22.04.2021 | Czytano: 8768

Wiktor Pysz dokładnie 20 lat temu wprowadził reprezentację do światowej elity

Polski hokej miał do czynienia z wybitnymi jednostkami i bez wątpienia jedną z nich był Wiktor Pysz. To on ostatni wprowadził drużynę narodową na światowe salony. Dokładnie 20 lat temu 22 kwietnia 2001 roku.



 
Nim jednak został selekcjonerem prowadził drużyny klubowe. Od 12 maja 1980 roku do 15 listopada 1981 dowodził „Szarotkami” doprowadzając je do wicemistrzostwa kraju. Potem wyjechał do Niemiec, pracował w klubach: EV Stuttgart, Augsburger Panthers i  Adler Mannhaim. Po powrocie do kraju szkolił młodzież w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Nowym Targu.   Podczas jego pracy w SMS zadałem mu pytanie: co go pociąga w tym zawodzie?  - W pracy trenera podoba mi się kontakt z zawodnikami. Pozwala mi to wracać do czasów, kiedy sam grałem. Szatnia, stresik, motyle w brzuchu – odparł.
 
W 1999 roku został (pomagał mu brat Marian) selekcjonerem reprezentacji Polski i osiągnął życiowy sukces – w 2001 roku awansował do grupy A mistrzostw świata. W pokonanym polu pozostawił ekipy Francji, Danii i Węgier. Mistrzostwa Dywizji I grupy A rozgrywane były w Grenoble. Prowadzona przez niego ekipa pokonała kolejno: Holandię 4:0, Węgry 3:0, Danię 5:3, Litwę 13:2 i przegrała z gospodarzami czempionatu 2:4. Wynik tego ostatniego spotkania nie miał już większego znaczenia, bo Polacy zapewnili już sobie awans, po tym jak trójkolorowi stracili punkty z Holandią (4:4) i z Węgrami (1:3). Polacy twierdzili, iż ostatni mecz z gospodarzami imprezy został wyreżyserowany przez arbitra.
 
- Byliśmy bezradni wobec tego co wyprawiał sędzia. Poproszono nas, byśmy nie zgłaszali protestu, bo  to na niewiele zdałoby się, a popsułoby atmosferę – mówił po tym spotkaniu Wiktor Pysz, wysłannikowi katowickiego Sportu, Marianowi Czakańskiemu.  – To były „jaja”. Francuzi musieli wygrać, by nie stracić kasy – dodawał Andrzej Schubert.  – Chwała Bogu, ze nikt już nam nie mógł odebrać pierwszego miejsca, bo inaczej z Francuzami byśmy nie wygrali – uważał Michał Garbacz.
 
Podhale miało swoich wychowanków w tym czempionacie. Byli to: Jacek Zamojski, Jarosław Różański, Sebastian Łabuz i  Patryk Pysz.
 
 Wprawdzie w gronie najlepszych biało-czerwoni spędzili tylko jeden sezon, ale pamiętajmy, że na szwedzkich taflach naszym kosztem utrzymała się Japonia, która spaść… nie mogła na mocy odrębnej decyzji IIHF. Wygraliśmy dwa spotkania z najsłabszą Japonią 4:2 i Włochami 5:1.  Zwycięstwa nad tymi ekipami ucieszyły selekcjonera drużyny narodowej, dla którego był to trzeci rok pracy. W reprezentacji naszego kraju po raz pierwszy pojawili się zawodnicy z NHL – Mariusz Czerkawski i Krzysztof Oliwa.  
 
Wiktor Pysz z kadrą pożegnał się w kwietniu 2004 roku po nieudanych mistrzostwach świata Dywizji I grupy B w Gdańsku. Polski zespół rozpoczął je od porażki 0:4 z Włochami. Porażka ta w dużym stopniu ograniczyła możliwości awansu, choć teoretycznie szanse takie pozostawały, jako że Włosi przegrali ze Słowenią i pokonanie tej ostatniej dawało jeszcze nadzieję. Niestety już wcześniej biało -czerwoni się potknęli remisując z Estonią 6:5, a w ostaniem meczu byli zdecydowanie słabsi od Słowenii (1:4), która awansowała.
 
25 lutego 2005 roku będąc asystentem trenera Andrzeja Słowakiewicza, zastąpił go i poprowadził  Podhale w sześciu spotkaniach, z których pięć wygrał.  30 marca tegoż roku jego misja dobiegła końca.  W październiku 2006 roku będąc dyrektorem sportowym SSA Wojas Podhale, zwolnił z funkcji trenera Dimitrija Miedwiediewa i przejął szkoleniowy ster „Szarotek”, doprowadzając je do mistrzostwa Polski (2007).  Dodajmy do tego, że we wspaniałym stylu. Trudno  nie pamiętać tych wspaniałych chwil  nowotarskiego hokeja. Nim jednak jego podopieczni dotarli do finału musieli stoczyć pasjonujące boje z Cracovią. W tych siedmiu spotkaniach rządziła taktyka i spryt trenerski. Najpierw jednak trzeba było doskonale  przygotować fizycznie ekipę do wyczerpujących spotkań. O sukcesie decydowały bowiem detale. Nie wystarczyło sześć spotkań, nie wystarczyło  także 65 minut siódmego meczu, by wyłonić finalistę. Sprawa awansu rozstrzygnęła się dopiero w karnych. Ta półfinałowa seria była triumfem taktyki trenera Wiktora Pysza.
 
