05.02.2014 | Czytano: 3649

Grzegorz Wrona: Człowiek omnibus

- Bezinteresownie zaoferował nam swoją pomoc. Przyglądał się nam, badał środowisko. Uważam, że rękę wyciąga się po pieniądze, gdy reprezentuje się jakiś poziom. Widocznie zauważył, że w naszym kręgu są ludzie, którzy chcą budować piłkę w mieście. Tak o Wiesławie Wojasie mówi prezes NKP Podhale, Grzegorz Wrona. Działacz roku 2013 Podhala w plebiscycie Sportowego Podhala.

- Pełnisz wiele funkcji, jesteś organizatorem mnóstwa amatorskich imprez. Skąd bierzesz na to czas?
- Powiem nieskromnie, że jakoś potrafię to wszystko ogarnąć. Na szczęście cała moja działalności związana jest z futbolem. Łatwo więc dopatrzyć wszystkiego, a staram się być obecnym na 90% imprez. Kontroluję też treningi w NKP od najmłodszych po seniorów, bo jak to się mówi „pańskie oko konia tuczy”. Wolę mieć wszystko na oku. W ten wir pracy wciągnął mnie Boguś Szeliga. Jego można nazwać moim ojcem chrzestnym. Od podstaw stworzyliśmy Ognisko TKKF. Przejąłem od niego rozgrywki amatorskich lig i je rozbudowałem.

- Żona musi być zadowolona, że cię nie ma w domu.
- Nie ukrywam, iż jest to pracochłonne zajęcie. Nie ma nic za nic, a więc moja działalność jest kosztem rodziny. Bałem się jej powiedzieć, że po raz drugi zostałem prezesem NKP Podhale. Nawet nie wspominałem jej, że będę kandydował na drugą kadencję. Dowiedziała się już po fakcie z Internetu. Na szczęście jest wyrozumiałą kobietą. Moja nieobecność w domu ma też i dobre strony. Jest mniej nerwowych, zapalnych sytuacji (śmiech). Tak poważnie, to jesteśmy razem od 21 lat i jakoś dogadujemy się w każdym temacie.

- Czy masz czas na zainteresowania pozasportowe?
- Praktycznie nie. Dawniej byłem maniakiem gier komputerowych. Teraz nie ma na to czasu. Cały czas żyję sportem. Jak nie organizuję imprezy, to staram się nie opuścić żadnego meczu piłkarskiego czy hokejowego. W weekend, jeśli jest chwila czasu, to poświęcam go na rodzinne wypady. A tak po rozgrywkach lubię wieczorem wyskoczyć na piwko. W końcu w tym napoju jest dobór witamin potrzebny dla każdego sportowca (śmiech).

- Łatwo być działaczem?
- Ciężki to kawałek chleba.

- Chleba? Byłem przekonany, że pełnisz społeczne funkcje?
- Użyłem nietrafnej przenośni. Rzeczywiście moja działalność jest społeczna. Zapewniam, z tego nie ma pieniędzy. Każdy może powiedzieć, że biorę wpisowe, że znaczne pieniądze przeze mnie przepływają, ale wszystkie idą na opłaty sali, sędziów… Jeśli z jakiejś imprezy seniorskiej zostanie 200 – 300 złotych, to staramy się dofinansować imprezę dla dzieciaków. Dla mnie największą nagrodą jest to, że zwiększa się liczba uczestników, że coraz większe jest zainteresowanie ludzi, którzy aktywnie chcą spędzać wolny czas.

- Twoje oczko w głowie…
- Najmłodszy syn.

- To mnie zaskoczyłeś. Byłem pewien, że futbol.
- (Śmiech). Może tak wyglądać, bo cały czas jestem przy piłce. Wiele osób mnie kojarzy z futbolem, niektórzy nawet nie znają nazwiska, ale wiedzą, że „robię” przy piłce. Tymczasem futbol jest na piątym miejscu, wcześniej są dzieci, żona, po prostu rodzina.

