06.02.2013 | Czytano: 4679

Karol Majewski – siatkówka to „mój konik”

W latach 1960 – 1989 w Nowym Targu, w KS Gorce, istniały mocne zespoły siatkarzy i siatkarek. Występowały w trzeciej lidze. Kobiety w 1983 roku biły się w barażu o prawo startu w drugiej lidze. Mocne było zaplecze. Juniorki w 1987 roku zdobyły brązowe medale mistrzostw Polski. Zawodniczki z Nowego Targu grały w reprezentacji Polski. To już przeszłość. Sekcja zniknęła, ale siatkówka na Podhalu nie zginęła.

Popularność tej dyscypliny w kraju sprawiła, iż moda na siatkówkę dotarła na Podhale. Grano jednak głównie w amatorskich ligach. 18 listopada 2010 roku nastąpił przełom. W Czarnym Dunajcu powołano do życia Towarzystwo Sportowe Podhalański. Męski zespół, który drugi sezon gra w czwartej lidze. Obecnie zajmuje drugie miejsce i jest na dobrej drodze, by powidła się druga próba awansu szczebel wyżej. O siatkówce nie tylko w podhalańskim wydaniu rozmawiamy z kapitanem zespołu, Karolem Majewskim. 

- Jak rodziła się idea powołania klubu?
- Sama idea krążyła po Podhalu kiedy zaczynałem zabawę z dyscypliną, czyli jakieś 10 lat temu. W Nowym Targu było kilku bardzo ciekawych zawodników, lecz zabrakło osoby ze zmysłem organizacyjnym i ekipa się rozpadła. Wtedy każdy kontynuował karierę, poza Podhalem, często na poziomie nawet drugiej ligi. Na szczęście znalazł się Bogdan Palarz, społecznik, który zajął i zajmuje się wszystkim od strony formalnej. Wcześniej prowadził trzecioligowy klub tenisa stołowego w Czarnym Dunajcu, więc ma w tym temacie doświadczenie. Wyszedł z inicjatywą powołania klubu siatkarskiego, na którą czekało całe siatkarskie Podhale. Wciągnął do „interesu” Jacka Podsiadło, przyjaciela i sąsiada, który pomaga od każdej możliwej strony. Dopięli swego. Zespół tworzą najlepsi perspektywiczni zawodnicy z trzech okolicznych lig amatorskich: orawskiej (Jabłonka), nowotarskiej i zakopiańskiej.

- Już w debiucie mieliście szansę na awans do trzeciej ligi. Szansę odebrano wam przy zielonym stoliku.
- To prawda. Liga w zeszłym roku była mocniejsza niż aktualnie, a mecze o wiele trudniejsze. Przed ostatnią kolejką mieliśmy zagwarantowaną pierwszą czwórkę. Aby awansować do turnieju barażowego i zachować szansę na awans, musieliśmy wygrać z Feniksem Dobczyce. Ten już miał zagwarantowane minimum drugie miejsce. Konieczny do tego był wynik 3:0 lub 3:1. Udało się taki rezultat osiągnąć, lecz radość okazała się przedwczesna. Zespół z Tarnowa, który na koniec rozgrywek został „za burtą”, złożył protest. Został uznany, bez uzasadnienia, przez władze Małopolskiego Związku Piłki Siatkowej. Tarnovię dokooptowano, jako piąty zespół, do turnieju barażowego, a ten zakończył się dla nich awansem. Dla nas przegraną.

- Jaki wniosek wyciągnęliście z tej lekcji?
- Ilekroć z kimś rozmawiałem o tej historii, słyszę przysłowie: „Kto ma miękkie serce, ten ma twardą d...”. To chyba dla nas wniosek. Nie trzeba było zgodzić się na zmianę terminu Dobczycom, a nie byłoby sprawy. Trzeba dbać o własny interes, a dopiero potem zająć się uczynnością i uczciwością.

