21.03.2012 | Czytano: 1142

Tabela jak cyganka

Tabela jak cyganka, prawdę ci powie. Play off nie zmienił układu po sezonie zasadniczym. Największa radość w Sanoku. Na chwile chwały czekano tam 54 lata. Najbardziej smucą się w Nowym Targu.

Drużyna Marka Ziętary była faworytem finałowej konfrontacji z Cracovią. Wytrzymała presję i po raz pierwszy zdobyła mistrzostwo Polski. Paraduje w podwójnej koronie, bo w grudniu sięgnęła po Puchar Polski. Bez wątpienia najlepszy zespół sezonu.

Na samym dnie znalazło się Podhale. Po 57 latach spadło z ekstraklasy. „Szarotki” w najwyższej klasie rozgrywkowej grały nieprzerwanie od momentu jej założenia w 1955 roku. Klub, który jeszcze dwa lata temu cieszył się z mistrzostwa Polski, przeżywa poważne problemy finansowe i walczy o przetrwanie.

Play off
Finał: Ciarko Sanok – Cracovia 4:1
Sanoczanie za sprawą zawodników z Nowego Targu w 1976 roku, pod szyldem Stal, awansowali do ekstraklasy. Wtedy zespół składał się z zawodników Podhala i nowotarskiej Wisły. Było ich aż 12! W najwyższej klasie rozgrywkowej utrzymali się tylko sezon. Zajęli 11. miejsce w 12 zespołowej lidze. W 44 meczach zgromadzili 16 punktów, zdobyli 121 goli, stracili – 295. Dlaczego przypominam tak odległe czasy? Bo historia się powtórzyła. Dzisiejsza potęga Ciarko, to również zawodnicy rodem ze stolicy Podhala. Do tego młody, niezwykle ambitny trener, o którym mówią, że to hokejowy bank informacji.

- Pokazaliśmy, że jest taki punkt na mapie jak Sanok i taka plama jak Podkarpacie – mówi burmistrz Sanoka, Wojciech Blecharczyk. – Sport od zawsze jest jedną z najlepszych wizytówek na świecie.

Można tylko pozazdrościć takiego włodarza miasta. Oby więcej takich, którzy przez sport promują miasto, ale nie słowami, tylko czynami. Może dzisiaj Podhale nie musiałoby spaść do pierwszej ligi. Panie Blecharczyk zapraszamy do Nowego Targu.

- O sanoczanach należy mówić w samych superlatywach – mówi Jacek Kubowicz. – Transfery zrobione z głową, a szczególnie bramkarza. Gdyby mieli lepszego golkipera w ubiegłym roku, to graliby o medale. Psioczyliśmy na półfinały, że Unia i JKH szybko się poddały, a teraz to samo uczyniła Cracovia. 4:1 meczach i 5:1 w ostatnim nie wystawia „Pasom” dobrego świadectwa. To wręcz deklasacja. Cracovia zawiodła. Jej indywidualny potencjał był słabszy. Miała też gorszych obcokrajowców. Jeśli w ich szeregach najlepszym zawodnikiem jest Kostuch, który pięć miesięcy spędził na budowie, to niezbyt dobrze świadczy o pozostałych. Może trzymiesięczna praca fizyczna, to patent na polską ligę. To oczywiście żart, bo Kostuch, to utalentowany zawodnik i jak się okazuje bez specjalistycznego treningu świetnie sobie radził. W pojedynkę nie mógł sanoczan załatwić, bo pierwsza formacja była bladym tłem.

Gwiazda serii - Krystian Dziubiński (3 gole, 4 podania)
- Strzelił trzy ważne bramki – mówi Jacek Kubowicz. – W każdym meczu punktował, a pierwsze mecze były bardzo zacięte i decydowała jedna bramka. „Dziubek” świetnie dowodził formacją. Ma dobre skrzydła, które kapitalnymi podaniami uruchamiał.

X-Factor – Josef Vitek ( 4 gole, 1 asysta)
- To jeden z tych trafionych transferów – twierdzi Jacek Kubowicz. - Mieć w składzie zawodnika, który zdobywa ważne bramki w dodatku w przełomowych momentach, to skarb. Zdobył w przedostatnim i ostatnim meczu po dwie bramki, po których Cracovia się już nie podniosła.