- Szybko zaadaptowałeś się w góralskim środowisku.
- Tak można powiedzieć. Nie jestem z Nowego Targu, pochodzę z Jaworzna. Wtedy to było województwo krakowskie. Brat urodził się rok później i ma już wpisane województwo katowickie. Takie były czasy. W Jaworznie był duży przemysł kopalniany, huta szkła. Dużo ludzi napływowych, również moi rodzice, którym udało się wychować dwóch synów. Jesteśmy niemal jak bliźniacy, bo w dzieciństwie byliśmy podobni jak dwie krople wody i trudno nas było rozróżnić. W Jaworznie było dziewięć klubów piłkarskich. Największy Victoria i każdy chciał w nim grać. Ja piłkarską przygodę, podobnie jak Ryszard Czerwiec, rozpoczynałem w Azotanie, klubie przy Zakładach Chemicznych Organika Azot. Grałem na poziomie kasy terytorialnej, obecnej A. W Victorii miałem krótki epizod.

- „Piłka nożna nie wymaga szczególnych umiejętności. Dlatego najwięcej ludzi go uprawia. Kopać piłkę każdy może, przyzwolicie odbić piłkę do siatkówki już nie” – to słowa przyjmującego reprezentacji Polski i Jastrzębskiego Węgla, Michała Kubiaka. Co ty na to?
- On jest zawodowcem, ja amatorem i czasem w swoich poczynaniach się mylę. Może ma ciut racji w tym stwierdzeniu, aczkolwiek jak spojrzymy na plaże, to w siatkówkę namiętnie niemal wszyscy grają. Okazuje się, że siatkówka jest równie dostępna jak futbol. Ten ostatni nie może być traktowany jako sport dla ludzi niemyślących, dla laików. Co prawda gra się w futbol nogami, ale głowa też musi pracować, nie tylko przy odbijaniu piłki. Piłka nożna to gra jak na szachownicy, potrzebne jest myślenie, umiejętności taktyczno – techniczne. W drużynie siatkarskiej potrzeba 12 graczy, w piłkę 18- 20. To musi być rozumiejący się organizm, który musi grać z głową, a nie tylko kopnąć i ganiać za piłką.

- „Chcę udowodnić, że na Podhalu można zbudować coś piłkarsko wielkiego” – to twoje słowa. Podhale jest już skrojone na odpowiednią miarę?
- Garnitur cały czas jest u krawca. Nawet gdybyśmy grali w ekstraklasie, to nie mógłbym powiedzieć, że jest skrojony na miarę. Zawsze czegoś będzie brakowało. Obecny garnitur daje mi dużo satysfakcji, zapewne też i kibicom. Jest szansa stworzyć mocny ośrodek piłkarski w Nowym Targu, bo na to zasługuje. Przypomnę, że byliśmy w klasie B i dzięki zaangażowaniu takich ludzi jak Krzysztof Leśniakiewicz, Michał Rubiś i piłkarzy wylądowaliśmy w okręgówce. Była atmosfera w klubie i drużynie. Każdy ciągnął i ciągnie wózek w jedną stronę. Ze swojej strony starałem się zapewnić wszystko, być takim dobrym ojcem, by nasze przedsięwzięcie wypaliło. Piłkarze starali się odwdzięczyć dobrą grą. I ten mechanizm zadziałał.

- Żeby grać wyżej, to materiał na garnitur będzie pochodził z importu?
- Takich kroków nie będziemy wykonywali. Nie będziemy sięgać po zawodników spoza powiatu nowotarskiego i tatrzańskiego. Chociaż wybór jest niewielki. W drużynach podhalańskich jest zbyt mało piłkarzy wyszkolonych na poziomie trzeciej ligi. Niemniej poprzez dobre szkolenie można starszych i młodszych doprowadzić do poziomu trzecioligowego. Staramy się tworzyć taką atmosferę w klubie i na zewnątrz, by piłkarze chętnie do nas przychodzili. W podhalańskich klubach nadal królują antagonizmy. Prezesi nie chcą swoich najlepszych graczy oddać innym klubom, nawet kosztem hamowania ich rozwoju. Gdybyśmy zebrali wszystkich najlepszych z podhalańskich klubów, to stworzylibyśmy po dwie drużyny w każdej kategorii wiekowej. Młodzi chłopcy z powodzeniem mogliby grać w lidze małopolskiej i podnosić swoje umiejętności. Będziemy robili wszystko, by chętnie sami do nas przychodzili. Jaki to będzie czasookres, trudno w tej chwili określić.