- Jesteście na dobrej drodze, by w bieżącym sezonie spełniły się marzenia o grze w trzeciej lidze. Zajmujecie drugie miejsce w lidze, tracąc punkt do prowadzącego Wawelu. Krakowianie są do ugryzienia?
- Do trzeciej ligi bezpośrednio awansuje tylko mistrz. Zespoły z drugiego i trzeciego miejsca wraz z dwoma przedostatnimi zespołami trzeciej ligi, wezmą udział w turnieju barażowym, z którego dwa najlepsze zagrają w przyszłym sezonie w trzeciej lidze. Spełnienie naszych marzeń nie zależy li tylko od zawodników. My zrobimy wszystko, by osiągnąć sportowy sukces. Nie byłbym uczciwy wobec siebie, gdybym nie powiedział, że naszym obowiązkiem jest wygranie rywalizacji z Wawelem, a więc całej ligi. Tylko wtedy będziemy mieć czyste sumienie pod względem awansu. Na pewno stać nas na to, aby ograć „krakusów”. Chłopaki z Wawelu, z całym szacunkiem, są jeszcze młodzi, chociaż dobrze poukładani i przyszłościowi. Spokojnie są w naszym zasięgu, jeśli zagramy na swoim dobrym poziomie. A sprawy organizacyjne? Zobaczymy.

- Przed sezonem okazało się, że zamieszanie z barażowym turniejem nie miało najmniejszego sensu.
- Z powodu bankructwa i „względów sportowych”, dziury w trzeciej lidze załatano chętnymi z dzikimi kartami. Awans uzyskała Mszanka Mszana Dolna, która zakończyła sezon na szóstym miejscu, a więc za nami. Wtedy nie dysponowaliśmy odpowiednimi środkami finansowymi, by zagrać w wyższej lidze.

– Co w przypadku awansu? Myślicie o wzmocnieniach?
- To pytanie nie do mnie, a bardziej do władz klubu. Najpierw skupiamy się na zwycięstwie. Myśleć o przyszłości będziemy w lecie. Nie jest tajemnicą, że na wyższą klasę rozgrywkową potrzebne będą wzmocnienia. Mamy tego świadomość, ale najpierw musimy zrobić swoje.

- Czym straszycie rywali?
- Wszyscy wywodzimy się z siatkówki amatorskiej, a więc dysponujemy sporymi osiągami fizycznymi i motorycznymi, jak na przeciętnego siatkarza. Nadrabiamy tym mankamenty techniczne. W lidze nie brakuje juniorów, a nawet kadetów. Jest to nasz zdecydowany atut. Jako jedyni dysponujemy pełnowartościowym atakującym. Michał Gut, dla którego atak z pierwszej strefy ( druga linia) to pestka. Widzę nasze mocne strony w dość wyrównanym personalnie składzie. Każdy z nas może okazać się liderem w innym meczu i dołożyć „trzy grosze” na szalę zwycięstwa. Kroma - blokiem, Dziedzic - obroną, Bulanda - błyskiem geniuszu na rozegraniu, Łowas - na zagrywce, Budz - w ataku, a Grzybacz- dojrzałością.

- Co musicie w swojej grze poprawić, by grać jeszcze lepiej?
- Bak nam regularnego wspólnego treningu. Jeżeli drużyna w optymalnym zestawieniu trenuje maksymalnie dwa razy w tygodniu, a często raz, to nie można mówić o stabilizacji formy i zgraniu. Siatkówka to gra bardzo precyzyjna, w której często decydują niuanse, które muszą być dopracowane do perfekcji. Trzeba jednak mieć na uwadze, że zawodnicy dojeżdżają na treningi nawet po 40 km i opłacają halę z własnych kieszeni. Są prawdziwymi pasjonatami tej gry.