Już w pierwszym meczu zaskoczył rywali, desygnując do pierwszej formacji atakującej nominalnego obrońcę Bartka Piotrowskiego, powierzając mu zadanie  wyeliminowania z gry najgroźniejszego strzelca „Pasów”, Leszka Laszkiewicza. Udało się, bo krakowianin nie zdobył gola. Kolejne potyczki to kolejne próby przechytrzenia Rudolfa Rohaczka – raz udane, drugi raz nieudane z powodu mniejszej możliwości przesuwania graczy na trenerskiej „szachownicy”, przeszkodziły  kontuzji kluczowych graczy. Ostatecznie jednak triumfowała myśl nowotarskiego szkoleniowca.
 
Po przejściu Cracovii  musiał główkować jak rozprawić się z tyską drużyną. Przyznał się, że spacery po lesie pomogły mu się wyluzować, oczyścić głowę i przemyśleć taktykę na decydujące boje. No i taktyka okazała się kluczem do zwycięstwa.  
 
„Szarotki” nie były faworytem, bo też sezon zasadniczy ukończyły na czwartej pozycji. Targana personalnymi konfliktami drużyna przynosiła swoim fanom więcej rozczarowań niż radości. Jednak prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym jak kończą, a nie zaczynają.  To też zasługa trenera Wiktora Pysza, który potrafił dotrzeć do zawodników, zmobilizować ich i przekonać do swojej koncepcji gry.  W dodatku jego podopieczni w Nowym Targu musieli jeszcze walczyć z… kiepskim lodem.
 
- Finezyjnych zagrań nie można było oczekiwać na tak fatalnym lodzie. Jesteśmy techniczną drużyną i trudno na takiej tafli grać szybkim krążkiem. Nie mogliśmy rozgrywać przewag, bo krążek zatrzymywał się w wodzie – podsumował drugą potyczkę, Wiktor Pysz.
 
Jego zespół był w wielkim gazie. Wygrał rywalizację z Tychami 4:1 i tylko  w trzecim meczu rywal w karnych okazał się lepszy. Kwestia mistrzowskiego tytułu rozstrzygnęła się w piwnym mieście. Ostatnia konfrontacja to popis gry „Szarotek” dowodzonych przez Wiktora Pysza, który   nie  pozwolił się podrzucić na tyskim lodzie. Ale po przyjeździe do Nowego Targu już nie udało mu się uniknąć dziękczynnego rytuału. „Wiktor Pysz, Wiktor” – śpiewała publiczność, gdy fruwał w powietrzu.  –  To było nie do uniknięcia – przyznał.
 
W kolejnym sezonie, po serii niepowodzeń prowadzącej przez niego drużyny, 31 października  został zwolniony z funkcji trenera Podhala. Jego bilans spotkań,  w których dowodził Podhale, łącznie z latami 1980-81 zamknął się liczbą 126 spotkań, z których wygrał 77 i 9 zremisował.   2 września 2008 roku objął funkcję kierownika wyszkolenia PZHL.
 
- Jestem szkoleniowcem i długo bez tego nie da się wytrzymać. Przerwa w pracy trenerskiej dobrze mi zrobiła, z dystansu zacząłem dostrzegać rzeczy, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Oczywiście mam świadomość, że wyzwanie jest duże. Głęboko jednak wierzę, że w najbliższym czasie sytuacja w polskim hokeju się unormuje – mówił Wiktor Pysz, który 1 sierpnia 2009 kolejny raz  przejął ster hokejowej reprezentacji kraju.
 
Wart podkreślenia jest fakt, iż wygrał z zagranicznymi kandydatami na to stanowisko. M.in. z 57- letnim Kanadyjczykiem.   Lawrence Sacharuk – bo to on rywalizował z nowotarżaninem - miał bogatą biografię i gdyby nie kwestie finansowe, to zapewne on byłby selekcjonerem reprezentacji Polski.
 
W 2012 roku turniej o mistrzostwo świata (Dywizja IB) rozgrywany był w Krynicy. Trener otrzymał zadanie wprowadzenia biało- czarownych do Dywizji IA. Był  to pierwszy turniej tej dywizji po reformie przeprowadzonej przez IIHF.  Walka o awans rozegrała się między Koreą Południową a Polską.  To był ostatni mecz turnieju. Oba zespoły  do momentu spotkania nie doznały porażki, Azjaci stracili tylko jednej punkt wygrywając po dogrywce z Holandią 4:3. Nikt z polskich kibiców nie przypuszczał, tym bardziej, iż biało –czerwoni prowadzili, że mecz może zakończyć się dla nich klęską. Bo  nawet porażka w najmniejszych rozmiarach tak była traktowana. Miał być awans do grona średniaków!
 
„Koszmar”  - tak zatytułował katowicki Sport relację z tego spotkania.  Polacy prowadzili 2:0 i mieli mnóstwo okazji, by pogrążyć Azjatów. Tymczasem ci się podnieśli i decydujące trafienie zadali po błędzie Przemysława Odrobnego. W 52 min. Hung Joon Kim zza bulika wystrzelił krążek w stronę bramki. Odrobny był źle ustawiony i  - ku rozpaczy kibiców – „kauczuk” wpadł do siatki…
 
- Co do mojej przyszłości, to wstrzymuję się z jakimkolwiek komentarzem – powiedział tuż po meczu Wiktor Pysz.  Szybko się okazało, że był to ostatni jego mecz na ławce trenerskiej reprezentacji. Z tej funkcji został odwołany 21 czerwca 2012 roku. Drużynę narodową w oficjalnych spotkaniach międzynarodowych prowadził 89 razy. Bilans: 43 wygrane, 5 remisów i 41 porażek.
 
Z serii „Trenerskie osobowości” ukazały się:
Partyjne igraszki
 
Internowanie, bojowe granaty, pertraktować z diabłem…
 
Igrzyska z tajniakami
 
Został pan generałem.
 
O sukcesach łatwo się zapomina.

Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama