05.05.2019 | Czytano: 14381

Jesteśmy fabryką przeciętności

- Zagrali na miarę tego jak zostali wyszkoleni. Obecnie na tyle stać nasz hokej – ocenia występ naszej reprezentacji olimpijczyk, wielokrotny uczestnik mistrzostw świata w grupie A, Andrzej Słowakiewicz.

Nie milkną echa nieudanego występu biało -czerwonych w Tallinie. Druga lokata za niedocenianymi, ale wcale nie grającymi rewelacyjnie Rumunami nikogo nie satysfakcjonuje, bo wszyscy oczekiwaliśmy pewnego awansu. Przed mistrzostwami świata wszyscy powtarzali, że naszym obowiązkiem jest awansować, ale nie zdołaliśmy osiągnąć celu i mamy prawo być mocno rozczarowani.

- Rozczarowany jesteś występem polskich hokeistów na trzecim poziomie rozgrywkowym?

- Obecnie na tyle stać nasz hokej, po tylu zawirowaniach. Przyjaciela poznaje się w biedzie. Podhale pokazało, że zależy mu na reprezentacji. 16 osób - zawodnicy plus trenerzy i obsługa – reprezentowali kraj w Tallinie. Nie chowali sprzętu jak inni prezesi. Nowy Targ uratował reprezentację. Rumunii awansowali, ale mieli lepiej wyszkolonych technicznie zawodników od naszych. Byli bardziej odpowiedzialni na lodzie. Jest też tam inna myśl szkoleniowca. Nasi zagrali na miarę tego jak zostali wyszkoleni. Ostatnie lata pokazują, że jesteśmy fabryką przeciętności. Sportowo znów cofnęliśmy się i trzeba zrobić wszystko, by z tego marazmu się wydostać. Potrzeba czegoś więcej niż zapału selekcjonera i kadrowiczów. Ten płomień żądzy musi zapłonąć w całym środowisku hokejowym.

- Zauważyłeś mocne strony naszej reprezentacji?

- Trudno było zauważyć. Momentami grano dobrze, ale nie 60 minut, a tego wymaga się od drużyn z klasą. Były jednorazowe wyskoki, ale dobre strony szybko gasły jak światełko w tunelu. Nie było wykonywania poleceń i koncentracji przez cały mecz, żeby określić co było dobre. Jeśli ktoś zagrał dobrze, to w kolejnych zmianach wywinął 3-4 numery, które eliminowały go z pozytywnej oceny.

- W czym są największe rezerwy?

- I znowu trudno na to jednoznacznie odpowiedzieć, bo zawodnicy wrócą do klubów i wpadną w rutynę. Zawodnik kadrowy powinien dostać książkę jakim systemem będziemy grali, jak się przygotować. Ostatnio rozmawiałem Paszkowskim i powiedział mi, że każdy gracz dostaje książkę z punktami nad czym ma pracować. Na tym koniec, nikt go za rączkę nie prowadzi. Uważam, że w tym są rezerwy. Wtedy okaże się na kogo można stawiać. Czy będzie chciał godnie reprezentować kraj czy tylko w swoim CV zapisać występy w drużynie narodowej.

- Polacy byli najsłabsi podczas gier w przewagach i osłabieniu. Czy z punktu widzenie praktyka wypracowanie pewnych schematów gry w tych okresach jest trudne i czasochłonne?

- Większość zawodników nie gra w przewag i osłabień w klubie. Gdyby grali, to nie byłoby problemu z wypracowaniem wariantów i ustawień graczy. Polscy zawodnicy w klubach grają ogony. Przewagi i osłabienia są domeną obcokrajowców. Oni punktują, bo na tafli przebywają po 25 minut czystego czasu. Mają okazje, by częściej umieścić krążek w bramce. Od Polaka wymaga się więcej. Ma trzy sytuacje i powinien zdobyć gola. Obcokrajowiec ma dziesięć szans i zdobywa jednego. To jest w porządku? Uważam, że bramka zdobyta w przewadze nie powinna się liczyć. Powinny być statystyki przy grze w komplecie. Wtedy byłoby jasne rozliczanie stranieri. Przy otwartej lidze, gdybyśmy awansowali, to w przyszłym roku spadlibyśmy z wielkim hukiem. Bo jeszcze mniej zawodników będzie grało w decydujących momentach meczu. Jeszcze mniej Polaków będzie w lidze.