Zawód – Leszek Laszkiewicz (2 gole, 1 asysta)
- Cztery raz wybieraliśmy go do gwiazdy miesiąca – mówi Jacek Kubowicz. – W sezonie zasadniczym był najlepiej punktującym graczem, ale nie pierwszy już raz w play off zawodzi. Traci połowę swojej wartości. W tej serii nie było go widać, a jak jego nie widać, to cała formacja kuleje. Forma „Laszki” w perspektywie występów w reprezentacji kraju nie wygląda ciekawie.

Mecz nr 1 ( 7.3.): Ciarko Sanok – Cracovia 3:2 D (1:1, 0:0, 1:1, 1:0)
Sanoczanie po raz szósty w tym sezonie pokonali krakowian. Spotkanie podzielone było na kilka części. W pierwszej ani jedni, ani drudzy się nie oszczędzali. W drugiej „Pasy” zagrały zachowawczo i dopiero, gdy straciły drugą bramkę ruszyły do przodu i szybko wyrównały. O wyniku przesadził gol strzelony przez Vozdecky’ego w 58 sekundzie dogrywki. Dość szczęśliwe było to trafienie. Vozdecky po wtargnięciu do tercji, podawał do Zapały, „guma” nieszczęśliwie odbiła się od obrońcy i wróciła do sanoczanina. Ponieważ Radziszewski przemieścił się do Zapały, Vozdecky nie miał problemów z ulokowanie krążka w odsłoniętej części bramki. Dobry mecz jak na polską ligę, a najlepsza pierwsza odsłona.

Mecz nr 2 (9.3): Cracovia – Ciarko Sanok 5:2 (1:2, 2:0, 2:0)
„Pasy” wykorzystały atut własnego lodowiska, choć rywale nie ułatwiali im zadania. Po raz kolejny z dobrej strony pokazał się Kostuch, hokeista rodem z Kanady, mimo iż cztery miesiące pracował na budowie, okazał się jokerem w tali szkoleniowca Cracovii. Zresztą w półfinale również. Przekonuje wszystkich, iż wart jest każdych pieniędzy. Niemniej zawstydza tych, którzy, podobno ciężko pracowali w sezonie. W pierwszej tercji tylko teoretycznie własne lodowisko było sprzymierzeńcem Cracovii, bo to sanoczanie czuli się jakby grali u siebie. Jednak po zmianie stron gospodarze przejęli inicjatywę, a Odrobiny wyraźnie przegrał pojedynek z Radziszewskim. Golkiper „Pasów” bronił fenomenalnie, a interwencje Odrobnego były niepewne, trzy gole ma na sumieniu. Te jego wyjazdy daleko z bramki, obijane krążki przed siebie, irytują kibiców sanockiej drużyny.

Mecz nr 3 (10.3): Cracovia – Ciarko Sanok 2:3 (0:0, 2:1, 0:2)
Hokeiści z Sanoka zdołali się pozbierać po porażce i odnieśli cenne zwycięstwo pod Wawelem. Sanoczanie pokazali charakter i wysokie umiejętności. – Szczególnie znakomita w naszym wykonaniu była kluczowa dla losów meczu trzecia tercja – mówił trener Ciarko, Marek Ziętara.

Jego zawodnicy przegrywali po drugiej tercji 1:2, więc w ostatniej postawił wszystko na jedną kartę. – Trener sanoczan zagrał va banque i posłał do boju aż czterech napastników. To się opłaciło – uważa olimpijczyk Roman Steblecki.

Mecz nr 4 (13.3): Ciarko Sanok – Cracovia 4:2 (1:1, 2:1, 1:0)
Zespół Marka Ziętary miał zdecydowanie więcej argumentów. Nad Sanokiem uniósł się delikatny zapach złota, ale trzeba wykonać jeszcze jeden krok, ten najważniejszy. W obozie „Pasów” mówią inaczej… - Najtrudniejszy ostatni krok – dodawał Jacek Kubowicz.

