02.07.2020 | Czytano: 9737

Partyjne „igraszki”, pijackie wyczyny, czyli nieznana historia wyjazdu do Lake Placid

- Sam wyjazd na igrzyska, to historia, która nigdzie jeszcze nie została opisana. A jest godna książki – twierdzi Czesław Borowicz, wybitny trener hokeja na lodzie, selekcjoner naszej kadry narodowej, z którą uczestniczył w igrzyskach olimpijskich w Lake Placid.


 
Niewiele brakowało, a  przez partyjne  „igraszki”  biało –czerwoni nie wystąpiliby w igrzyskach olimpijskich. Gdy już udali  za ocean dała o sobie znać polska zła natura. Ale po kolei.
 
Partia bała się, by ją krew nie zalała
 
- Sam wyjazd na igrzyska, to historia, która nigdzie jeszcze nie została opisana. A jest godna książki – zaczyna swoją opowieść Czesław Borowicz, selekcjoner drużyny narodowej.  -  W czerwcu, gdy Jan Paweł II przebywał w Krakowie, musiałem jechać do ministra, który mianował mnie trenerem drużyny narodowej.  Już wtedy Marian  Renke, prezes PKOL, zakomunikował, że udział w igrzyskach jest niepewny. A to dlatego, że mistrzostwach świata przegraliśmy z ZSRR aż 0:20, a  w trakcie igrzysk  zaplanowany był zjazd PZPR  i partia bała się, by nie doszło do wysokiej przegranej. Wtedy by ich krew zalała. Renke zapewnił jednak, że będzie rozmawiał w Komitecie Centralnym PZPR.
 
Pokoleniowa zmiana
 
Gdy Czesław Borowicz przejmował kadrę, ta musiała zostać odmłodzona. Pokolenie, które ograło ZSRR w Katowicach zakończyło przygodę z drużyną narodową, a minister i partia żądała dobrych wyników.
 
- Pokolenie Ziętarów, Jaskierskich i Słowakiewiczów  odeszło.  Wtedy Podhale miało młodych i obiecujących graczy – Sikorę, Jachnę, Ujwarego, Janczego, A. Chowańca,  L. Bizuba… Na pierwsze zgrupowanie powołałem z Podhala 15 zawodników. Jak miałem zapewnić ministra, że nie będziemy dostawać batów jak za Sławomira  Bartonia, z graczami,  którzy nigdy w reprezentacji nie grali, mieli zero doświadczenia. Renke, we wrześniu,  ponownie wezwał mnie  do siebie. Był  przy naszej rozmowie Pawluk wiceprzewodniczący GKKF. W obecności prezesa PZHL Wiesława Witczaka, zadano mi pytanie:  „jak wyobrażam sobie wyniki na igrzyskach?” Ja na to: „ Mam żółtodziobów, którzy nigdy w reprezentacji nie grali. Pracujemy ciężko, byliśmy po zgrupowaniach w Zakopanem i Cetniewie, byliśmy na turnieju w RFN i Kijowie na turnieju Sowieckiego Sportu. Tam nieźle się zaprezentowaliśmy. Nasza drużyna regularnie wysoko przegrywała z radzieckimi drużynami klubowymi, nawet z czołówką drugiej ligi, a teraz walczyliśmy jak równy z równym.  Mam plan przygotowań, ale nie mogę mówić o wynikach. Zapewniam, że wstydu polskiemu hokejowi nie przyniesiemy”.
 
Pieprzony polityk
 
Jego  ekipa dostała  kolejne ultimatum. Tym razem decyzja miała być podjęta po  dwumeczu z NRD na wyjeździe.
 