- Wysoko prowadząc zbyt szybko odpuszczamy i pozwalamy się dogonić rywalowi. Na własne życzenie doprowadzamy do nerwowej końcówki. Raul Lozano, były trener siatkarzy, powiedział kiedyś „Mam wrażenie, że Polacy, mimo że zawsze o coś walczą, to na końcu okazują się minimalistami”.

- Zgodzę się z tym stwierdzeniem. Na wielkich turniejach jedna bramka decyduje, by być w niebie lub piekle. Dlatego od profesjonalisty wymaga się koncentracji przez 60 minut. Każda zmiana powinna być na 100%. Najgorsze jest głupie tłumaczenie, że lepiej brzydko wygrać, niż ładnie przegrać. Określam to minimalizmem. Na szczeblu reprezentacyjnym nie powinno być takiego podejścia.

- Jak powinniśmy traktować zawodnika naszej kadry - wymagać czy głaskać i mówić; „macie jeszcze czas, zbierajcie doświadczenie”? Takie stwierdzenia słyszy się od lat. Po każdej nieudane imprezie.

- Spodobał mi się komentarz Mariusza Czerkawskiego, który powiedział, że z presją profesjonalista musi sobie radzić. Stres jest nierozłącznym towarzyszem i trzeba umieć z nim sobie radzić. Im szybciej się tego nauczysz, tym lepszym będziesz zawodnikiem. Jesteś profesjonalistą, reprezentujesz kraj, to musisz sobie zdawać sprawę z odpowiedzialności. Pierwsza reprezentacja to nie poligon doświadczalny, tu jedzie się po wynik. Doświadczenie zdobywa się w drugiej kadrze, w U - 20. Czym więcej kontaktów grup wieku 20 -23 lat, tym więcej ogrania, zdobytego doświadczenia, które powinno wydać owoce w pierwszej reprezentacji. Nie uznaję powiedzenie „Polacy nic się nie stało”. Na mistrzostwa musi pojechać zawodnik przygotowany - fizycznie, taktycznie i mentalnie. Nie jedzie się tam po naukę, to zbyt poważna impreza.

- W naszej lidze nasi gracze są odporni psychicznie?

- Nie ma, bo zawodnicy nie napotykają na presję. Brakuje spotkań na styku z dramatycznymi końcówkami. Sporo meczów wygrywa się na jednej nodze, bez wysiłku, bezstresowo. Nie ma też w zespołach konkurencji. Niektórzy uważają, że miejsce mają z urzędu. Nie można zagłaskać zawodnika. Powinna być rotacja graczy. Wtedy najlepsi zostaną. Bezstresowe granie nie daje gwarancji, że w najważniejszych momentach ręka się nie będzie trzęsła, że głowa się nie zagotuje. Do tego dochodzi publiczność, z którą trzeba się oswoić. Brak odporności psychicznej tłumaczymy często wymówkami w stylu - „sędzia zawalił, mieliśmy pecha, gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka…” W każdym klubie powinna być farma, w której po meczu ligowym zawodnik młody zagrałby kolejny mecz, dzień po dniu. Wtedy z presją byłby za pan brat. Tylko na kogo rotować? Jednym z głównych problemów naszego hokeja jest mała liczba uprawiających ją ludzi.

- Wasze pokolenie było świadome rosnącej siły i żądne sukcesów? Czy obecnym zawodnikom brakuje charakteru?

- Teraz jest inne pokolenie. Młodzież ma większe możliwości i jeśli ma do wyboru komputer czy ciężką pracę na treningach, to woli nie wylewać potu na treningach. Każdy też patrzy perspektywicznie, szuka stabilnej sytuacji finansowej. W dzisiejszym komercyjnym świecie każdy liczy co z tego będzie miał. Za naszych czasów była jedność klubów, związku i ludzi skupionych wokół hokeja. Była to jedna rodzina. Teraz każdy ciągnie wózek w swoją stronę. Jak słyszę, że jeden z prezesów mówi, że mamy dziurę pokoleniową, to wnioskuję, że chce zaistnieć w powiecie. „Ja mam mistrza Polski, wyjdę na ulicę, to będę rozpoznawalny”. A przecież mógł „dziurze” zapobiec. Nie ma ambicji na arenie międzynarodowej. Brak współdziałania, to od lat jedna z przyczyn niepowodzeń polskiego hokeja.