Spotkanie miało dziwny przebieg. Najpierw zdecydowaną przewagę osiągnęli gospodarze, ale tylko raz skapitulował Radziszewski, po strzale Gruszki. Goście celowali rzadziej, ale byli skuteczniejsi. Najpierw Dvořak, a później Słaboń zasmucili publiczność. Te trafienia obudziły miejscowych, którzy w 96 sekund odrobili stratę z nawiązką. Szczególnie ładny gol był Malasińskiego. Na początku trzeciej odsłony drugą swoją bramkę zdobył Vitek i przez trybuny przetoczyła się meksykańska fala.

Mecz nr 5 (14.3): Ciarko Sanok –Cracovia 5:1 (1:0, 1:1, 3:0)
„Pasy” były pod ścianą. Trener Rohaček musiał coś wymyślić, by zaskoczyć rywala i przedłużyć nadzieję na obronę mistrzowskiego tytułu. Postawił w bramce Raškę. Czech bardzo szybko, bo już w 4 minucie skapitulował. Na początku drugiej tercji wyrównał L. Laszkiewicz, ale – jak się później okazało – był to łabędzi śpiew ustępującego mistrza. Kiedy sanoczanie byli w potrzebie do akcji wkroczył Vitek, a ostania tercja była już koncertem w wykonaniu miejscowych hokeistów.


O III miejsce: Unią Oświęcim – JKH Jastrzębie 4:3
- Wreszcie play off jaki cieszy kibiców – mówi Jacek Kubowicz. – Siedem zaciętych spotkań i brązowy medal wytargany dopiero w dogrywce. Jastrzębie nie wykorzystało ogromnej szansy na pierwszy historyczny medal. Prowadząc 3:2 w meczach nie potrafiło wykorzystać atutu własnego lodowiska, które w sezonie zasadniczym było ich sprzymierzeńcem. Unia miała lepszych obcokrajowców. Więcej oczekiwałem od Kosowskiego, który miał dobre momenty, ale też kiepskie. Nie pomógł drużynie w wywalczeniu medalu. Oświęcimianie po trenerskich zawirowaniach dopięli swego i wskoczyli na „pudło”.

Gwiazda serii – Radek Prohazka (4 gole, 4 podania)
W sezonie zasadniczym imponował przeglądem sytuacji i dobrymi finalnymi zagrywkami. W potyczkach o brąz dorzucił do podań również zdobycze bramkowe. Pokazał się z dobrej strony, zdobywając osiem punktów w siedmiu meczach.

X-Factor – Wojciech Wojtarowicz (4 gole, 1 asysta)
To dzięki niemu oświęcimianie wrócili do gry. W Jastrzębiu, w szóstym spotkaniu, zdobył dwa gole i przy jednym asystował.

Zawód – Filip Drzewiecki ( bez punktu)
Niczym się nie wyróżnił. Zresztą cały sezon miał kiepski. Zdobył tylko 16 punktów, to jak na byłego reprezentanta kraju, wynik kiepściutki. Gdzieś zatracił się po odejściu z Cracovii. To już nie ten zawodnik, który imponował dynamiką, ciągiem na bramkę, potrafił zdobywać gole. Transferowy niewypał JKH.

Mecz nr 1 (7.3): Unią Oświęcim – JKH Jastrzębie 3:4 (2:1, 0:2, 1:1)
Po 900 dniach jastrzębianie wygrali w Oświęcimiu! Pierwsze minuty tego nie zapowiadały, gdyż gospodarze szybko objęli prowadzenie 2:0. Od drugiej tercji to goście dominowali na tafli. Unia nie miała pomysłu na grę, nie potrafiła skonstruować akcji ofensywnych. Z minuty na minutę ich gra wyglądała coraz gorzej, a frustracja kibiców rosła. „Po co wy gracie, jak wy ambicji nie macie” – takie okrzyki wznosili kibice. Po trenerskiej burzy w szatni miejscowi zdołali w 43 min. doprowadzić do wyrównania, ale cieszyli się z niego zaledwie 23 sekundy.