- Po kontuzjach nie ma już śladu?
- Po urazie stawu skokowego nie ma. Po skręceniu szybko wznowiłem grę, trzy dni po urazie, ale też wymagała tego sytuacja. Czekał nas ważny mecz z Zalewem Świnna Poręba, a skład zespołu nie był optymalny. Odcierpiałem szybki powrót do gry, bo kontuzja trochę się przeciągnęła, ale teraz mam już spokój. Groźnie wyglądała kontuzja oka odniesiona z LKS Bobowa, pod koniec poprzedniego sezonu. Wylądowałem na okulistycznym oddziale gorlickiego szpitala. Stwierdzono wstrząśnienie siatkówki i krwotok do wewnętrznej komory oka. Było zagrożenie odklejenia siatkówki, a to wymagałoby zabiegu operacyjnego. To była kara za wysokie skakanie w bloku (śmiech). W drodze do szpitala praktycznie nic nie widziałem i przyznam się, że obawiałem się najgorszego. Na szczęście skończyło się na strachu i po niecałych trzech tygodniach byłem sprawny. Oko regularnie podlega kontroli.

- Siatkówka, koszykówka – to gry zespołowe, w których byłeś świetny w rozgrywkach szkolnych. Jak dobrze pamiętam, z wielu imprez wracałeś z indywidualnymi nagrodami. Który sport zespołowy najbardziej ci odpowiada?
- Sport od zawsze był ważny w moim życiu, a gry zespołowe to „mój konik”. Dodałbym do tej listy epizod z unihokeja u trenera Ryszarda Kaczmarczyka i piłką ręczną u Grzegorza Sułkowskiego. Najważniejsza jednak zawsze była siatkówka. Czułem, że to jest coś dla mnie. Już w młodym wieku zaraził mnie nią brat Kacper. Nie było jednak w pobliżu klubu, więc zaangażowałem się mocniej w koszykówkę. Tu z kolei pojawiła się wybitna osoba Witolda Chamuczyńskiego. Teraz robię to co kocham.

- Co powiedziałbyś osobie, która za prawdziwe uznaje tylko te sporty zespołowe, w których jest kontakt z rywalem?
- Sportów jest wystarczająco dużo, aby każdy mógł wybrać coś dla siebie. Nikogo na siłę nie zamierzam przekonywać. W siatkówce mają możliwość rozwoju osoby niekoniecznie nastawione na „szarpaninę”. Idealnym przykładem jest Piotr Nowakowski, środkowy reprezentacji, który z natury i usposobienia jest potulny jak baranek.

- A gdyby dodał, iż bez kontaktu z rywalem nie ma prawdziwych emocji? Że siatkówka to sport dla grzecznych chłopców?
- Miejsce w siatkówce jest także i dla walczaków. Na przeciwnym biegunie można postawić Zbyszka Bartmana, pełnego ekspresji, agresji i emocji. Sam miałem styczność z piłką ręczną i nie boję się kontaktu z przeciwnikiem i nie widzę w tym nic złego. Choć prawdą jest, że siatkówka z natury jest bezkontaktowa. Z tym się nie dyskutuje, choć nie twierdzę, że brak w niej emocji. Kto nie wierzy niech przekona się osobiście jaki ładunek energii i walki niesie za sobą mecz siatkówki, nawet na naszym poziomie. 23 lutego zagramy w hali nowotarskich Gorców z Sokołem Tuchów.

- Co powiedziałbyś zdeklarowanym wrogom siatkówki?
- Siatkówka to nie sport dla każdego i to jest piękne. Siatkówki trzeba się nauczyć. Dlatego nie ma sensu kogoś ciągnąć za uszy. To trochę jak wyjście do tablicy z matematyki. Kiedy jednak wyjdziesz do niej, okazuje się, że to nie takie trudne. Najpiękniejsze jest to, że wokół są ludzie życzliwi, pomocni i koleżeńscy, jak nigdzie indziej. To jest piękne. Wystarczy obejrzeć „Igłą szyte” i już wszyscy wiedzą o czym mówię. To fragmenty z życia kadry Polski. Pełne humoru, pozytywnej energii i wzajemnej przyjaźni. Kiedy człowiek staje się częścią czegoś takiego jest szczęśliwy. Coś takiego doznaję w naszym „Podhalańskim” i za to dziękuję chłopakom!