-  Pracowaliśmy mocno  nad siłą i wytrzymałością jako podbudowę pod igrzyska. Mecze z Niemcami rozegraliśmy na zmęczeniu – tłumaczy selekcjoner. -  Nie było szybkości, świeżości  i przegraliśmy jedną bramką (0:1 w Weisswasser i 3:4 w Berlinie).  Ponownie musiałem tłumaczyć ministrowi, że przygotowuję formę na igrzyska i wtedy będziemy  grać lepiej. Pawluk zarzucił mi, że co innego mówiłem we wrześniu. Wkurzył mnie. „ Ma pan zapisane co mówiłem, bo ja mam. Mam wyciągnąć kajet?” – wykrzyczałem do niego.  Renke załagodził sprawę, bo pieprzony polityk próbował mnie wrabiać. Nie podjęto wtedy  decyzji,  miała zapaść  dopiero po  meczach w Rydze,  Moskwie i  Finlandii.  Przed wyjazdem byłem u Anatolija Murawiewa, wówczas trenera Baildonu.  Mądry trener z pokolenia Anatolija Tarasowa i Arkadija  Czernyszewa. Zapytałem go o fiński zespół. Powiedział, że jeśli mój zespół  będzie dobrze przygotowany fizycznie i potrafi wytrącić rywalowi technikę na szybkości, ale u źródła, zagrać  agresywnie i  zaryzykować, to   wtedy mamy jakieś  szanse. Przestawiłem drużynę na pressing i to było bez znaczenia z kim graliśmy. Ryzykowaliśmy, że dostaniemy dwucyfrówkę, ale graliśmy bardzo agresywnie, bo za Sławomira Bartona grano systemem  1-2-2. Naszym nie leży hokej pasywny, nasi muszą walczyć. Drużyna robiła w pressingu bardzo duże postępy. Miałem cel, by za trzy lata wejść do grupy A.  Musieliśmy się parametrami fizycznymi zbliżać do światowej czołówki. Po raz pierwszy dostałem od ministra magnetowid z operatorem na mecze z Suomi. Zrobiłem instruktarz  operatorowi, bo nigdy nie robił hokeja tylko pracował przy siatkówce i koszykówce.  Przegraliśmy wysoko (3:7 w Savonlinna i 2:8 w Kuopio), ale nie zagraliśmy pressingiem tak jak z zespołami radzieckimi, z którymi walczyliśmy jak równy z równym.  Nie chciałem się ujawniać przed igrzyskami, więc graliśmy systemem  1-2-2.
 
Modelowa piątka
 
Po powrocie doszło kolejny raz do spotkania u ministra. Miała zapaść definicyjnie decyzja – jadą czy nie jadą?  Kolejny raz  selekcjoner musiał tłumaczyć i zapewniać, że jego podopieczni nie  zawiodą.


 
- Tłumaczyłem ministrowi, że  każdy zawodnik z Finlandii jest lepszy od naszego na każdej pozycji.  Nie znaczy to, że z góry stoimy na straconej pozycji. Zapewniałem, że mam taktykę i będziemy chcieli wykorzystać materiał utrwalony na taśmie. Zrobiłem analizę gry Finów i będziemy grali o zwycięstwo.  Miałem zespół naukowo –badawczy i  wiele rzeczy wychwyciłem. Utworzyłem modelową piątkę Gruth, Synowiec, Zabawa, Jobczyk i Małysiak na podstawie badań. Ta formacja strzeliła trzy pierwsze bramki podczas igrzysk i Finowie nawet nie wiedzieli jak i kiedy. Renke stwierdził, że czekają go dalsze rozmowy, ale w KC PZPR będzie optował za wyjazdem.  Decyzja KC miała być podjęta dopiero w lutym. Wstępnie drużyna była zgłoszona, ale w lutym miał być potwierdzona. W tamtych czasach to był olbrzymi koszt.
 
Zawirowania z Nikodemowiczem
 
Problemem dla dygnitarzy związkowych był Emil Nikodemowicz. Pierwszy trener namaścił go drugim szkoleniowcem, ale w ostatniej chwili władze próbowały zmienić decyzję.
 
- Początkowo  Jurek Mruk miał być drugim trenerem, ale po artykule Domańskiego w Przeglądzie Sportowym, który nazwał go asystentem, obraził się.  Wziąłem Emila  Nikodemowicza. Prezes wtedy powiedział: „ ma pan wszystko do wygrania i wszystko do przegrania. Drużyna narzeka na Nikodemowicza i chce żeby wybrał pan kogoś innego”. W 1976 roku, gdy jechano na igrzyska do Innsbrucku,  Nikodemowicza, który czekał pod halą w Katowicach,  nie wzięto, a coachem wtedy został Józef Batkiewicz. Ambicja mi nie pozwalała, żeby prezes  mi namieszał. „Jak rekomendowałem Emila na zarządzie, to gdzie wtedy byliście? – zapytałem prezesa. Problem był inny. Jeśli hokeiści jechaliby na igrzyska, to o wiele więcej działaczy pojechałoby. Takie były wtedy proporcje. Okazuje się, że działacze chcieli jechać, ale…  Renke  ich zaskoczył.  Wyznaczył na   kierownika ekipy dr Bogdana  Janczewskiego i dodał, że pojadą  tylko trenerzy i nikt więcej.


 
„Hazard jest wpisany w sport, ale hazardzistą  nie będę. Jeśli chcecie wymienić Nikodemowicza, to proszę sobie szukać trenera na moje miejsce” – powiedziałem.  Prezes się wtedy  wkurzył. Nazajutrz o 11 miał być zatwierdzony skład. Miałem się stawić na „dywaniku” kwadrans wcześniej, ale minister nie pojawił się.    Janczewski radził mi, żebym się nie wygłupiał, bo szkoda mojej pracy. Odpowiedziałem: „Jestem góralem i łatwo się nie poddaję. Już raz zrobili w konia Emila, drugi raz już nie zrobią. Nie pozwolę na to. Nie zmienię zdania” – powiedziałem stanowczym  głosem.  Spóźniony prezes  zatwierdził skład.  Ani słowa nie było o Nikodemowiczu. Jak zapadła  decyzja pojechaliśmy na cztery mecze do USA. Zaproponowałem, by pojechali  jeszcze dwaj gracze, gdyby doszło do kontuzji oraz prezes i kierownik. Po tournée wrócą do domu.   Minister zaklepał.
 
Walka o paszport dla Jachny
 
- W Nowym Jorku zostaliśmy godnie powitani, było wszystko załatwione – noclegi, bilety lotnicze, a prezes dostał 20 dolarów na osobę.  Zjawił się też Waldek Jachna i czekał na nas. Bratu Leszkowi chciał wbić do głowy, żeby nie myślał o zastaniu zza Oceanem. „Niech pokaże jak gra w hokeja i zdobędzie szlify w reprezentacji Polski i wyjedzie zagranicę jako zawodnik. Zarobi pieniądze jako zawodnik,  a nie robotnik” – argumentował. Na wrześniowy wyjazd do RFN Leszek nie dostał paszportu.  Wybrałem się do Komedy Wojewódzkiej w Nowym Sączu, rozmawiałem z komendantem i wtedy mi powiedział, że brat wyjechał nielegalnie, a Leszek, jak był na bani to miał powiedzieć, że też zostanie. To był gość z Krynicy i przyznał się, że jest sympatykiem hokeja. Zapytał mnie: „ da pan za niego głowę?” Odpowiedziałem:  „dam, jeśli z nim porozmawiam”.   Leszek zapewnił mnie, że  nie pije alkoholu, że  to absolutna bzdura.  Stwierdził, iż marzy  o grze w reprezentacji, cieszy się, że jest w kadrze, w której chciałby pograć kilka lat, zdobyć doświadczenie i wyjechać do zagranicznego klubu.  Podał mi rękę, że dotrzyma słowa, a ja wtedy pułkownikowi powiedziałem, że daję za niego głowę.  Dostał paszport.
 
Walka z pijanymi działaczami
 
W Stanach Zjednoczonych trzeba było walczyć o diety z pijanymi towarzyszami wyprawy. – Część wypłacili, a resztę mieli dać zawodnikom przed przedostatnim meczem. Kierownik, po tym jak Amerykanie odjechali,  powiedział:  „Ku…co to za organizacja?” Rada drużyny zapowiedziała, że jak nie dostaną diet, to nie zagrają.  Poinformowałem  o tym prezesa. Czekali czy zawodnicy się postawią. Jak drużyna się nie rozbierała, to dopiero oszuści wypłacili. Byli wkurzeni. „Jak będziemy się żywić” – zastanawiali się.  Bardziej za co  mieliby pić.    Modliłem się, żeby już ci oszuści wyjechali, bo w ostatnim dniu byli pijani i nie mogłem się doprosić listy, w jakich pokojach śpią zawodnicy.  Czterysta pokoi trzeba było nasłuchiwać. Wtedy kierownik w pijackim widzie doczepił się Nikodemowicza. Wziąłem go za parchatki i  niewiele brakowało, bym mu przyłożył. „Niech się pan opanuje, bo na dzisiaj nie jest pan kierownikiem drużyny” – przypomniałem mu.  Rano kwadrans po piątej nie było prezesa i kierownika, a autokar czekał.  Dowiedzieliśmy się gdzie mieszkają. Prezes się znalazł, ale kierownika nie było w pokoju. Wsiedliśmy do autobusu. „Mamy na jednego człowieka czekać, czy sam dojedzie jak wytrzeźwieje” – zapytałem prezesa.  W ostatniej chwili Jurek Potz  przywlekł  go do autokaru. Oni wracali do kraju, a  my pojechaliśmy do Lake Placid.
 