- Już dysponujecie szeroką kadrą. Jak pogodzić interesy wszystkich piłkarzy. Trudno przecież wszystkim dogodzić. Jaką motywację ma większość piłkarzy skoro i tak wiedzą, że nie mają żadnych szans, by występować z poważnych spotkaniach?
- Jesteśmy na etapie budowania klubu. Trudno wystawić 40 zawodników w okręgówce, dlatego dysponujemy drugą drużyną występującą na boiskach klasy B. Można byłoby krakowskim targiem wszystkich docenić, każdy pograłby sobie, ale wtedy nie osiągnęlibyśmy wyniku. W zespole panuje zdrowa rywalizacja. Przyszli zawodnicy, którzy grali w wyższych ligach i wyparli tych, którzy mają braki w wyszkoleniu. Tych, którzy grają w drugiej drużynie nie dyskryminujemy. Oni też są na pierwszym miejscu w lidze i mają szanse awansu do klasy A. Zdaję sobie sprawę, że każdy sportowiec chce grać jak najwyżej, ale musi coś sobą prezentować. To czy wygrają rywalizację zależy już od ich samych.

- Jako prezes, działasz rozsądnie, spokojnie, czy jesteś salonowym lwem czy krzykaczem?
- Ha, ha, ha. Nie jestem salonowym lwem. Nigdy nie przypuszczałem, że będę się bawił w organizowanie imprez, ale jak już w tym kotle się znalazłem, to wyznaję zasadę, że pokorne ciele dwie matki ssie. Z powodu pełnionych funkcji nie mogę sobie pozwolić na niestosowne zachowania. Reprezentuję przecież zawodników i ich rodziny. Na salonach staram się być rozważnym.

- Jak wygląda proces decyzyjny po nowych wyborach? Twój głos jest najważniejszy?
- Wybory były demokratyczne i zarządzanie również będzie demokratyczne. Są ludzie od sponsora, ale nikt z góry niczego nie narzuca. Rozmawiamy, dyskutujemy w wielu kwestiach, ale decyzyjność będzie należała do całego zarządu. Do tej pory też tak było, nie ja decydowałem. Na pewno będą sprawy, które będę brał na siebie, ale cieszę się z obecnego składu zarządu, bo nie wszystkie sprawy będą na moich brakach. Będę mógł się skoncentrować na sprawach, które były odpychane.

- Kto w klubie odpowiada za transfery?
- Ustaliliśmy, że ja, Michał Rubiś i Aleksander Bukański. Oczywiście po konsultacjach z trenerem. To on nam podpowiada kogo widziałby w drużynie. Obecnie budujemy zespół na czwartą ligę.

- Kogo już ściągnęliście?
- Rozmawiałem z Rafałem Hałasem i praktycznie jesteśmy dogadani. Jeszcze mamy kilku zawodników na oku. Nie wszyscy przyjdą na wiosnę, ale zawodnicy ze starej Szarotki prezentują się bardzo dobrze. Trener twierdzi, że mamy perspektywiczną drużynę. Aż tak radykalnych zmian nie widzi, jak niektórzy sugerują. Przekonają się, że z tą drużyną można wiele zdziałać.

- Jakieś obawy przed rundą rewanżową?
- Mamy sporą przewagę punktową i nie powinniśmy się przewrócić, chociaż piłka jest nieprzewidywalna. Powinniśmy jednak awansować. A więc bez obaw.

- Jaki jest obecnie koszt utrzymania drużyny?
- Spory, ale dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają.

- Milion, 500 czy 250 tysięcy?
- Milion! Nie w tej lidze. Taką kwotą możemy operować w trzeciej lidze. Jest dużo mniejsza, ale jak powiedziałem spora.