– Siatkówka jest popularna na Podhalu?
- Nie można tego powiedzieć. Popularność nie jest większa niż była kilka lat temu. Nie licząc naszej inicjatywy, jest wręcz gorzej. Amatorska Liga Nowotarska już nie istnieje, a na boiskach nie obserwuję wielu młodszych od siebie graczy. Jedynie sąsiednia Orawa jest mocno siatkarska, na czele z Podwilkiem zwanym przez nas pieszczotliwie „wylęgarnią siatkarzy”. Na szczęście mamy klub, a to pomaga. Inwestujemy w młodzież, staramy się ją aktywizować. W Czarnym Dunajcu, w ramach Gminnego Programu Rozwoju Sportu, szkolimy młodzież z gimnazjum. Popularyzujemy siatkówkę na wszystkich frontach.

- Co różni siatkówkę od koszykówki i futbolu?
- Piłka nożna to inny świat. Każdy znajdzie tam swoje miejsce. Jej popularność sprawia, że niemal każdy może w nią grać, bez obowiązku podstawowych umiejętności. Zaś pieniądze już dawno zawróciły ludziom w głowach. Do tego dużo trudniej zbudować prawdziwy zespół, w którym każdy za każdego odda głowę. Bo wystarczy jeden egoista, który „wozi” piłkę i niesnaski gotowe. W siatkówce nigdy się coś takiego nie zdarzy. Nawet gdyby się chciało, nie ma takiej technicznej możliwości. To jest istota sportu zespołowego, to jest prawdziwa rodzina. Koszykówka jest zbliżona do siatkówki. Bez podstawowych umiejętności technicznych, nawet najbardziej uzdolniony zawodnik nic nie będzie w stanie zdziałać w pojedynkę. Do tego trochę motoryki, koordynacji i zespołowości. Technika jest najważniejsza i to od niej wychodzi wszystko. Reszta przychodzi z czasem.

- Siatkarzy nie oddziela tylko siatka, ale też cała litania dziwnych przepisów. Jak choćby manifestowania radości w twarz rywala. To sprawia, że niektórzy patrzą na was jak na lalusiów…
- W każdym sporcie są granice, a jedynie ich umiejscowienie jest różne. Manifestowanie radości, prowokowanie rywala radością, ktoś uznał za nieodpowiednie i to wpisał w reguły gry. Jeśli chcesz podburzyć przeciwnika i atmosferę, to krzyczysz do niego przez siatkę. W hokeju musisz go pobić. Reakcje ludzkie się niewiele różnią i jeśli jesteś doświadczonym graczem, to nie dasz się wyprowadzić z równowagi. Zapewniam każdego, kto uważa siatkarzy za lalusiów, że w meczu pełnym emocji, po krzyku agresywnego przeciwnika, bez możliwości przejścia o centymetr linii środkowej, można być bardziej podłamanym psychicznie niż po starciu wręcz.

- Lubisz prowokować pod siatką?
- Owszem zdarzało się. Gdybym miał się porównać do dwóch wcześniej wymienionych skrajności z reprezentacji - Nowakowski i Bartman - zdecydowanie byłbym tym drugim. Sam nie prowokuję, jednak zaczepiony nie ustąpię na krok. W zeszłym sezonie otrzymałem w dwie lub trzy żółte kartki. Jeden mecz szczególnie zapamiętałem. Powód był błahy. Już na rozgrzewce zawrzało między mną a przeciwnikiem. Cały mecz się ścinaliśmy pod siatką i wymienialiśmy zdania nie przebierając w słowach. Jednak nie jestem juniorem i była to psychologiczna prowokacja, a nie nienawiść. Z pełną premedytacją krzyknąłem na drugą stronę po jednym z bloków. Kartkę dostałem, ale swoje tym osiągnąłem (śmiech).

- Często jest tak, że piłka idzie po bloku, zawodnik dotyka taśmy, zaatakował w aut, a sędzia tego nie zauważył. Zawodnik rzadko się przyznaje. Najczęściej przyznaje się wtedy, gdy wynik jest niezagrożony. Dlaczego jesteście kłamczuchami? Gdybyś się przyznał koledzy byliby wściekli?
- Kiedy zaczynałem grać w siatkówkę nie mogłem tego pojąć. Zastanawiałem się: „czy nie może decydować uczciwość?” Szybko jednak trzeba było się dostosować do realiów, a nie do utopi. Wydaje mi się, że są dwie przyczyny kłamania. Po pierwsze nieustępliwość sportowców w dążeniu do sukcesu. Po drugie - sędzia jest od wychwytywania błędów, a przeciwnik nie odda punktów, gdy sędzia myli się na jego korzyść. Do piłkarzy, kładących się pod wyższym źdźbłem trawy w polu karnym, brakuje nam jeszcze bardzo dużo.

- Czy w siatkówce dochodzi do przepychanek, słownych utarczek po meczu?
- To raczej wyjątek potwierdzający regułę. Zazwyczaj zawodnicy po meczu dziękują sobie i życzą powodzenia na przyszłość i to jest standard boisk siatkarskich. Taka jest tradycja i kultura siatkówki.

– Jesteś też sędzią siatkówki i basketu. To już inny punkt widzenia tych dyscyplin niż zawodnika. Czy jako gracz, lepiej rozumiesz protesty zawodników?
- Staram się nie ulegać sugestiom zawodników. Bardziej zmieniam swoje podejście do arbitrów jako zawodnik, niż w drugą stronę. Moich podopiecznych też tego uczę. Sędzia jest tylko człowiekiem, a jeden punkt nie zabierze ci zwycięstwa, choć czasem... To zawodnik musi wygrać, popełnić jedną pomyłkę mniej. Na zwycięstwa mają wpływ umiejętności, które zdobywa się ciężkim treningiem i pracą. Na sędziego najczęściej nie mamy żadnego wpływu.

- Na pewno śledzisz występy siatkarskiej drużyny narodowej. Co powiesz tym, którzy twierdzą, iż siatkarze jak zwykle przegrali igrzyska?
- Wielką formę prezentowali podczas Ligi Światowej, ale okazała się nieszczęściem. Napompowano balon oczekiwań, co z pewnością przytłoczyło zawodników. Trener grał niewielkimi rotacjami personalnymi i być może obciążenie pierwszego składu było zbyt duże. Na pewno w igrzyskach, poza meczem z Włochami, to nie był ten sam zespół, który wygrywał Ligę Światową. Było to widać gołym okiem. Kolejna różnica między naszymi siatkarzami, a piłkarzami - na obronę „moich kolegów” - wyciągnięta z prasy: „ ćwierćfinał igrzysk to porażka, a dla piłkarzy nieosiągalny szczyt marzeń”. Siatkarska reprezentacja jest na czwartym miejscu w świecie w ranking FIVB, a futboliści bardzo, bardzo daleko.

- Czy to koniec dominacji Skry w kraju?
- Skra ma trochę pecha. Gdy najwięksi rywale się zbroili, Skra się osłabiła, bo obcięła budżet. Ze składu zniknął Bartosz Kurek, Marcin Możdżonek i Miguel Angel Falasca. O ile w kwestii Kurka działacze nie byli w stanie nic zrobić, to w pozostałych przypadkach popełnili błędy. Po utracie na własne życzenie rozgrywającego nie byli w stanie załatać po nim luki. Nie popieram też decyzji o zmianie pozycji dla Mariusza Wlazłego. Nie wygląda to dobrze. Skra przegrała dwie z trzech najważniejszych imprez w sezonie. Zobaczymy co pokażą w fazie play off mistrzostw kraju. Jeśli chodzi o przyszłość, to spore znaczenie będą miały pieniądze potrzebne na zbudowanie drużyny.

- Który z zawodników w Plus Lidze swoją grą cię porywa?
- Z obcokrajowców geniuszem jest Stephane Antiga. Posiada umiejętności techniczne z najwyższej światowej półki. Do tego wybór zagrania, z szerokiego wachlarza w stosunku do sytuacji na boisku, jest idealny. Z Polaków najbardziej cenię Michała Winiarskiego. Niewiarygodnie trzyma przyjęcie i grę na bloku, która wymaga idealnej techniki. Gdyby był mocniejszy fizycznie, byłby najlepszym przyjmującym świata.

