Od początku tego wieku tylko czterech polskich alpejczyków punktowało w Pucharze Świata. Największe zdobycze to 8 pozycja Andrzeja Bachledy Curusia (2001) w slalomie, 9 i 11 lokata Macieja Bydlińskiego w superkombinacji w Kitzbuehel (2012 i 2015). Na igrzyskach w Salt Lake City (2002) Bachleda był 10 w slalomie, a w mistrzostwach świata w 2005 r. Katarzyna Karasińska w tej samej konkurencji osiągnęła 16 wynik.
Gdyby nie bogaci ojcowie, to biało –czerwonych nie byłoby widać na slalomowych trasach świata. Przykładem jest Michał Jasiczek, którego sponsorem jest ojciec Dariusz. Dzięki niemu, od paru sezonów, może przygotowywać się indywidualnie na kosztownych zgrupowaniach z kadrą Kanady. Z koli ojciec Michała Kłuska stworzył własny team dla swoich dzieci. Oprócz starszego syna jeżdżą w nim też Jakub i Magdalena.
Kadrę żeńską tworzyli - Maryna Gąsienica Daniel, Sabina Majerczyk i Karolina Chrapek. Ta ostatnia w wieku 25 lat poinformował na FB, że kończy karierę. Poddaje powody rozbratu z dyscypliną sportu, która wśród amatorów jest niezwykle popularna. Oto one: kontuzje, miejsca treningowe, brak trenerów i fizjoterapeuty, związkowe decyzje i wieczne problemy z pieniędzmi. Każdy punkt rozwinęła i uzasadniła, a płyną z nich wnioski, że przed tą dyscypliną w Polsce nie ma aktualnie żadnej przyszłości. Smutne.
Na ostatnich mistrzostwach Polski w żadnej z konkurencji liczba uczestniczek nie przekroczyła 12 alpejek. U panów zaś maksymalnie wystąpiło 28 zawodników. Tlen w najbliższym czasie umierającemu narciarstwu alpejskiemu mogą podać Jasiczek a zwłaszcza Gąsienica Daniel, autorka najlepszego polskiego wyniku w mistrzostwach świata juniorów (była piąta w slalomie w roku 2013).
- Skoki to sport kanapowy, nikt sobie nie idzie w weekend na skocznię, żeby poskakać - mówi komentujący w Eurosporcie narciarstwo alpejskie Tomasz Kurdziel. Były zawodnik przekonuje, że Polski Związek Narciarski powinien więcej pieniędzy przeznaczać na rozwój tej dyscypliny, którą uprawiają miliony Polaków, a za jej fatalny stan wini też niedouczonych trenerów, pozbawionych ambicji zawodników i ich rodziców. Kurdziel tłumaczy takie paradoksy jak powstawanie klubów w Warszawie, Wrocławiu czy Trójmieście przy padaniu ich w górskich miejscowościach. I do daje: - Nie będzie sukcesów, dopóki dzieci z takich miejsc jak Białka, Bukowina czy Szczyrk po szkole nie będą chodzić na narty. Teraz nie mają na to szans, bo ludzi nie stać, by ich dzieci trenowały. I to jest nasza porażka. Wszyscy wybitni alpejczycy to chłopskie dzieci. Tak jest w Austrii, Ameryce, Szwajcarii itd. W tych krajach po szkole dzieciaki za darmo jeżdżą w ośrodkach narciarskich w okolicy.
Coraz częściej przedstawiciele sportu narciarskiego uważają, iż Polski Związek Narciarski aktualnie powinien się nazywać Polskim Związkiem Skoków Narciarskich …
Stefan Leśniowski