- Czy przewidujecie pomoc finansową z zewnątrz?
- Na obecną chwilę mamy deklaracje Wiesława Wojasa, że będzie nas wspierał. Wyznaczył cel –awans do czwartej ligi. Jak znajdziemy się szczebel wyżej, wtedy zobaczymy jaką pomoc od niego otrzymamy. Wiesław Wojas jest rozsądną osobą, my również. Budżet na ten rok nie jest jeszcze zatwierdzony, ale pracujemy nad nim. Mamy „pochwytane” kwoty, ale nie są to miliony.

- Czy możesz wyobrazić sobie faceta, który spełnia się w biznesie i jest zagorzałym pasjonatem sportu, takim, że bezinteresownie na klub wyłoży dużą kwotę?
- To jest Wiesław Wojas. Zapewnia nam żywot, a więc musi być filantropem. Dla mnie jest mecenasem sportu.

- Nie obawiasz się, że w pewnym momencie może mu się znudzić kolejna zabawka i rzucić ją w kąt. Na czym opierasz swój huraoptymizm?
- Zawsze jest ryzyko. Nawet na najmniejszym kamyczku można się potknąć. Obawy zostawiłbym z boku, bo sam do nas przyszedł. Jak go nie namawiałem. Bezinteresownie zaoferował nam swoją pomoc. Przyglądał się nam, badał środowisko. Uważam, że rękę wyciąga się po pieniądze, gdy reprezentuje się jakiś poziom. Widocznie zauważył, że w naszym kręgu są ludzie, którzy chcą budować piłkę w mieście. To jest dla niego impuls, bo piłka nie generuje aż tak wielkich kosztów, a można zaistnieć.

- Od nowego sezonu grać będziecie na nowym stadionie. To w jakimś stopniu mobilizuje klub?
- Bardzo. W mieście usłyszałem, że zbudują nam stadion, gdy my zbudujemy drużynę na miarę stadionu. Cel osiągnęliśmy. Obawiam się, że zbudujemy drużynę na takim poziomie, że może stadionowi mary braknąć.

- No to będzie kłopot?
- Nie dostaniemy licencji.

- Zbratałeś się z kibicami.
- Jak już mówiłem pokorne ciele dwie matki ssie. Wywodzę się ze środowiska kibicowskiego. Jak tylko pojawiłem się w Nowym Targu, czyli w 1995 roku, chciałem na mecze hokejowe. Kibicowałem „szarotkom”. Byłem pod wielkim wrażeniem. Pamiętam 2010 rok i ostatni tytuł mistrza Polski, siedziałem na rynku i piłem szampana. Cieszyłem się z hokeistami sukcesem. Kibic to normalny człowiek, z którym trzeba porozmawiać. Wytłumaczyć mu, co mu wolno, a czego nie wolno. Wtedy kibic traktuje drugą stronę poważnie. Nie ma wielkiej zawieruchy w ich strony. Gramy przecież dla kibiców. Sport to wielki teatr. Ludzie chcą chleba i igrzysk. Jak przychodzą na igrzyska, to trzeba zapewnić im dobrą zabawę. Jeśli będziemy się kryli za pancerzem, to wcześniej czy później będą wywierali presje na klub. A tak wiedzą, że my mamy swoje miejsce, a oni swoje.

- Zamykanie stadionów to tani populizm?
- Jak najbardziej. Zamykanie stadionów nie jest dobrym wyjściem.

- Chciałbyś wsadzić czubek kija w czyjeś mrowisko?
- Staram się nie wadzić nikomu, ale czasami gdzieś ten kij wsadzę, bo inaczej się nie da.

- Konkretnie komu wsadziłeś?
- Odwieczna walka ze szkółką piłkarską Górali. Mieliśmy aspirację, by połączyć się, by w Nowym Targu była jedna piłka. Nasze drogi jednak się rozeszły. Może to jest z naszej winy? Nie wiem. Ale jak zawsze w takich przypadkach, wina jest po obu stronach. Nie mogliśmy się porozumieć. To moja porażka. Z drugiej strony jak ktoś nie chce, to nic na siłę.

Rozmawiał Stefan Leśniowski

Reklama

Komentarze





reklama