Mecz nr 2 (9.3): JKH Jastrzębie – Unia Oświęcim 0:3 (0:0, 0:1, 0;2)
Gospodarze grali tragicznie. – Zdawaliśmy sobie sprawę, że musimy wygrać, bo druga wygrana gospodarzy, skomplikowałaby nam sytuację. Ważnym momentem było zdobycie bramki tuż przed przerwą. JKH musiało zaatakować, my graliśmy z kontry. Byliśmy skuteczniejsi – powiedział napastnik Unii, Marcin Jaros.

- Moi zawodnicy byli wystraszeni. Unia zmieniła taktykę, nie forsowała tempa, tylko nastawiła się na kontry. O wyniku zdecydowało półtorej minuty w drugiej tercji, gdy graliśmy z przewagą dwóch zawodników. Nie oddaliśmy strzału, więc nie ma o czym mówić – powiedział trener JKH, Jiři Reznar.

Mecz nr 3 (10.3): JKH Jastrzębie – Unia Oświęcim 5:1 (1:1, 3:0, 1:0)
Po wiktorii nieoczekiwanie posadę stracił Trener Unii, Charles Franzen, który w protokole widniał, jako…kierownik techniczny. Taką decyzje podjął zarząd Unii i główny sponsor. Decyzja zaskakująca, a zwłaszcza moment jej wcielenia w życie. Unia pod wodzą Tomasza Piątka walczyła tylko 20 minut, potem skapitulowała, oddając inicjatywę w ręce jastrzębian.

Mecz nr 4 (13.3): Unia Oświęcim – JKH Jastrzębie 5:2 (1:1, 2:0, 2:1)
Huśtawka nastrojów panowała wśród kibiców obu zespołów. Ich pupile grają w kratkę. – Założenia były proste – chcieć, walczyć, jeździć więcej niż ostatnio, grać najprostszy hokej z szybkimi podaniami i dużą ilością strzałów. Wyszło – powiedział Tomasz Piątek.

- Wyszliśmy spięci, nerwowi i to odbiło się na dyspozycji. W okresie 5- minutowej przewagi strzelimy tylko jednego gola, a okazji było w brud. W dodatku straciliśmy bramkę 5 sekund przed zakończeniem kary i nie wykorzystaliśmy 108-sekundowej podwójnej przewagi – powiedział Jiři Reznar.

Mecz nr 5 (14.3): Unia Oświęcim – JKH Jastrzębie 2:3 (1:2, 1:0, 0:0; 0:1) D
Prawdziwa wymiana ciosów. Na trafienie odpowiadano trafieniem. To decydujące zadali goście w 63 minucie.

Mecz nr 6 (17.3): JKH Jastrzębie - Unia Oświęcim 3:4 (2:0, 0:1, 1:3)
Po pierwszej tercji gospodarze prowadzili 2:0 i wydawało się, że meczu nie przegrają, bo kontrolowali wydarzenia na tafli. Unia jednak podniosła się z kolan i w 43 min. objęła prowadzenie. Podrażnieni gospodarze 5 minut później wyrównali, ale decydujący cios w 56 min. zadał Prohazka.

Mecz nr 7 (19.3): Unia Oświęcim – JKH Jastrzębie 3:2 (1:0, 1:1, 0:1, 1:0) D
Dopiero w dodatkowym czasie brązowy medal „wytargali” oświęcimianie. Gola na wagę medalu zdobył w 39 sekundzie dogrywki Gabryś. Spotkanie było zacięte, oba zespoły poszły na wymianę ciosów.


O V miejsce: GKS Tychy – Zagłębie Sosnowiec 2:0
- Czy potrzebne są takie mecze? – pyta Jacek Kubowicz. – To odrabianie pańszczyzny. Jedynie przedłużenie sezonu dla potrzeb reprezentacji. Zagłębie skompromitowało się w pierwszym meczu, nie miało motywacji, a Tychy podrażnione ambicją, że nie weszły do czwórki, załatwiły sprawę. Tychy to największy przegrany ligi. W ubiegłym roku 2-3 starszym zawodnikom podziękowano, ale widać, że było to zbyt słabe wietrzenie szatni. Potrzeba szerzej otworzyć okna i drzwi, by wietrzenie było skuteczniejsze.

