Szansy na zmniejszenie dystansu do wicelidera Sandecji II nie wykorzystał Lubań Maniowy. Maniowianie byli w tym spotkaniu lepsi stworzyli znacznie więcej sytuacji bramkowych, ale gola na wagę 3 punktów nie zdobyli. Lubań nie wykorzystał też problemów kadrowych, jakie w tym meczu dotknęły rezerwy Sandecji i niestety z trzeciej pozycji, jaką zajmował po jesieni spadł na 6 miejsce. Podstawowym problemem piłkarzy Lubania od dawna jest skuteczność. Głównie zatrważający brak nieumiejętności wykorzystywania sytuacji sam na sam. Jak mówi stare piłkarskie przysłowie „niewykorzystane okazje zwykle się mszczą” sprawdziło się to w wielu meczach drużyny z Maniów. Chociaż w spotkaniu z Sandecją II los dla Podhalan był w miarę łaskawy to jednak bezbramkowy remis nie może być powodem do zadowolenia, jeżeli weźmie się pod uwagę przebieg spotkania. Mecz wprawdzie odbywał się na boisku rywala (konkretnie na stadionie Heleny Nowy Sącz) i Lubań grał z wiceliderem, ale ilość stworzonych przez naszych piłkarzy sytuacji bramkowych była wystarczająca, aby ten mecz wygrać. Słabości przeciwników trzeba wykorzystywać inaczej marnuje się niepowtarzalne szanse. Przed rozgrywkami Lubań był wymieniany w ścisłym gronie kandydatów do awansu do III ligi, teraz ten awans wydaje się coraz bardziej oddalać.
- Jesteśmy rozczarowani wynikiem tego meczu - mówi trener Lubania Marek Żołądź. - Gramy dobrze w polu dyktujemy warunki rywalom a nie potrafimy tej przewagi zamienić na gole zresztą nie po raz pierwszy. Niewykorzystane okazje coraz bardziej paraliżują piłkarzy, grają z coraz większą presja a to nie pomaga. Nie mogę do nich mieć pretensji o ambicję zaangażowanie, ale bez strzelania bramek nasza sytuacja nie będzie się poprawiać. Zastanawiam się czy w naszym przypadku pomogłaby nawet interwencja psychologa, wszak na treningach wszystko wygląda dobrze. Oczywiście myślimy jak sobie z tym problemem poradzić, mamy tydzień na zmiany, bo jednak trzeba coś z tym zrobić.
Mniej pretensji można mieć do grającej w V lidze Watry Białka Tatrzańska, która też przegrała z rezerwami pierwszoligowej Termaliki Bruk Bet Nieciecza. Mecz został rozegrany w pobliskim Żabnie gdzie tydzień temu Watra wygrała z miejscowym Polanem 2-0. Rezerwy Termaliki to jednak znacznie mocniejszy zespół i o taki wynik było tym razem w Żabnie trudno.
- Przegraliśmy 1-2 ale w naszym zasięgu był absolutnie remis - mówi trener Watry Stanisław Strama. - Oczywiście z takim rywalem, w którego składzie grało wielu zawodników z szerokiej kadry I ligi nie można pozwolić sobie na zmarnowanie stuprocentowych okazji bramkowych. Ten mecz mógłby ułożyć się lepiej gdybyśmy w pierwszej połowie prowadzili nie jedną, ale dwoma lub więcej bramkami. Okazje ku temu były, bo i Andrzej Rabiański mógł zdobyć gola po błędzie obrońców Termaliki i Rafał Kuchta był w sytuacji sam na sam. Nie udało się a w drugiej części meczu gospodarze nas trochę przycisnęli. Szkoda jednak, że pierwszego gola zdobyli po naszym błędzie w obronie i złym ustawieniu przy rzucie rożnym. Druga bramka padła po naszej dekoncentracji zaraz po doprowadzeniu przez rywali do remisu.
W nowosądeckiej okręgówce grają trzy nasze podhalańskie drużyny. Dwie z nich Jordan i LKS Szaflary rozegrały regionalne derby zakończone remisem 1-1. Podział punktów nie zadowolił żadnej ze stron. Dla drużyny z Szaflar, która z determinacja walczy o pozostanie w kasie okręgowej to stanowczo zbyt mała zdobycz, aby być zadowolonym. Tym bardziej, że podopieczni trenera Pawła Podczerwińskiego prowadzili w ty meczu 1-0 i mieli dwie znakomite okazje na podwyższenie rezultatu. Na dokładkę bramkę stracili z rzutu karnego a podyktowanie „jedenastki” prawie zawsze budzi kontrowersje.