- Trudno jest „wyprodukować” dobrego hokeistę w naszym kraju?

- Nie jest trudno, ale o tym decydują warunki. Po pierwsze status polskiego trenera został zdewaluowany. Po drugie nie mamy Centralnej Ligi Juniorów, drugiej reprezentacji, a więc zaplecza, w której odgrywaliby się młodzi chłopcy. Dzisiaj w wieku 26- 27 lat jest się debiutantem w koszulce z orłem na piersi w mistrzostwach świata, a wcześniej nie zagrał w żadnej kadrze, bo nie miał takiej możliwości. Wszyscy zdają sobie sprawę, że bez mocnej CLJ nie będzie w Polsce hokeja, ale nikt nie mówi głośno, że na ten cel trzeba sporych pieniędzy. Na profesjonalne prowadzenie CLJ i ligi juniora młodszego potrzeba po 200 tysięcy na każdą grupę. Należy o tym jasno mówić, nie wstydzić się. Jasno powiedzieć ile wynosi koszt szkolenia. Dzisiaj rodzic musi dokładać 7-8 tysięcy na rok. W takim chałupniczym układzie nie będzie dobrego zaplecza. Trener ma być dowartościowany, zapłacony uczciwie, kontrolowany i mieć minimum 20 zawodników na treningu. Musi być skrupulatnie wykonany proces treningowy, a wykładnią mają być dwa mecze w tygodniu. Wtedy jest możliwość „wyprodukowania” dobrego hokeisty. Żadne programy na papierze nie spełnią tego, gdy nie będą wdrażane w praktyce.

- Nasza liga jest dobrym miejsce do rozwoju talentów?

- Musiałaby spełniać inne standardy, powiedzmy takie jak w Szwajcarii. Tam młodzi zawodnicy mają plastrony i muszą w meczu przebywać na lodzie 8- 9 minut czasu gry. A wszystko kontrolują sędziowie. U nas trzeba dopuścić czterech młodzieżowców, którzy graliby np. w innych kaskach. Sędzia, obserwator odliczałby im czas czystej gry. Druga kwestia – sędziowie, którzy musieliby uważać, by nie było złośliwości w stosunku do tych młodych chłopaków. Żeby cwaniacy nie dziabnęli kijem i w ten sposób zniechęcili. W takich okolicznościach młodzi w seniorach podnosiliby swoje umiejętności. Śmieszy mnie, gdy widzę, jak młodzieżowiec wychodzi na jedną sekundę, zagrać bulik i szybko musi zjeżdżać do boksu. To jest coś strasznego. Nie powinno tego być. Nawet w ligach młodzieżowych w USA czwartą piątkę stanowi młodszy rocznik i musi przebywać na lodzie 8 minut czystej gry. Mamy przykład Kostka, grał w Opolu, chłopak się ograł, dostał do kadry i jego występ należy pozytywnie ocenić. Widać, że są możliwości, tylko potrzebny jest prawidłowy trening i dużo grania.

- Zawodnika w jakim wieku określiłbyś mianem „młodego zdolnego”?

- Między 16 a 18 rokiem życia. Mamy przykłady z dawnych lat, kiedy w takim wieku debiutowali nie tylko w lidze, ale również w reprezentacji kraju. Obniżyłbym limit młodzieżowca z 23 do 21 lat. Nie można ciągle 25 latka określać „ młody, młody, młody”. To już powinien być hokeista pełną gębą.

- Liga open zbawi polski hokej?

- Zabije. Tłumaczenie, że nie mamy rocznika, to jest w stylu szkolnym - paluszek i główka. Ci co tak mówią są przecież odpowiedzialni za ciągłość szkolenia. Jeśli już liga otwarta, to z wieloma obwarowaniami. Np. z pięcioma Polakami do 26 lat i taka samą ilością do 23, i tylko jednorazowo, żeby presje wywrzeć na zawodników, by mocniej pracowali nad sobą. Jeśli mówi się, że 25 – latek to młody, to uważam, że w tym wieku cudów już się nie nauczy. Liga open to masakra, która zniszczy doszczętnie nasz hokej. Może dojść do takiej sytuacji, że nie będzie miał kto grać w drużynie narodowej. Możemy nie mieć też bramkarza. Na Słowacji śmieją się z tego co wyrabiamy. „Polaczki co wy robicie”? - pytają

Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama