26.03.2011 | Czytano: 1129

Mistrzowskie berło nie dla Podhala

Na toruńskim lodowisku, gdzie rozgrywany jest turniej o mistrzostwo Polski juniorów, skrzyżowały kije dwie drużyny, które nie doznały porażki. Zwycięzca zostawał mistrzem kraju. Nowotarżanie, po trzech pewnych wygranych musieli pokonać ostatnią przeszkodę, by mistrzowskie berło trafiło do ich rąk. Niestety „Szarotki” musiały uznać wyższość gdańskiego Stoczniowca, który tym samym po raz drugi z rzędu został mistrzem Polski.

Kibice, którzy wybrali się na mecz, w tym 30 –osobowa grupka z Gdańska – nie żałowali. Oba zespoły zademonstrowały ekstraklasowy hokej, ale nie mogło być inaczej, skoro w składach aż roiło się od zawodników, który grali w PLH. Sporo było walki, strzałów i parad bramkarzy.

Zespoły rozpoczęły potyczkę bardzo uważnie, by nie popełnić błędu. Zabezpieczały tyły i dopiero po przechwyceniu krążka „próbowały” atakować. Nie był to jednak atak na hura. Wywarzony, by przypadkiem rywal nie wyprowadził kontry. Trema też dawała znać o sobie.

Kto popełni pierwszy błąd? Popełniło Podhale w 14 minucie. Wykorzystał go Stasiewicz. „Szarotki” rzuciły się do odrabiania strat, ale świetnie między słupkami hokeistów z nad morza spisywał się Maza. Inna sprawa, że nie był w jakiś wielkich tarapatach, bo likwidował jedynie strzały z dystansu. Nikt nie szedł z Podhalan na dobitkę. Jak się atakuje, to narażonym się jest na kontry. W 23 minucie na kontrę nadziali się górale i gdańszczanie prowadzili już 2:0. Zapewnili sobie komfort grania, więc mogli spokojnie realizować taktykę wyczekiwania i czyhania na błąd przeciwnika. Ten z kolei nie miał nic do stracenia i zmuszony został do atakowania. Górale wzmocnili atak i w 35 minucie przyniósł efekt. Zdołali odczarować bramkę Mazy, ale radość z kontaktowego gola nie trwała długo. Przeciwnik potrzebował zaledwie 10 sekund, by zmącić radość w szeregach Podhalan. Podciął zaś skrzydła w 42 minucie. Manko „Szarotek” wynosiło już trzy gole. W poczynania nowotarżan wkradła się nerwowość. Akcje nie były tak składne. Gol Kmiecika w 48 minucie – jak się później okazało - był na otarcie łez. 3 sekundy przed końcową syreną gdańszczanie trafili do opuszczonej nowotarskiej świątyni, którą 2 minuty wcześniej opuścił Niesłuchowski.

- Wyszliśmy stremowani, ale o dziwo po stracie bramki, dość nieszczęśliwej, opanowali stres i ruszyli do ataku. W przerwie dostali reprymendę i instrukcje atakowania. Niestety nadzialiśmy się na kontrę. Kluczowy moment pojedynku nastąpił w 35 minucie. Najpierw zdobyliśmy kontaktowego gola, by jeszcze w tej zmianie po 10 sekundach pozwolić gdańszczanom na odpowiedź. W trzeciej tercji mieliśmy strzelać jak najwięcej, ale kolejna kontra nas przystopowała. 2 minuty przed końcem wycofaliśmy bramkarze, nie wychodziliśmy z jego tercji, ale nie przyniosło to spodziewanego efektu – komentuje kierownik drużyny Podhala, Tadeusz Puławski.

MMKS Podhale Nowy Targ – Stoczniowiec Gdańsk 2:5 (0:1, 1:2, 1:2)
Bramki dla Podhala: Michalski, Kmiecik.

MMKS Podhale: Niesłuchowski; W. Bryniczka – Szumal, R. Mrugała – Cecuła, Gacek – Gaczoł; Daniel Kapica – K. Bryniczka – K. Sulka, Michalski – Neupauer – Kmiecik, Wcisło – Puławski – Kos, Kolasa – Woźniak – P. Wielkiewicz. Trener Łukasz Gil.

Stefan Leśniowski

Komentarze







reklama