– Chciałbyś grać tak jak oni?
- Cały czas do tego dążę (śmiech).

- Co zmieniłbyś w siatkówce?
- Zostało już zmienione z początkiem roku. Ujednolicono przepis dotyczący zasłaniania przy wykonywaniu zagrywki. Ciekawi mnie, jakie to znajdzie odzwierciedlenie w praktyce.

- Wprowadzono też zakaz przyjmowania zagrywki palcami. Sędziowie coraz częściej w takim przypadku gwiżdżą podwójne odbicie. Trzeba przyjmować piłkę sposobem dolnym.
- Jeżeli chodzi o realne podejście sędziów do tego zagadnienia, to nie zauważyłem wielkich zmian. Być może dlatego, że przepis wszedł w życie dopiero 1 stycznia 2013r. Zobaczymy jak ten temat będzie się rozwijał i czy znajdzie praktyczne zastosowanie w grze. Jeżeli chodzi o samą decyzję nie jestem do niej przekonany. Czy jest to najlepszy krok FIVB? Wszelkie modyfikacje przepisów, wprowadzane od lat, służyły polepszeniu widowiskowości dyscypliny. Siatkówka przez to wiele zyskała i stała się bardziej popularna. Z jakością techniczną tego przyjęcia nie jest tak źle, więc nie wypacza techniki gry w znacznym stopniu. Natomiast zaostrzenie przepisu spowoduje globalnie słabsze przyjęcie, a efekt domina spowoduje mniej precyzyjną wystawę i atak. Obniży widowiskowość, zaszkodzi szeroko rozumianemu interesowi siatkówki.

- Gdybyś złowił złotą rybkę, to jakie miałbyś do niej trzy życzenia?
- Trzecia liga na Podhalu w przyszłym sezonie, z nieco lepszym budżetem. Stałe miejsce dyscypliny w naszym regionie, angażując więcej młodzieży, z moją czynną osobą. Wygranie ważnego turnieju, jeszcze niesprecyzowanego, w najbliższym sezonie na piasku.


Karol Majewski
Urodzony - 6 stycznia 1988 w Zakopanem.
Znak zodiaku - Koziorożec
Stan cywilny – kawaler.
Rodzina - cztery siostry, dwóch braci (Kacper z przeszłością siatkarską).

Kariera sportowa - mistrz, wicemistrz i drugi wicemistrz Polski młodzików w unihokeju (Gimnazjada, 2001-04). Piąte miejsce w mistrzostwach Małopolski w Gimnazjadzie (Andrychów 2004) i Licealiadzie (Kęty 2007) w baskecie. W 2007 roku zyskał tytuł najwszechstronniejszego siatkarza w mocno obsadzonym turnieju w Szaflarach. Występował w zespole. W tamtym czasie trzecią ligę MZPS wygrywały Gorlice, które były drugie w turnieju. Wygrała turniej Era Warszawa. Za Szaflarami, na czwartym miejscu, znalazł się Dunajec Nowy Sącz ( drugi w trzeciej lidze). Triumfy - w Nowotarskiej Amatorskiej Lidze Piłki Siatkowej, Gorczańskiej i Podhalańskiej w piłce plażowej w Czarnym Dunajcu. Drugie miejsce w parze z Kamilem Anyżem w plażówce w Myślenicach (2006), czwarte - w mistrzostwach Małopolski z Dawidem Bulańdą (2009) i w Pucharze Prezydenta Krakowa (2011). Pierwsze miejsce w lidze TKKF Kraków z zespołem Jura Wolbrom (2009/10), trzecie miejsce w sezonie 2011/12 w debiucie w profesjonalnych rozgrywkach czwartej ligi Małopolskiego Związku Piłki Siatkowej.

Kariera zawodowa - ratownik wodny od 2009 roku. Praca - Terma Bukowina. Magistrant na kierunku wychowanie fizyczne Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie.

Hobby - poza sportem, film i muzyka popularna.

Tekst Stefan Leśniowski
Zdjęcia Stefan Leśniowski oraz archiwum zawodnika

Reklama

Komentarze





reklama