09.12.2012 | Czytano: 1452

Piotr Kostela: Świat nam ucieka

Polscy unihokeiści jechali na mistrzostwa świata z wielkimi nadziejami. Przed dwoma laty zajęli dziewiąte miejsce i celem minimum było powtórzenie tego rezultatu. Niektórzy marzyli jednak o zrobieniu kroku do przodu i awansie do ósemki.

Rzeczywistość okazała się brutalna. Zakończyli czempionat na 11. pozycji. Jak skomentuje występ biało - czerwonych Piotr Kostela, jeden z trzynastu nowotarżan, którzy reprezentowali nasz kraju w szwajcarskim turnieju. Kostela rozpoczął sezon w duńskim zespole z Aalborga, a po mistrzostwach wraca na „stare śmieci”.

- Chcieliśmy powtórzyć rezultat sprzed dwóch lat, ale na nasz aktualny wynik złożyło się kilka przyczyn. Po pierwsze, trafiliśmy na najmocniejszą grupę eliminacyjną. Mecz z wicemistrzem świata Szwecją był dobry w naszym wykonaniu. Nikt do tej pory na mistrzostwach świata nie strzelił im trzech goli, a nam się to udało. Włożyliśmy w ten meczu serce i dużo sił. Ale też byliśmy pozytywnie naładowani przed potyczką z Norwegami. Wydawało nam się, że to będzie łatwiejszy rywal. Niestety szybko zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Przeciwnik bezlitośnie obnażył nasze niedostatki, zaczynając od wyszkolenia technicznego, a kończąc na motoryce. Na swoim poziomie zagraliśmy z Węgrami, wygraliśmy dość pewnie. Kiedy wydawało się, że morale zespołu się poprawiło po wcześniejszych porażkach, Estończycy wylali na nas kubeł zimnej wody. Była to dziwna konfrontacja. Oddaliśmy 27 strzałów na bramkę rywala, a ten tylko pięć, ale to on wygrał 4:3. To był sygnał, że coś niedobrego się z nami dzieje. Trzeba też pamiętać, że Estończycy w poprzednich mistrzostwach świata grali w ósemce, prezentując wysoki poziom unihokeja. Momentami przeważaliśmy, mieliśmy dużą przewagę, ale skuteczność wołała o pomstę do nieba. Z USA rozegraliśmy całkiem niezłe spotkanie, ale tempo gry nie było zbyt wysokie. Drużyny odczuwały już trudy turnieju. Cieszy, że potrafiliśmy się podnieść. Walczyliśmy do ostatnich sekund, a były momenty, że nam kompletnie nic nie wychodziło. Prowadziliśmy dwoma bramkami, ale dość łatwo daliśmy sobie odebrać prowadzenie. Jednak wykazaliśmy się charakterem, wróciliśmy do meczu, by w decydującym momencie przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.

- Świat nam uciekł?
- Nie ulega wątpliwości, że uciekł. Najlepiej obrazują to liczby. U nas jest 200 licencjonowanych zawodników, a w Niemczech ( z tą drużyną Polacy wygrali w MŚ 2010 – przyp. aut) zarejestrowanych jest 3 tysiące. Liczby nie kłamią. Obrazują kto ma większy wybór graczy? Po drugie, gramy mało ligowych spotkań, zaledwie 12 w sezonie zasadniczym. Dla przykładu powiem, że duńska drużyna, w której występowałem, taką ilość meczów rozgrywa przed sezonem. To o czymś świadczy. Nie dość, że jest nas mało, to jeszcze straszliwie mało gramy. Nie ma jak się rozwijać. Trener robił co mógł, uważam, że powołał wszystkich najlepszych. Jeżeli sytuacja nie zmieni się w naszym unihokeju, to przepaść będzie się jeszcze powiększała. Świat ucieka w zastraszająco szybkim tempie, co pokazały nam mistrzostwa świata, te z sprzed dwóch lat i obecne.

- Wracasz do kraju. Dlaczego?
- Chciałem kontynuować przygodę w Danii, ale sytuacja zmusiła mnie do powrotu do domu. Klub zobligował się, że załatwi mi pracę, ponieważ w Danii nikt nie żyje z unihokeja, każdy zawodnik pracuje. Jam miałem tymczasowe zatrudnienie, a klub nie był w stanie mi załatwić stałej pracy.

- Będziesz kontynuował karierę w Madex Górale?
- Oczywiście. Transfer już został zrealizowany. Wydaje mi się, że już w najbliższych meczach ligowych będę mógł reprezentować mój staro – nowy klub.

- Górale, czy sam opłaciłeś transfer?
- Porozumiałem się z duńską drużyną. Nie potrafili znaleźć mi pracy więc wykazali się wspaniałym gestem i opłacili kartę transferową.

Rozmawiał Stefan Leśniowski

Komentarze







reklama