20.03.2012 | Czytano: 1131

Drugi rozbiór Podhala

Z Jackiem Szopińskim, trenerem MMKS Podhale, rozmawia Stefan Leśniowski.

- Sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą. Kozłem ofiarnym zazwyczaj jest trener.
- Zawsze tak było. Zdawałem sobie sprawę, że będzie to najtrudniejszy sezon w historii klubu, ale jestem od dziecka zwiany z nim i chciałem mu pomóc w trudnym okresie. Liczyłem, że utrzymamy się w elicie. Tafla jednak zweryfikowała mój optymizm.

- Łatwiej znieść porażkę będąc zawodnikiem, czy trenerem?
- Każda porażka boli, ale inaczej znosi się ją, kiedy się jest hokeistą, a inaczej, gdy prowadzi drużynę. Zawodnik zawsze schowa się wśród kolegów, a trener nie ma takiej możliwości. Jak palec zostaje sam na placu boju.

- Zanosiło się na porażkę, bo drużyna budowana była na wariackich papierach.
- Dokładnie. Przed sezonem nastąpił drugi rozbiór Podhala. Odeszli kluczowi zawodnicy, a nikt ich nie zastąpił. To znaczy zastąpili ich juniorzy, nieokrzepnięci w bojach. Rok wcześniej zajęliśmy piąte miejsce i był to sukces ponad stan. Odszedł Kolusz, Kapica, Baranyk, Bakrlik, po pięciu meczach wypadł w powodu kontuzji K. Bryniczka, który również był jednym z motorów napędowych zespołu. Dodatkowo był Czuy, a tak naprawdę go nie było. W istotnym momencie opuścił tonący okręt. Trzon drużyny się rozpadł.

- Czuy po raz drugi zagrał wam na nosie.
- Przyjechał nieprzygotowany. Po kilku treningach wnioskowałem o odesłanie go do domu i sprowadzenie zawodnika gotowego do gry. Włodarze mu zaufali, a gdy wrócił do wysokiej formy, kiedy mógł dać dużo drużynie, zadał nam cios poniżej pasa.

- Twierdzi, że klub mu zalegał z wypłatami?
- Nie wnikam w sprawy finansowe, bo to są rozliczenia między działaczami i zawodnikiem, ale z tego co mi wiadomo, to nie był mu winny.

- Przed sezonem rozbudziłeś apetyty kibiców stwierdzeniem, iż walczycie o mistrzostwo kraju. W trakcie sezonu zmieniłeś zdanie, mówiąc, że zawodnicy mają umiejętności zaledwie na pierwszą ligę. Twoi przeciwnicy zarzucają ci, że to ty przez kilka lat przygotowywałeś zawodników do zawodu w grupach młodzieżowych. Jak ich przygotowałeś takie masz teraz wyniki.
- Zawodników wychował klub, chociaż rzeczywiście jest kilku zawodników, których prowadziłem przez kilka lat. Nie chciałbym jednak obarczać ich za spadek. Grali jak umieli. Na juniorów spadła odpowiedzialność za przyszłość klubu i ciężaru nie udźwignęli. Presja nie była sprzymierzeńcem młodych ludzi. W niuansach przegraliśmy z Toruniem. Co z tego, że szybciej jeździliśmy, więcej walczyliśmy, skoro nie udźwignęliśmy presji.

- Działacze ci nie pomagali. Przed sezonem nie zmontowali wiodącej piątki. W sezonie widzieli co się święci, a jednak nie zaryzykowali wzmocnić zespół i uratować go przed spadkiem. Baranyk, który w Toruniu robił różnicę, chciał grać w Podhalu.
- Stan finansowy klubu nie pozwolił podjąć ryzyka. Zostaliśmy, jako jedyni w lidze, z wychowankami. Przy tym ci najlepsi, w najlepszym dla sportowca wieku, grali dla innego klubu. Gdyby zostali, gralibyśmy o inne cele.

- Łezka w oku się nie pojawiła, gdy zdobywali mistrzostwo dla Sanoka?
- Zakręciła, ale takie jest życie, taki jest sport. Pieniądz rządzi. Nie dziwię się, że wybrali lepsze warunki, bo hokejowa kariera jest bardzo krótka. Pojawiła się szansa zarobienia, więc z niej skorzystali.

- Ciągłe porażki nie wpłynęły dobrze na psychikę zawodników. Trudno ich było motywować?
- Wiadomo, że porażki dołują, a my źle zaczęliśmy sezon i…tak się ciągło. Przegrywaliśmy spotkanie za spotkaniem i w podświadomości odkładało się, że konkurencja jest mocna sportowo, organizacyjnie i finansowo. To pogłębiało frustrację. Starałem się jak było to możliwe trafić do ich świadomości. Przekonać, że posiadają umiejętności, którymi są w stanie z każdym wygrać.

- Gra drużyny przypominała sinusoidę. Były przebłyski dobrej gry z nikłymi przegranymi, ale były też sromotne lania.
- Zdarzały się nam wpadki, gdzie było widać różnicę poziomów, ale większość spotkań była wyrównanych. Do końca wynik był sprawą otwartą. Gdyby kilka spotkań udało nam się przeciągnąć na swoją stronę, to morale zespołu poprawiłoby się.

- Zmieniłbyś teraz coś w prowadzeniu drużyny, systemie gry, przygotowaniach?
- W poprzednim sezonie moja praca przyniosła wymierne efekty i uważam, że to co robiłem, robiłem dobrze i z sercem. Mało było sparingów przed sezonem. Przygotowania specjalistyczne planowaliśmy rozpocząć pod koniec lipca, a wyszliśmy na lód w połowie sierpnia. Już na starcie byliśmy z tyłu. Nie mając lodu trudno było dopinać spotkania kontrolne. Na obóz nie było nas stać. Często z różnych powodów musiałem modyfikować zaplanowany cykl treningowy. Błędem było, że zgodziłem się w grudniu nadal prowadzić drużynę. Mogłem być bardziej stanowczy i wymusić na sternikach wzmocnienia. Błędy na pewno popełniłem, ale to dopiero szczegółowa analiza wykryje. Wtedy wyciągnę wnioski.

- Twoja rola nie ograniczała się li tylko do prowadzenia pierwszej drużyny. Czy nie za dużo obowiązków spadło na twoją głowę?
- Na pewno nawał obowiązków miał wpływ na funkcjonowanie drużyny, ale niedecydujący.

- Mleko się wylało, teraz trzeba to posprzątać. Jaka jest przyszłość drużyny, klubu?
- Nie wiem. Już przed decydującymi meczami o utrzymanie nie było widomo, co dalej. Naszą ambicją było zajęcie siódmego miejsca, a później, co czas pokaże.


PS: Zarząd MMKS Podhale obradował w poniedziałek wieczorem i wreszcie podał datę „walnego”. Odbędzie się 18 kwietnia. Będzie to nadzwyczajne Zebranie Sprawozdawczo - Wyborcze. Pierwszy termin wyznaczono na godzinę 18, drugi pól godziny później. Nie podjął jednak męskiej decyzji i informuje czy poda się do dymisji.

Komentarze







reklama