Gwiazda serii – Adam Bagiński (2 gole, 2 podania)
Trudno wyróżnić gracza w dwumeczu o przysłowiową „pietruszkę”. Tym bardziej, gdy oba zespoły myślami były już na wakacjach.

X-Factor – Radosław Galant ( 2 gole)
Zawodnik przyszłościowy, który ogólnie miał niezły sezon. To tylko dowód, że w Tychach wreszcie powinni postawić na młodzież.

Zawód – drużyna Zagłębia
Usatysfakcjonowana utrzymaniem w lidze, nie miała motywacji, by postawić się rywalowi. To co pokazała w pierwszym meczu, było żenujące. Były kłopoty finansowe, ale jak się wychodzi na lód, to nie lekceważy się kibiców.

Mecz nr 1 (7.3): Zagłębie Sosnowiec – GKS Tychy 1:8 (1:2, 0:3, 0:3)
Sosnowiczanie straszyli, że mogą nie wyjechać na lód, gdyż nie otrzymali pensji za styczeń. W dniu meczu środki się znalazły, więc hokeiści zagrali, jednak spotkanie stało na niskim poziomie. Tyszanie pokazali, że walczą o przyszłe kontrakty, a gospodarzom zabrakło dyscypliny taktycznej.

Mecz nr 2 (13.3): GKS Tychy – Zagłębie Sosnowiec 2:0 (0:0, 0;0, 2:0)
Wielcy przegrani dopełnili formalności i zajęli piąte miejsce. Przed meczem w Sosnowcu obradowała komisja sportu, po której sosnowiczanie liczyli, iż zapadną decyzję o wsparciu finansowym zespołu w przyszłym sezonie. Takie deklaracje i zapewniania nie padły i zagłębiacy nadal nie są pewni, czy klub w przyszłym sezonie będzie grał w ekstraklasie.


Play out: Nesta Karawela Toruń – MMKS Podhale Nowy Targ 4:1
Wielki zawód spotkał kibiców Podhala. 14 marca był najczarniejszym dniem w 80 – letniej historii „Szarotek”. W sezonie zasadniczym był remis w meczach, ale w play off górę wzięła jedna indywidualność – Milan Baranyk. On zrobił wielką różnicę.

Gwiazda serii – Milan Baranyk ( 4 gole, 3 podania)
- Potwierdził swoją wartość – twierdzi Jacek Kubowicz. – Uważam, że nie zagrał na 100% swoich możliwości, ale nawet to wystarczyło. Potrafił skontrować przy grze w osłabieniu, przytrzymać krążek, świetnie rozgrywać przewagi. Urywał się obrońcom, zdobywał gole lub asystował. Załatwił nas w kluczowych momentach. Szkoda, że nie grał dla nas, bo utożsamiał się z Podhalem, ma tutaj przyjaciół i bardzo chciał reprezentować klub. On jednak nas spuścił.

X-Factor – Kamil Kalinowski ( 2 gole, 2 asysty)
- 20-latek, który pokazał się z dobrej strony – mówi Jacek Kubowicz. – Nie zjadła go trema. Nie imponuje warunkami fizycznymi, ale świetnie pogrywał z „Baranem”. Mimo, iż między nimi jest różnica 10 lat, potrafili znaleźć wspólny język. Chłopak myślący, rozwijający się. Tylko czy jego przyszłość jest w Toruniu?

Zawód – atak Podhala
- Muszę zganić napastników - mówi Jacek Kubowicz. – Obrona popełniała błędy, ale nie traciła zbyt dużo goli. Atak miał średnią 2 gole na mecz, to zbyt mało, by myśleć o sukcesach. Przyszły mecze o stawkę, przyszła presja i chłopaki nie podołały.

Mecz nr 1 (7.3): Nesta Karawela Toruń – MMKS Podhale Nowy Targ 2:1 (1:0, 0:1, 1:0)
Były zawodnik Podhala, Milan Baranyk okazał się katem górali. Takiego gracza zabrakło w góralskim zespole. Torunianie nie zagrali cudownego meczu, ale mieli „Barana”, który zrobił różnicę.

