08.05.2010 | Czytano: 1042

Jako zawodnik mogłem osiągnąć więcej

Kazimierz Długopolski trzykrotny olimpijczyk został laureatem Dziennika Polskiego na „Najlepszego Trenera Podhala w 2009 roku”. Znakomitego szkoleniowca, wychowawcę wielu pokoleń skoczków narciarskich, wybitnego zawodnika w kombinacji norweskiej poprosiliśmy o podzielenie się z czytelnikami naszej gazety uwagami na temat dawanych romantycznych czasów sportu wyczynowego i problemów współczesnych.

Panie Kazimierzu, czym dla Pana jest zwycięstwo w Plebiscycie Dziennika Polskiego na Najlepszego Trenera Podhala?
Przede wszystkim olbrzymim zaskoczeniem i oczywiście wielkim wyróżnieniem. Dziękuję wszystkim, którzy na mnie głosowali. Mam wrażenie, że ten laur to ocena wielu lat mojej pracy wydaje mi się, że owocnej dla polskich skoków narciarskich, dla polskiego sportu. Jestem szczęśliwy, że zostało to zauważone.

Pracuje Pan głownie młodymi zawodnikami w kolejnych klubach i Pana wychowankowie zdobywają najwyższe laury zarówno w Polsce jak i w świecie.
Tak się składa, że już chyba piąty rok z rzędu zawodnicy z klubów, w których byłem albo jestem trenerem wygrywają Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży, zdobywają medale w mistrzostwach świata i Polski juniorów. Chociażby wicemistrzostwo świata Macieja Kota i brązowe medale drużyny, w której główne role odgrywali moi wychowankowie. Mam nadzieję, że w tych sukcesach jest cząstka mojej pracy.

Panie trenerze szkoli Pan, wychowuje liczne zastępy skoczków narciarskich, którzy odnoszą sukcesy w kategoriach młodzieżowych, przekazuje ich do dalszego szkolenia i nie zawsze ich talenty rozwijają się na skalę możliwości tych zawodników, dlaczego?
Moim zdaniem brakuje w naszym związku, kontynuacji pewnych działań. Mówiąc wprost nie ma współpracy trenerów kadry z trenerami klubowymi. Niestety głównie ze strony szkoleniowców kadry. Mam odczucia, że trenerzy kadr wręcz nie życzą sobie takiej współpracy. A tego dawniej nie było. Z moich doświadczeń, jako zawodnika wynika, że to trener klubowy jest najbliżej zawodników, zna ich problemy rodzinne i życiowe, ich predyspozycje psychiczne. Dla mnie trener w klubie był jak ojciec. Ja staram się być takim samym dla swoich wychowanków. Myślę, że wielu zawodników chętnie współpracowałoby z trenerami klubowymi. Wydaje mi się, że nastawienie jest takie, aby zawodnicy kadry nie kontaktowali się z trenerami klubowymi, nie ulegali ich sugestiom, podpowiedziom. Chcę jednak przypomnieć, że nasz najwybitniejszy skoczek Adam Małysz w chwilach kryzysu zwracał się do swego wychowawcy Jan Szturca i zawsze przynosiło to dobre rezultaty. I dlatego podziwiam Adama Małysza, że odważnie potrafi przeciwstawić się tym niesłusznym tendencjom. A pewnie udane powroty do wielkiej formy utwierdziły go w tym, że trzeba korzystać z wielu źródeł. Jest takie przysłowie „Dobra rada i od dziada” a mądrości ludowych nie trzeba lekceważyć.

Panie trenerze od jak dawna zajmuje się Pan szkoleniem skoczków narciarskich?
W tym roku mija już 26 sezon jak pracuję w tym zawodzie. Można powiedzieć, że laur w plebiscycie za 2009 roku przypadł na mój jubileusz 25 lecia pracy, jako trenera. Pracowałem głównie w Starcie Zakopane i jego swoistych mutacjach, chociaż miałem też kilkuletni epizod pracy w TS Wisła Zakopane. W okresie transformacji wydawało się, że kluby sportowe po prostu przestaną istnieć. Prawie dwa lata pracowałem społecznie bez żadnego wynagrodzenia. Po pewnym czasie znalazł się sponsor, który zaproponował nam utworzenie stowarzyszenia sportowego i dzięki rodzicom zawodników takie stowarzyszenie powstało: Start/Krokiew będący kontynuacją mojego macierzystego klubu Start Zakopane.

W latach 60-tych i 70-tych Start Zakopane był bardzo prężnym klubem, miał piękną siedzibę i co się stało, że przestał istnieć?
Po pierwsze utraciliśmy hotel główne źródło naszej bazy finansowej. Po zmianie ustroju rozpadł się Centralny Związek Spółdzielczości Pracy, do której należał nasz ośrodek. Powstała jakaś spółka, która przejęła ten majątek i nas już tam nie chcieli widzieć. Była to można rzec taka dziwna prywatyzacja, jakich w Polsce w tamtym okresie było wiele. Poza tym starsi działacze rezygnowali z działalności, młodzi na horyzoncie się nie pojawiali i Start Zakopane „umarł śmiercią naturalną”. Niestety przestał istnieć klub w barwach, którego startowało wielu świetnych zawodników, że przypomnę tylko Józefa Łuszczka mistrza świata w biegach narciarskich.

Ale do nowego Stowarzyszenia wpisaliście Państwo nazwę Start.
To chyba głównie ja chciałem, aby ta nazwa żyła. Nie mogłem pogodzić się, z tym, że klub z takimi tradycjami nie będzie już wymieniany w żadnych komunikatach z zawodów. Sponsor zaakceptował nasz pomysł, aby połączyć Start z nazwą Krokiew, bo świetnie komponowało się z działalnością, jaką chcieliśmy prowadzić.

Niestety nawet to Stowarzyszenie przestało istnieć.
No tak było to kilka lat działalności na zasadzie społecznej aktywności rodziców. Odnieśliśmy sporo sukcesów, ale ta forma też się wyczerpała. Prezesi doszli do wniosku, że w tej formie klub nie może istnieć w związku z tym postanowiono rozwiązać stowarzyszenie a sekcję skoków przekazać do AZS Zakopane wraz z całym dobytkiem.

Nim jednak został Pan trenerem był zawodnikiem, jak Pan trafił do sportu, kiedy to było?
Och to było już tak dawno. W latach 50-tych i 60-tych, dla podhalańskich dzieci zima to był czas na uprawianie wszelkich odmian narciarstwa. To był właściwie jedyny sposób na rozrywkę. Jakie kto tam miał narty zrobione własnym sumptem to na nich jeździł. Sami robiliśmy zawody w biegach, w skokach. Naszym idolem był Stanisław Marusarz, chociaż oczywiście nikt Pana Staszka nie znał, ale słyszał z opowiadań rodziców i znajomych. Marzyliśmy o klubie, ale nie wiedzieliśmy jak do niego trafić. W końcu w naszej szkole w Witowie pojawił się Stanisław Bukowski Ojciec. Nazywaliśmy go Ojciec, bo był dla nas jak rodzic. No i zaczęło się. W 60 i 61 roku z naszej szkoły do Startu Zakopane wstąpiło chyba z połowę jej uczniów. Dostaliśmy sprzęt, którego dotychczas nie widzieliśmy na oczy. Gdy dostałem pierwsze narty skokowe to właściwie z nimi spałem, moi koledzy chyba też. Takie to były czasy. Moim zdaniem cudowne.

Jak kształtowała się Pana kariera?
Ja w swoich kategoriach wiekowych w skokach byłem czołowym zawodnikiem na Podhalu. Lepsi ode mnie byli tylko Adam Krzysztofiak i Stanisław Daniel Gąsienica. W Polsce też należałem do czołówki. Klub potrzebował zawodników w kombinacji norweskiej, bo od tego zależały dotacje dla klubów. No i namówiono mnie do tej dyscypliny. Ja w domu narty biegowe miałem. Nierzadko, gdy chciałem obejrzeć zawody w Zakopanem w skokach to musiałem przypinać biegówki i tym sposobem dostać się do Zakopanego. Po prostu nie było pieniędzy na autobus. Wystartowałem w kombinacji na zawodach okręgowych i poszło mi dobrze zająłem 3 miejsce. Trenerzy od razu uznali, że mam predyspozycje do tej dyscypliny, chociaż niektórzy powątpiewali, czy przy mojej nikłej posturze osiągnę znaczące sukcesy. Ale okazało się, że nie wzrost decydował o wynikach, ale charakter. Z czasem awansowałem do kadry narodowej, którą wtedy prowadziło Tadeusz Kaczmarczyk. Byłem w niej przez 15 lat. Najpierw, jako junior startowałem na ME. Pierwszy raz, gdy zająłem w nich 9 miejsce uznałem to za sukces. Gdy w trzecich moich ME byłem czwarty uznałem ten wynik za porażkę.

Był Pan na trzech Olimpiadach, którą z nich wspomina Pan najmilej?
Byłem na trzech Olimpiadach na trzech Mistrzostwach Świata. Z tego to najlepsze 12 miejsce zająłem na IO w Sapporo i 9 lokatę na MŚ w Lahti. Miejsca może nawet dobre w kontekście aktualnych naszych rezultatów w kombinacji norweskiej, ale dla mnie nie były satysfakcjonujące. Mogłem osiągnąć więcej. Byłem predestynowany do tego, aby uzyskać lepsze wyniki na tych najważniejszych zawodach. W sezonie zajmowałem wysokie lokaty, należałem przecież do światowej czołówki. Może moja psychika miała wpływ na starty w najważniejszych imprezach. Chyba zbyt emocjonalnie podchodziłem do swoich występów, może zabrakło trochę szczęścia. Kończyło się z reguły na lokatach w pierwszej dziesiątce a mogły być nawet medale.

