- Nasze panie sprawiły miłą niespodziankę, zajmując szóste miejsce w mistrzostwach świata. Konia z rzędem temu, kto wytypowałby taki rezultat. To najlepszy wynik seniorskiej reprezentacji w historii polskiego unihokeja.
- Przyznam się, że sami nie spodziewaliśmy się takiego rezultatu. Jest lepszy od naszych możliwości. Jeśli chodzi o liczbę drużyn i zawodniczek, to jesteśmy na szarym końcu. To ogromny sukces nie tylko w naszych oczach, ale także międzynarodowej federacji. Przeciwnicy również byli zaskoczeni. Wszyscy nam gratulowali.
- Mogło być jeszcze lepiej. 119 sekund dzieliło was od raju. Pozostał niedosyt?
- Zawsze jest niedosyt, nie ważne, o jakie miejsce się gra. Niemniej Norweżki były lepsze od nas. Popełniły trzy błędy „wielbłądy”, które wykorzystaliśmy. Dały nam szansę wywalczenia piątego miejsca, gwarantującego bezpośredni awans do mistrzostw świata w Czechach.
- Potem był ten nieszczęśliwy karny. Duża była rozpacz?
- Po przegranej zawsze panuje smutek, ale nie była to rozpacz. Celem dziewcząt było wejście do ósemki i cel zrealizowały. Mogliśmy w grupie przegrać z Rosjankami i wtedy być poza nią. Po zwycięstwie nad Rosją można było już mówić o dużym sukcesie. Wydaje mi się, że dziewczęta z występu były zadowolone.
- Tym bardziej, iż do turnieju przystąpiły z marszu, bez specjalnych przygotowań, zgrupowań…
- Można tylko gdybać, czy gdyby doszło do zgrupowań wynik byłby lepszy. Reprezentacja jest amatorska. Dziewczęta nie są związane kontraktami z klubami, pracują. Nie można więc było przeprowadzić przygotowań. Kilka dziewczyn nie pojechało do Szwajcarii, dlatego, bo nie mogły wziąć urlopu z pracy. Szóste miejsce jest i tak ponad nasz stan posiadania. Mieliśmy dużo szczęścia. Przeciwnicy nam pomogli. Przyznaję, że popełniono błędy w sferze sportowej i organizacyjnej, ale nie popełnia ich ten, kto nic nie robi. Być może, gdyby lepsza była organizacja, to zajęlibyśmy piąte miejsce.
- Dlaczego mieszkaliście w Niemczech, a nie w kraju rozgrywania czempionatu? Dojazdy nie były męczące?
- W Niemczech było taniej. Mieszkaliśmy 65 km od miejsca rozgrywania spotkań i nie sądzę, by miało to wpływ na wyniki.
- Kobiecy unihokej jest profesjonalny?
- Półprofesjonalny. W Szwecji kilka dziewcząt jest związanych kontraktem, ale jednocześnie pracują, tyle, że na innych warunkach. Są zwalniane na treningi i mecze, a czas pracy jest ściśle powiązany z cyklem treningowym.
- Mimo to między wielką czwórką, a pozostałymi krajami jest ogromna przepaść. Dlaczego?
- W tych krajach mnóstwo dziewcząt uprawia unihokej i mają, z kogo wybierać. Ligi są mocne, grają często i dużo, a więc ogrywają się i nabierają doświadczenia. Trzeba z przykrością stwierdzić, iż nie tylko te kraje nam uciekają. Drepczemy w miejscu. Za dwa lata może się okazać, że zabraknie nas w mistrzostwach lub będziemy na szarym końcu.
- W takim razie, co trzeba zrobić, by nie dreptać w miejscu, tylko zrobić krok do przodu?
- Trzeba mieć wizję unihokeja. Odpowiedzieć na pytanie: jak go rozwijać? Wytyczoną ścieżką nie da się iść, bo ona nie sprawi, że unihokej będzie się rozwijał. Tylko nowi ludzie, mogą pchnąć dyscyplinę do przodu. Musi być nas więcej uprawiających ten sport. Wtedy automatycznie zmienią się rozgrywki ligowe. W tej chwili dostosowane są do ilości drużyn i ich możliwości finansowych.
- Kto był motorem napędowym reprezentacji?
- Każda zawodniczka zagrała na miarę swoich możliwości. Niektóre dziewczyny wyglądały słabiej na tym poziomie, ale o tym wiedzieliśmy już wcześniej. Podhalanki falowały.
- Czy wiemy już jak będą wyglądały kwalifikacje do kolejnego czempionatu?
- Federacja nie podjęła jeszcze decyzji, w jakim kształcie i gdzie będą rozgrywane. W maju lub w czerwcu upływa termin zgłoszeń. Wydaje się, że będą trzy europejskie grupy. My będziemy rozstawieni z numerem drugim, za Łotwą.