- Zrobił to, co do napastnika należało – twierdzi były hokeista Podhala, Jacek Kubowicz. - Dostał krążek jak na tacy, przechodzący równolegle do pola bramkowego i dołożył tylko łopatkę kija. W nowotarskim zespole brakuje armat. Nie można wygrać meczu, jeśli strzela się jedną bramkę. Ba, nie zagraża się bramce rywala. Może górale mieli kilka sytuacji, ale nie klarownych, z których padłby gol.

Mecz był brzydki, chaotyczny. Podhale nastawiło się na destrukcję. Bardziej przeszkadzało niż konstruowało akcje. Mimo bałaganu na tafli, gospodarze byli w ataku groźniejsi i najbardziej zapracowanym człowiekiem był Tomasz Rajski.
Mecz nr 2 (9.3): MMKS Podhale Nowy Targ – Nesta Karawela Toruń 4:3 K (1:1, 1:1, 1:1, 0:0) karne 2:1
„ Jarek Różański! Dziękujemy!” – było za co dziękować, gdyż „Różak” nie pozwolił wbić kolejnego gwoździa do trumny Podhala. Dwa razy trafił w meczu i tyleż razy z karnego. Ten drugi karny dał wymęczone zwycięstwo „Szarotkom”, które wróciły do gry w „hicie na dnie”.
- Przy drugim trafieniu było dużo szczęścia. Krążek odbił się od słupka, nogi bramkarza i zatrzepotał w siatce. Opornie nam dzisiaj szło, ale stawka meczu paraliżowała ruchy. Każdy chciał dobrze, ale nie wychodziło – powiedział bohater meczu.
Nowotarżanie pod presją grali ogromnie spięci. Nie potrafili zawiązać składnej akcji. Wszystko kończyło się na dwóch podaniach i stracie krążka.

Mecz nr 3 (10.3): MMKS Podhale Nowy Targ – Nesta Karawela Toruń 1:3 (0:1, 0:0, 1:2)
O sukcesie torunian zdecydowały przewagi, z czterech wykorzystali trzy. W decydujących momentach gospodarze podejmowali złe decyzje, albo strzały były sygnalizowane i bramkarz był dobrze ustawiony, ale mijały światło bramki.

- Biliśmy głowa w mur – przyznał kapitan „Szarotek”, Rafał Dutka. – Byliśmy dobrze przygotowani fizycznie i psychicznie, ale nic nam nie wychodziło.

Sędziowie nałożyli 163 minuty kar. Kibice zobaczyli potyczki bokserskie. W efekcie Ćwikła i Sulka zostali zawieszeni na dwa spotkania, a Porębski odpocznie jeden mecz.

Mecz nr 4 (13.3.): Nesta Karawela Toruń – MMKS Podhale Nowy Targ 4:2 (1:2, 2:0, 1:0)
Coraz bardziej zaciska się pętla na szyi hokeistów Podhala. Przegrali trzeci mecz o życie i torunianom wystarczy jedna wygrana, by spuścić górali do pierwszej ligi. Nowotarżanie mieli jedynie przebłyski dobrej gry, ale to okazało się za mało. Gospodarze byli w przekroju całego spotkania zespołem lepszym, mieli więcej zgry, przeprowadzali składniejsze akcje. Dobrze prezentowali się w liniach defensywnych i Podhale nie stwarzało zagrożenia pod ich bramką. Niemniej to przyjezdni dwukrotnie obejmowali prowadzenie. Odpowiedzialności „Szarotkom” wystarczyło na 30 minut. Potem zapomniały, iż torunianie są wyśmienici w wykorzystywaniu liczebnych przewag i stało się.

Mecz nr 5 (14.3): Nesta Karawela Toruń – MMKS Podhale Nowy Targ 7:3 (2:2, 2:1, 7:0)
Torunianie wbili góralom czwarty gwóźdź do trumny. Podhalu za osiem miesięcy stuknie 80 lat. Wspaniały urodzinowy prezent przygotowano jubilatowi. Po raz kolejny dobił górali Milan Baranyk.

Stefan Leśniowski
Współpraca Jacek Kubowicz

 

Komentarze







reklama