Jest Pan może zbyt skromny w ocenie swoich wyników, jako zawodnik. Teraz zajmowane przez Pana lokaty uznane byłyby za znakomite osiągnięcia.
Może i tak, ale ja przecież należałem do światowej czołówki i te rezultaty uznaję za swoje porażki.

Zaraz po zakończeniu kariery zawodniczej zdecydował się Pan na pracę trenerską?
Tak właśnie się stało. Rozpocząłem pracę z młodzieżą i tak to trwa do dzisiaj. Mówiąc nieco trywialnie wsiąkłem w tą działalność do tego stopnia, że nie wyobrażam sobie innej.

Czy nie myślał Pan, aby starać się o posadę trenera kadry?
Naprawę nigdy nie myślałem o tym, aby być trenerem w kadrze. Nie miałem odpowiedniego wykształcenia, chociaż takie zamiary jego zdobycia miałem. Mieszkałem jednak na wsi i mój tata wyznaczył mnie na swojego następcę w gospodarstwie. Myślałem, że uda mi się połączyć te dwa rodzaje działalności. Jak wiadomo rolnictwo szczególnie na terenach górskich to nie jest dochodowa profesja i dlatego bardziej zaangażowałem się w pracę trenerską. Nie chciałem być trenerem w kadrze, ale ze swoim doświadczeniem zawodniczym i wieloletnią praktyką trenerską myślę, że mógłbym przydać się w konsultacjach.

Jest Pan trenerem, ale także wybitnym sędzią narciarskim, jak to się stało, że i tego typu działalność prowadzi Pan w sporcie?
Jeszcze, jako zawodnik w 1983 roku zdobyłem uprawnienia sędziowskie. Udzielałem się dość aktywnie w Polsce. Zostało to zauważone i zaproponowano mi zdobycie uprawnień międzynarodowych. Udało się już na pierwszym seminarium zdobyć uprawnienia sędziego międzynarodowego. Byłem sędzią oceniającym skoki od 1994 roku aż do teraz. Niestety wiek eliminuje mnie z tego grona. Sędziowałem oprócz Olimpiady wszystkie najpoważniejsze zawody międzynarodowe z pucharami świata i mistrzostwami świata włącznie.

Jest już Pan bardzo długo w skokach narciarskich, ma Pan swoje przemyślenia, co zdaniem Pana trzeba zrobić, aby znaleźć drugiego Małysza?
Jakiejś cudownej recepty na to nie ma. Nie ma też trenerów cudotwórców. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale tak wspaniałego zawodnika, jakim jest Adam Małysz to chyba za naszego życia już się nie doczekamy. Obym się mylił. Jest wprawdzie spora grupa skoczków, którzy mogą i powinni osiągać rezultaty może nie na miarę Małysza, ale przynajmniej znacznie lepsze niż obecnie. To wymaga indywidualnego podejścia do każdego z nich. Musi być też większa otwartość zawodników i szkoleniowców kadry na otoczenie, na swobodę kontaktów. Tworzenie hermetycznego środowiska, jest przejawem kompleksów, braku zaufania. Tego nie ma na przykład w kadrze Austriaków. Cenię polskich trenerów, którzy starają się wprowadzać nowoczesne metody treningowe, urozmaicać zajęcia, ale trzeba mieć zaufanie do zawodników, inaczej przeradza się to w nerwowość, w zbyt duże napięcia i stresy przedstartowe.

To są problemy z zawodnikami już ukształtowanymi, a co z narybkiem, czy nie zauważa Pan niepokojącego zjawiska mniejszego zainteresowania skokami narciarskimi?
Tak to jest już problem nie tylko ze skoczkami, ale chyba w całym sporcie. Młodzież wybiera łatwiejsze wymagające mniejszego wysiłku i zaangażowania sposoby spędzania wolnego czasu. To jest złe zjawisko, bo przecież nie chodzi tylko o osiąganie wielkich wyników sportowych, ale o problemy wychowawcze. Sport był i chyba pozostanie jedną z najlepszych dziedzin, w których można kształtować charaktery.

Ale chyba możliwości uprawiania sportu są nieporównywalnie łatwiejsze niż w czasach Pana dzieciństwa?
Niewątpliwie warunki bytowe są nieporównywalnie lepsze. Zmieniają się korzystnie właściwie, co dekadę. Są jednak inne zagrożenia. Jeżeli chodzi o uprawianie narciarstwa to dawniej były skocznie prawie w każdej wsi teraz są wyciągi narciarskie i młodzież woli na nich jeździć niż zdobyć się na większy wysiłek, trenować skoki i biegi. To mnie bardzo martwi. No cóż tak już się dzieje. Mam nadzieję, że zachłyśnięcie się łatwymi sposobami rozrywki w końcu minie i my trenerzy dzieci i młodzieży będziemy mieli, z kim pracować.

Ryb

Reklama

Komentarze





reklama