Finowie  w szoku. 140 dolarów od ministra
 
Biało –czerwoni turniej zaczęli od wysokiego „C”.  Postarali się ogromną niespodziankę, pokonując Finlandię 5:4. Niespodziewany sukces, ale zasłużony. Polacy pokazali, że potrafią, przy odpowiedniej motywacji, skrupulatnym przygotowaniu i żelaznej realizacji założeń taktycznych – pokonać nawet teoretycznie dużo silniejszego przeciwnika.


 
- Zagraliśmy agresywnie, czym zaskoczyliśmy rywala.  On chyba nas trochę zlekceważył. Zapewne myślał, że zagramy pasywny hokej, tak jak podczas towarzyskich spotkań.  Zawiedli się. Pierwszy gracz, który atakował nie patrzył krążka, tylko w zawodnika, a drugi asekurował krążek. Jeśli pierwszy nie trafił w chłopa, to drugi musiał go trafić, a trzeci skupiał się na krążku. Nim Finowie się zorientowali co się dzieje, prowadziliśmy 3:0 po 20 minutach gry. W końcówce meczu Finowie u Ujwarego zauważyli wykrzywioną łopatkę kija. To był efekt tego, że zawodnicy palili papiery pod prysznicem i wyginali łopatkę kija.  Nasz obrońca dostał 2 minuty, a Finowie wycofali bramkarza i grali z przewagą dwóch graczy. Wybroniliśmy się. Renke był niezwykle szczęśliwy.  Został naszym kibice, a ja mogłem wtedy załatwić wszystko co chciałem. Skorzystałem z okazji.  Powiedziałem mu, że rywale gazowymi palnikami wykrzywiają elegancko łopatkę. Wysupłał 140 dolarów i kupił wyginarkę.  
 
W drugim meczu nasz zespół stanął przed kolejną, wielką szansą – do pojedynku z Kanadą. Przegraliśmy 1:5, ale…
 
- Stoczyliśmy wyrównany mecz. Oddaliśmy dwa razy więcej celnych strzałów niż Kanadyjczycy, ale oni nas ograli skutecznymi kontrami.  Równie honorowy wynik uzyskaliśmy z ZSRR (1:8), by w przedostatnim występie olimpijskim przegrać z wkurzoną Holandią 3:5. To miała być zemsta, za to, że ekipa trenera Józefa Kurka, zdaniem Holendrów, sprzedała mecz  na mistrzostwach świata  i nie utrzymali się w grupie. Trzeba  jednak przyznać, że mieliśmy słabszy dzień. Byliśmy bliscy awansu, gdyby nie to, że Kanadyjczycy podłożyli się Finom. Ich bramkarz sam wrzucił sobie krążek do bramki.  I to Finowie  zakwalifikowali się. Ostatni pojedynek z Japonią wygraliśmy 5:1, górowaliśmy nad przeciwnikiem zdecydowanie.
 
CZESŁAW BOROWICZ – ur.  6.7. 1941 Nowy Targ. Dla hokeja odkrył go ówczesny trener kadry seniorów Andrzej Wołkowski na jednej z licznych nowotarskich ślizgawek. Przeszedł wszystkie szczeble wtajemniczenia hokejowego. Jego pierwszymi nauczycielami byli: Mieczysław Chmura (w szkółce), następnie w juniorach Tadeusz Dolewski i Stefan Csorich, który wówczas był równocześnie trenerem seniorów. Trafił do hokeja, dzięki podarowanym przez długoletniego wikarego z Nowego Targu Leona Krejczy, łyżwom. Mieszkał blisko lodowiska, spędzał więc na nim większość dnia. W 1959 roku z juniorami Podhala sięgnął po pierwszy w historii tego klubu tytuł mistrzów Polski, przejmując berło po katowickim Starcie. Rok później „Szarotki” powtórzyły ten wyczyn, a Czesław Borowicz został wybrany najlepszym obrońcą finałowego turnieju. Podczas studiów grał przez 5 lat w drużynie seniorów Cracovii. Jest absolwentem Wyższej Szkoły Rolniczej, inżynierem melioracji wodnych. Po studiach powrócił do Podhala, gdzie trenerem był Frantisek Vorisek, którego uważa za swojego hokejowego ojca. W latach 1966 - 69 występował w pierwszej drużynie seniorów, przyczyniając się do zdobycia drugiego w historii Podhala tytułu mistrza Polski (1969). W tym samym roku był członkiem kadry narodowej i  występował w reprezentacji w międzynarodowym meczu przeciwko Japonii w Łodzi i Warszawie. Było to tuż przed mistrzostwami świata w Lublanie. 


