Puchar Polski rozgrywany jest od 2000 roku. Przechodnie trofeum do 2013 roku było we władaniu PZHL, po tym roku jego właścicielem jest PHL– organizator rozgrywek. Zgodnie z regulaminem puchar na własność może otrzymać klub, który wygra turniej pięciokrotnie bądź trzy razy z rzędu. W historii zdarzyło się to raz. W 2008 roku GKS Tychy zdobył Puchar Polski trzeci raz z rzędu i otrzymał trofeum na własność.
Pierwsza edycja rozgrywek o Puchar Polski odbyła się w sezonie 1968/1969, chociaż nie wszyscy statystycy są zgodni, co do tego. Podobnie jak do drugiej edycji, która rozgrywana była w 1971 roku za poprzedni rok.
W 80– tych grano o Puchar PZHL i katowickiego „Sportu”, gdzie najwyżej dochodziły zespoły nowotarskiego Podhala i bytomskiej Polonii. Oba te zespoły trzykrotnie zdobywały puchar. Podhale w latach 1985-87, a bytomianie w 1983, 88 i 89. W 1982 roku trofeum to znalazło się w rękach Naprzodu Janów, a w 1984 – GKS Tychy. W roku igrzysk olimpijskich w 1964 r. walczono o puchar PKOL.
Hokeiści Podhala sześć razy dotarli do finału Pucharu Polski. Po raz pierwszy zmierzyli się w finale w Krynicy z Unią. Podhale było wtedy w przebudowie. Ratowania „Szarotek” podjął się trener Andrzej Słowakiewicz. Jego młody i niedoświadczony zespół musiał uznać wyższość oświęcimian.

Podhale dwukrotnie zdobyło to trofeum. W obu przypadkach turniej finałowy rozgrywany był w Warszawie. Można rzec, że stolica była szczęśliwa dla żółto-granatowo – czerwonych.
Watra i zbójnicki na lodzie
W styczniu 2004 roku Podhale po raz pierwszy wygrało Puchar Polski. Po ostatniej syrenie meczu z Toruniem fani Podhala, przy muzyce kapeli góralskiej, zgotowali hokeistom gorącą owację. Prezes SSA Wojas Podhale, Stanisław Małecki ubrany w stój góralski odtańczył na lodzie zbójnickiego, wokół „watry” powstałej z płonącego kapelusza. W jego ślady poszedł cały zespół.
- Dwa zdobyte puchary w Warszawie to niesamowite przeżycie, które do dzisiaj wspominam z wielkim sentymentem – przyznaje Stanisław Małecki. – Na pierwszy puchar pojechałem z kapelą góralską, a w torbie miałem strój góralki. Dzień wcześniej pojechała ekipa państwa Winiarskich z cateringiem. W dużym kotle gotowali góralskie potrawy. Razem z Toruniem byliśmy organizatorem finałowego spotkania. Do ostatniej chwili czekałem czy wygramy. Gdy zawyła ostatnia syrena wskoczyłem w strój góralski i z ciupagą wyruszyłem na taflę, by świętować z hokeistami. Kapela szła za mną. Wtedy zaczęło się dziać… Niesamowita historia. Zrobiliśmy niesamowity show i jednocześnie promowaliśmy nasz piękny region.

Niewiele brakowało, by z radości były nici. Hokeiści z Nowego Targu z przygodami i z dość dużym opóźnieniem dotarli do stolicy. Mieli wypadek drogowy. Tylko dzięki przytomności kierowcy nowotarżanie uniknęli zderzenia z betonowym słupem w Krakowie.
- Spóźniliśmy się do stolicy. Gdy dojeżdżaliśmy torunianie kończyli rozgrzewkę - przypomina Andrzej Słowakiewicz. – To przez długie procedury związane z wypadkiem. To wydarzenie miało wpływ na przebieg pierwszej tercji. Staraliśmy się wejść w rytm meczowy, ale osiągnęliśmy go dopiero w kolejnych odsłonach. Gdy wróciliśmy do swojego systemu gry, to torunianie pękli. Pokazaliśmy się w stolicy z dobrej strony oficjelom różnej maści.
Ciupagą w głowę
- Następny turniej w stolicy organizował Oświęcim. Wszyscy byli ogromnie zawiedzeni, że przyjechałem bez stroju góralskiego i kapeli. Wytłumaczyliśmy, że nie można powielać tych samych pomysłów – wspomina Stanisław Małecki.
- Każdy z kibiców wchodzących na mecz dostał koszulkę Unii i musiał ją ubrać. Byli z musu kibicami oświęcimskiego klubu – wspomina Andrzej Słowakiewicz.
- A my bez góralskiego stroju, bez kiszki z kapustą i dwukrotnie wędzonej kiełbasy, jak wcześniej, wygraliśmy – śmieje się Stanisław Małecki.

