udowodnił, że praca i wiara góry przenoszą, a zaczynał praktycznie od zera.

Witold Chamuczyński, trener młodzieżowy minionego roku w Plebiscycie Sportowego Podhala, ma w sobie coś, co skutecznie oddziałuje na otoczenie. Niezwykle ambitny, potrafiący wydobyć z zawodniczek najlepsze cechy. Słowa „minimalizm” nie ma w jego słowniku. 

- Czym jest dla ciebie koszykówka?
- Najprościej mówiąc - największą, najdłuższą i najciekawszą przygodą jaka mnie spotkała do tej pory. Dała mi szansę poznania wielu wartościowych osób i jest od lat moim sposobem na życie. Wszystkie przyjaźnie boiskowe są nieśmiertelne, a emocje niezapomniane.

- Trenerskie credo?
- Pracuj! Jeszcze nie spotkałem zawodnika, który osiągał sukcesy bez ciężkiej pracy.

- To łatwy kawałek chleba?
- Jaki to chleb, to widać po śladowej ilości młodych trenerów, którzy przychodzą do zawodu. Nikt, kto ma „olej w głowie”, na dłuższą metę nie będzie wykonywał tak odpowiedzialnej pracy za np. 357 zł.

- Z kim łatwiej pracować z kobietami czy z mężczyznami?
- W pracy z mężczyznami nie trzeba być psychologiem, ale praca z dziewczętami jest chyba spokojniejsza.

- Na ławce jesteś potulnym barankiem czy…
- No cóż, raczej impulsywnym trenerem, ale z wiekiem staram się ograniczać emocje.

- Co najbardziej wkurza – decyzje sędziów czy postawa dziewczyn na parkiecie?
- Przyznam, że wkurzają mnie błędy sędziowskie wynikające z braku koncentracji i arogancji. Na szczęście takie sytuacje nie zdarzają się często. Zupełnie inną sprawą jest postawa dziewczyn. Słaba gra, proste błędy denerwują bardzo, ale właściwie jest to złość na siebie samego, bo to przecież ja odpowiadam za wszystko co robi zespół na parkiecie.

- Gdybyś miał stworzyć idealną koszykarkę, to co musiałaby mieć?
- Dla mnie ideałem koszykarki była Anna Jaskurzyńska, podpora kadry narodowej lat 80-tych, skrzydłowa krakowskiej Wisły. Zawodniczka świetnie wyszkolona technicznie, mimo że karierę koszykarską rozpoczynała w wieku 17 lat. Doskonale grała tyłem i przodem do kosza, dysponowała dobrym rzutem z dystansu, biegała do kontry, świetnie broniła. Kiedy trzeba było grała sprytnie i subtelnie, jak trzeba było, potrafiła „urwać głowę” przeciwnicze. Szkoda, że wyczynową karierę skończyła przed trzydziestką.

- Naturalizowanie sportowców dla Polski – dobry pomysł czy bez sensu?
- Mnie ten pomysł średnio się podoba. Jeśli już to w szczególnych i uzasadnionych przypadkach, ale nie jako zasada budowania reprezentacji narodowej.

– Coraz mniej młodzieży garnie się do sportu. Jaka jest tego przyczyna?
- W Polsce dzieci mają coraz mniejsze możliwości uprawiania sportu. Kluby sportowe, które są najważniejszym ogniwem systemu szkolenia, przeżywają ogromne problemy finansowe. Siłą rzeczy ograniczają ofertę dla młodzieży. Z drugiej strony, młodzież uprawia sport masowo… na Play Station.

- NBA czy NCAA?
- Pół na pół, oglądam regularnie jedno i drugie.

– Jordan czy Bryant?
- Zdecydowanie Jordan, choć obydwaj zawodnicy to ten sam styl gry i pozycja na boisku. „MJ” to jednak idol mojego pokolenia. Jestem starszy od niego o cztery miesiące.

- Ulubiony sport poza koszykówką?
- Siatkówka, piłka ręczna, lekkoatletyka, a ostatnio polubiłem futbol amerykański.

- Życiowa dewiza?
- Nic na siłę, wszystko z umiarem.

- Najbardziej zabawna historia?
- Rozbawiła mnie kontrola wybitnego trenera, którego osiągnięcia długo można wymieniać, na zajęciach prowadzonych przez Mirka Ćwikiela. Zdradzę tajemnicę, że mówi się o Mirku w kontekście prowadzenia młodzieżowych kadr narodowych. Sympatyczny pan, który wizytował zajęcia, zapewne był pierwszy raz na treningu koszykówki i w związku z tym, skupił się na wiwisekcji dzienniczka trenerskiego. Efektem kontroli, było między innymi zalecenie, aby zawodniczki obecne na treningu zaznaczać literką O, a nieobecne literką N. Zabawne historie z czasów, kiedy byłem czynnym zawodnikiem nie nadają się do opowiadania.

- Największe emocje w życiu przeżyłem…
- Podczas półfinałowego mistrzostw świata w piłce ręcznej w 2007. Walczyliśmy z Duńczykami i wygraliśmy 36:33.

- W dzieciństwie byłem urwisem – prawda czy fałsz?
- Fałsz. Raczej byłem spokojnym chłopcem, rodzice nigdy nie byli wzywani do szkoły.

- Oszczędzanie i inwestycje, czy niech żyje bal?
- W dzisiejszych czasach „niech żyje bal” odpada. Oszczędzanie i inwestycje.

- Najbardziej zabawna wypowiedź jaką słyszałeś?
- Bardzo mnie rozbawiła konferencja prasowa minister Muchy po igrzyskach w Londynie. Zapowiedziała, że lepiej będzie za 16 lat, jeśli się sprężymy za 12, a jak się jeszcze bardziej sprężymy, za 8. Pani minister zapowiedziała szerokie konsultacje w 16 województwach z władzami miast, uniwersytetów, związków, klubów, a nawet nauczycielami wychowania fizycznego. Minęło pół roku, a tu - ani słychu, ani dychu.

Dokończ zdanie
- Pierwsze zarobione pieniądze wydałem na…
- Nie będę oryginalny. Kupiłem pierwsze skórzane buty do basketu. Nie były zbyt wygodne, ale grałem w nich trzy sezony.

- W kuchni najlepiej wychodzi mi…
- Wszystko. Tylko nie wiem, czy poza mną, ktoś jeszcze podziela ten pogląd (śmiech).

- Przysmak, którego sobie nie odmówię…
- Pierogi ruskie, tak jak z 30 milionów Polaków.

– Alkohol…
- Dość rzadko, jeżeli już, to przeważnie piwo. Lubię też whiskey.

- Najbardziej chciałbym pojechać w podróż do…
- Polinezja. Oj długo bym nie wracał.

- Najbardziej wkurza mnie, że nie umiem..
- Wielu rzeczy, ale z czasem wkurza mnie to coraz mniej.

- Mam bzika na punkcie…
- Leżenia na plaży i słuchania szumu fal. Już tęsknię za tym.

- Cecha, której najbardziej nie lubię u innych…
- Nie lubię krytykantów, którzy bez względu na okoliczności zawsze wiedzą lepiej, a szczególnie takich, co nigdy palcem w bucie nie kiwnęli.

- Cecha, której najbardziej nie lubię u siebie…
- Podobno jestem bałaganiarzem, ale chyba nie może to być prawda (śmiech).

- Dziennikarze są…
- Po to, aby rzetelnie opisywać rzeczywistość.

– Jeżdżę samochodem …
- Ford Mondeo.

– W telewizji najczęściej oglądam…
- Mam dziewięć kanałów sportowych, parę przyrodniczych, czasem obejrzę film.

– Stosunek do polityki mam…
- Mam, ale… odradzam kolegom nauczycielom wyjawiania swoich preferencji politycznych, to się dobrze nie kończy (śmiech).

– Taniec czy śpiew..
- Robię wiele dla muzyki, ale nie śpiewam. Raczej taniec.

– Nurkowanie na rafie czy lot balonem nad Alpami…
- Nurkowanie na rafie. Lot balonem odpada, wrodzony lęk wysokości.

– Złota rączka czy dwie lewe ręce…
- Myślę, że radzę sobie całkiem przyzwoicie. Sześć lat temu położyłem płytki na balkonie, żadna nie odpadła.

– Przyszłość dla dziecka – znany aktor czy wybitny sportowiec…
- Ani to, ani to. Niech sobie sam wybierze przyszłość. Najważniejsze, żeby to co będzie robił dawało mu satysfakcję.

– Nadużywam słowa…
- Mam takie: „biegaj!” i „broń!”. Wiadomo, że powtórzone zbyt wiele razy stają się bodźcami podprogowymi.

– Czuję respekt przed…
- Memento Mori.



Witold Chamuczyński
Data urodzenia - 12 października 1962, Kraków
Znak zodiaku - waga
Stan cywilny - żonaty
Rodzina - żona Alicja, syn Tomasz.
Pierwszy trener - Wojciech Radzikowski

Kariera zawodnicza - w młodości wcale nie w głowie była mu koszykówka. Grał w piłkę ręczną, w szachy... - „Gryzłem” każdą dyscyplinę po trochu, aż wreszcie trafiłem do basketu – wspomina. Tym sportem zajął się dość późno, bo dopiero w wieku 19 lat. Dzięki kolegom trafił do krakowskiej Korony. Miał dużo szczęścia i talent, bo trener od razu przydzielił go do pierwszej „piątki”. Był głównym filarem zespołu w latach 1982 – 89, najmniejszym skrzydłowym w lidze, a mimo to był najlepszym strzelcem zespołu i pięć razy ligowym królem strzelców (LMW). Jego średnia na mecz przekraczała 15 punktów. Potem przeniósł się do drugoligowego AZS Kraków ( 1989-92). – W AZS- ie był basket inny jakościowo niż w Koronie. Trochę żałuję, że tak późno trafiłem na drugoligowe parkiety – wspomina.

W 1994 roku ożenił się z nowotarżanką, córką byłego hokeisty Podhala i wylądował w stolicy polskiego hokeja. Podjął pracę w nowotarskiej „jedenastce”. Nie mógł jednak długo wytrzymać bez pasji życia - koszykówki. Grał i trenował seniorski zespół Gorców (1994 -2000). W lidze międzywojewódzkiej mógł pochwalić się sporymi sukcesami. W debiutanckim sezonie jego zespół zajął piąte miejsce.

Pozycja w karierze zawodniczej – skrzydłowy.

Kariera trenerska - po zakończeniu sportowej kariery wrócił do Korony w roli szkoleniowca. Rozpoczął od grup młodzieżowych, a skończył na seniorach. Przez trzy lata nie zdołał seniorów wprowadzić do drugiej ligi, ale uczynił to rok później jego… następca. Chamuczyński przygotował mu grunt. Zespół w całości składał się z jego wychowanków. W Koronie pracował jako trener od 1982 do 1994 roku i… serce zagnało go do Nowego Targu. Podjął pracę w Gorcach, szkoląc grupy naborowe i zespół seniorów. Od tego momentu co roku o koszykarzach z stolicy Podhala było coraz głośniej. Kadeci i młodzicy walczyli jak równy z równym, nieraz wygrywając, z renomowanymi firmami koszykarskimi - Wisłą, Hutnikiem i tarnowską Unią. W Gorcach pracował w latach 1994 – 2001 i 2011 – nadal. Obecnie prowadzi drużynę młodziczek oraz kadetek B.

Tekst Stefan Leśniowski

 

Komentarze







reklama