 
W 1969 roku przeniósł się do pracy w Zakładach Chemicznych w Oświęcimiu. Grał tam  i równocześnie trenował juniorów Unii. Po roku wprowadził ich do Centralnej Ligi Juniorów oraz do finału mistrzostw Polski zdobywając w nich IV miejsce (1971 r.). W 1973 roku juniorzy Unii wspólnie ze Stilonem Gorzów zdobyli mistrzostwo Polski juniorów CRZZ pozostawiając w pobitym polu rówieśników Podhala. Czesław Borowicz wychował w Oświęcimiu wielu reprezentantów Polski we wszystkich kategoriach wiekowych: Jana Madekszę, Henryka  Kajzerka,  Wiesława i Adama Mrowców,  Jerzego Kotylę, Jacka Gębczyka, Zygmunta Osobę. Seniorów Unii trenował w latach 1976-78. W 1977 roku jego drużyna występując w drugiej lidze nie straciła w ciągu rozgrywek punktu, zajęła pierwsze miejsce, ale przegrała baraż o awans do ekstraklasy z Cracovią.
 
 Borowicz po uzyskaniu dyplomu w krakowskiej Akademii Rolniczej, swój czas i zainteresowania podzielił na pracę zawodową, hokejową i trenerską. Ponieważ Polska nie dorobiła się wyższej uczelni sportowej ze specjalnością hokeja na lodzie, a Borowicz koniecznie chciał podnieść swoje kwalifikacje, po skończeniu studium trenerskiego na WSWF w Katowicach,  zaczął zabiegać o przyjęcie na praską uczelnię. Nie łatwo było otrzymać indeks  Wyższej Szkoły Trenerskiej Uniwersytetu Karola w Pradze, gdzie głównym wykładowcą był prof. doc. Vladimir Kostka. Borowiczowi wydatnie pomógł w tym Franta Vorisek. W 1980 roku, jako pierwszy Polak, ukończył studia w katedrze V. Kostki.
 
 W 1978 roku wrócił do Nowego Targu - macierzystego klubu, gdzie do 1 czerwca 1979 roku piastował stanowisko trenera koordynatora Podhala. W tym dniu powierzono mu pierwszą reprezentację kraju. Z drużyną narodową pracował trzy lata i ponownie „wylądował” na krótko w Podhalu. Potem przez pół roku szkolił pierwszą drużynę GKS Katowice. Jesienią 1984 roku wyjechał do Szwajcarii, by przez cztery lata pracować w pierwszoligowym zespole Ambri jako trener juniorów. Odpowiadał za całość szkolenia grup młodzieżowych w tym klubie. Kolejne dwa lata spędził w Asconie (tamtejsza liga regionalna) jako tzw. główny trener oraz wiceprezydent komisji technicznej w klubie i członek komisji Szwajcarskiego Związku Hokejowego dla kantonu Ticino.
 
 Do kraju powrócił w 1990 roku. Był jednym z animatorów założenia hokejowej fundacji im. „Elka” Kilanowicza, szkolił równocześnie młodzież. Jako miłośnik wyczynu sportowego wykazuje się od zawsze iście renesansową strukturą zainteresowań, więc nic co nowotarskie nie jest mu obce. Dlatego upomniał się o sportowca z tego miasta, specjalistę od ekstremalnych rajdów motocyklowych enduro Tadeusza Błażusiaka. W połowie lat 90. sprawował urząd burmistrza Nowego Targu.  Od 2007 roku jest prezesem Nowotarskiego Klubu Olimpijczyka.
 
Stefan Leśniowski

 

Komentarze

zobacz wszystkie tabele
reklama