- Gdy strzeliliśmy gola kibice w koszulkach Unii bili nam brawo. Prezesi Unii nie wiedzieli co jest grane. Mieliśmy publikę za darmo - dodaje popularny „Mąka”.
– Jeden z działaczy Unii zwrócił się do prezesa Kazia Woźnickiego: „Co k… znowu dałeś się ograć Małeckiemu” – z dumą mówi Małecki. – Po finale nie zostaliśmy przez Unię zaproszeni na bankiet. Na szczęście w przydrożnej knajpce, którą już zamykali, spotkaliśmy sympatycznych ludzi, którzy wrzucili co trzeba na patelnie i ugościli nas.
Bardzo niezadowoleni po meczu byli oświęcimianie. Jeden z oświęcimskich VIP-ów rzucił krótko: - Dostaliśmy ciupagą w głowę.
24 rzuty karne
Niestety trzeciego z rzędu pucharu nie udało się wywalczyć. Nie pomógł nawet atut własnego lodowiska i doping blisko 2000 gardeł. Trofeum i czek na 30 tysięcy złotych pojechały do Torunia.
– Za bardzo chcieliśmy i presja nas zjadła. Na przeszkodzie do sukcesu stanął mający swój dzień bramkarz przeciwnika. Bronił w nieprawdopodobnych sytuacjach. Inna rzecz, że pod jego bramką zbyt nerwowo było na hokejkach moich graczy. Karne to loteria. Boli, że przed własną publicznością nie potrafiliśmy zwyciężyć. Widowisko było przednie, ale do pełni szczęścia zabrakło skuteczności – powiedział trener Podhala, Lubomir Rohaczik.

Ci, którzy nie wybrali się wtedy do nowotarskiej hali mieli czego żałować. Nieczęsto można być świadkami nieprzeciętnych emocji, niesamowitej walki przez 65 minut i oglądać 12 serii rzutów karnych! To był wspaniały występ tercetu Jarosław Różański – Marcin Kolusz – Marcin Kacir, który grał szybkim krążkiem, z pierwszego. To był właśnie klucz do rozmontowania defensywy gości. Z kolei strzały po lodzie, były receptą na pokonania toruńskiego golkipera.
23 rzut karny na gola zamienił Suchomski, a potem Łabuz nie potrafił pokonać bramkarza rywala i w obozie toruńskim zapanował szał radości.
„Na tyle nas było stać”
Na kolejny finał czekali kibice „Szarotek” do 2015 roku. Również turniej odbył się w Nowym Targu, a przeciwnikiem Podhala była Cracovia. - Na tyle nas było stać. Nie byliśmy w stanie przeciwstawić się przeciwnikowi – powiedział po finale Krzysztof Zapała.
„Szarotkom” zabrakło atutów, a może i szczęścia, by skutecznie przeciwstawić się krakowianom. Liczby nie kłamały „Pasy” oddały 28 strzałów, Podhale odpowiedziało 16. W całym meczu 36:22 i skończyło się 5:0 dla drużyny Rudolfa Rohaczka.
- Zagraliśmy wysoko, wymuszając błędy przeciwnika. Do tego uważnie w defensywie. Świetnie bronił Radziszewski. Zawodnicy grali odpowiedzialnie i realizowali założenia taktyczne – powiedział Rudolf Rohaczek.
- Raz się wygrywa, raz przegrywa. To sport. O sukcesie decyduje dyspozycja dnia. Zespołem lepiej dysponowanym była Cracovia. Miała też dużo szczęścia. Drugi gol zdobyła po rykoszecie, trzeci był samobójczy. Nam zabrakło jednej bramki, by dostać wiatr w żagle. Mieliśmy swoje sytuacje, ale Radziszewski był świetnie dysponowany. Nie byliśmy faworytem, finał to duży sukces i ważny, perspektywiczny krok – podsumował Marek Ziętara.
Katastrofa w drugiej tercji
W grudniu ubiegłego roku Podhale znowu stanęło do boju o to trofeum. Po świetnym meczu z Tychami i dość niespodziewanej wygranej. „Mistrz Polski za wyrzucony za burtę przez Podhale!” – krzyczały tytuły gazet.
Nazajutrz w finale podopieczni Tomka Valtonena nie sprostali jastrzębianom. - Dawno nie zdobyliśmy żadnego trofeum i chcielibyśmy podnieść Puchar Polski w Tychach – te słowa na łamach „Sportu” wypowiedział kapitan JKH, Radosław Nalewajka. I okazały się prorocze. Hokeiści z Jastrzębia sięgnęli po to trofeum i to w imponującym stylu.
„Szarotki”, po bezbramkowej pierwszej tercji, fatalnie zagrały drugą. Już w 25 sekundzie stracili gola. To był początek nieszczęść górali, którzy zaczęli popełniać seryjnie błędy w defensywie, przegrywali również wznowienia, które w pierwszej tercji były ich mocną stroną. Właśnie po przegranym buliku we własnej tercji, jastrzębianie potrzebowali 6 sekund, by po raz drugi cieszyć się z bramkowej zdobyczy. Kolejny błąd obrońcy i stało się jasne, że jest po meczu. Jastrzębianie zagęścili środkową strefę i nowotarżanie nie mogli się przebić pod bramkę Raszki.

Stefan Leśniowski