- Było by niesprawiedliwością twierdzić, że remis uzyskaliśmy dzięki podyktowaniu dla nas rzutu karnego - mówi trener Jordana Jakub Jeziorski. - Przyznaję pierwszą połowę zagraliśmy słabo i goście poza jednak przypadkowo zdobytym golem mieli jeszcze jedną okazje bramkową. W drugiej części meczu mieliśmy olbrzymią przewagę i niewykorzystane trzy super okazje do strzelania bramek. Kluczem do takiej postawy było indywidualne krycie Floriana Kamińskiego głównego reżysera gry w drużynie Szaflar. Nasi rywale stracili koncept i grali długie piłki do Pawełczaka, ale z nim nasi obrońcy też radzili sobie prawie bez zarzutu. Jeżeli trener Szaflar ma pretensje do arbitra o podyktowanie rzutu karnego to większe moim zdaniem powinien mieć do swojego obrońcy, który przewrócił Pawła Gromczaka, kiedy ten raczej nie miał już szans na zdobycie gola. Ogólnie oceniam, że pierwsze 45 minut w naszym wykonaniu było najgorsze w dotychczas rozegranych przez nas meczach na wiosnę. Druga połowa była już dobra i mam nadzieję, że w kolejnych spotkaniach sytuacja z pierwszej połowy już się nie powtórzy.
Jedynym podhalańskim zespołem, który w pełni może być zadowolony z minionej serii spotkań są zakopiańczycy. Na stadionie przy u. Orkana KS Zakopane pokonał 2-0 plasującą się wyżej przed tym meczem Kobylankę. Zwycięstwo zostało wywalczone może w nie najpiękniejszym stylu, ale w twardej walce i absolutnie zasłużenie. Zakopiańscy piłkarze prowadzeni przez trenera Bartłomieja Walczaka poza nielicznymi momentami byli w tym meczu zespołem zdecydowanie lepszym i co ważniejsze skuteczniejszym. Rywale mieli też dwie świetne okazje do strzelenia goli, ale kapitalnymi interwencjami popisał się zakopiański bramkarz Jakub Kożuch. Ale po to jest bramkarz, aby w trudnych momentach pomagał drużynie i Jakub Kożuch w tym meczu swojej drużynie pomógł. Był taki czas w zakopiańskiej piłce, gdy bramki strzegli Słowaccy golkiperzy z rodu Hajowskich (ojciec Józef i synowie Józef oraz Igor). Oni jednak znaleźli swoją przystań w zespołach ze swojej ojczyzny i zakopiańczycy musieli wrócić do wychowanków. A w Zakopanem, czego, jak czego ale dobrych bramkarzy nie brakowało, żeby wymienić tylko grającego w Wiśle Kraków Wojciecha Sularza późniejszego prezesa Jagiellonii Białystok, czy Jakuba Hładowczaka golkipera Widzewa Łódź. Jakub Kożuch zawodnik obdarzony dobrymi warunkami fizycznymi był raczej odsuwany na boczny tor. To działało fatalnie na jego psychikę. On potrzebował wsparcia zaufania ze strony trenera. I takie wsparcie i zaufanie od trenera Walczaka otrzymał. Z pewnością puści jeszcze nie jedną głupią bramkę, ale któremu bramkarzowi to się nie zdarza. W meczu z Kobylanką przy stanie 0-0 wybronił w dwu nieprawdopodobnych sytuacjach i walanie przyczynił się do zwycięstwa swojej drużyny. Obserwujący ten mecz nasz znakomity przed laty piłkarz Robert Gadocha stwierdził jednoznacznie, że zakopiański bramkarz był bohaterem spotkania. Trener Walczak obejmując drużynę seniorów postawił sobie za cel nie tylko podniesienie poziomu gry, ale może przede wszystkim zmianę mentalności zakopiańskich piłkarzy. Za przykład niech posłuży decyzja z przed meczu z Kobylanką. Jeden z najzdolniejszych piłkarzy KS Zakopane Mateusz Kłosowski po tygodniowej absencji na treningach bez żadnych skrupułów wszedł do szatni gotowy do gry. Został odesłany na trybuny. I bardzo dobrze. Jeżeli młodzi zakopiańczycy wolą szlifować bruk na Krupówkach zamiast w wolny czas trenować i cieszyć się z gry w piłkę nożną niech tak robią. Gdyby miało być inaczej i trzeba było by ich prosić wydzwaniać za nimi to lepiej już by tej piłki nożnej w wydaniu klubowym w Zakopanem nie było. Ten problem dotyczy też innych klubów piłkarskich Podhala.
- Chociaż nie było to w naszym wykonani wielki mecz to jednak wygraliśmy go absolutnie zasłużenie. Było to dla nas trudne spotkania, bo Kobylanka grała twardo i zdecydowanie. Z przebiegu gry wyglądało to tak, że kto pierwszy strzeli bramkę ten wygra. Udało się nam uchronić od utraty gola a sami zdobyliśmy dwie ładne bramki. Jestem zadowolony przede wszystkim z tego, że zawodnicy zagrali z dużym zaangażowaniem dość skutecznie stosowali pressing i chyba wybiegali ten dobry dla nas wynik – ocenił spotkanie trener Walczak powiedział.
Ryb










