Wydawało się, że już nigdy nie doczekamy się gry reprezentacji wśród najlepszych drużyn świata. Od tego czasu były już podejścia do awansu, dwukrotnie mieliśmy go podany jak na tacy, a jednak jakieś fatum ciążyło nad naszym hokejem. Aż wreszcie stał się cud, bo tak to trzeba nazwać, jeśli spojrzy się na infrastrukturę i organizację hokeja w naszym kraju. Mimo wielu przeciwności stworzył się kolektyw, który zdołał dokonać wręcz rzeczy niemożliwej. To zasługa trenera Roberta Kalabera, który potrafił stworzyć team spirit. Wszyscy wokół tej drużyny to powtarzają.
Potrafił dogadać się z zawodnikami i już nie było w drużynie narodowej strajków, graczy, którzy nie chcieli w niej występować. Zjawili się z niej wszyscy, którzy byli w orbicie jego zainteresowania. Przede wszystkim umiejętnie połączył starych z młodymi. Ci drudzy dostali wsparcie od graczy doświadczonych. Jego zespół w Nottingham zaprezentował dojrzałą i ekonomiczną grę. Wszystkich, nie tylko kibiców, ale także fachowców, zaskoczyła gra w przewadze. Coś co jeszcze nie tak dawno było pietą Achillesową, teraz stało się zabójczą bronią. Ta gra w przewagach była jak kosmos. Biało –czerwoni wykorzystali 11 gier w przewadze na 17 takich okazji. Kalaber miał dwie specjalne piątki do tych zadań, podobnie jak do gry w osłabieniu. Co ważne, czwarta formacja nie była, jak dawniej, tylko na krótkie chwile pobytu na lodzie, ale odgrywała w tej trenerskiej miksturze bardzo ważną rolę. Dawała coś ekstra. Dawno też nie widziałem polskiego zespołu tak zdeterminowanego, dla którego nie było straconych krążków, który w obronie przyjmował je na ciało. Ktoś powie – to były detale, ale jakże ważne w tej układance. Przy wyrównanych zespołach właśnie detale odgrywają decydującą rolę.
- Stworzyliśmy drużynę z charakterem, w której każdy, stary czy młody ma swoje miejsce. Stasi podchodzili z szacunkiem do młodych. To był zgrany kolektyw. Każdy wierzył, że jest realna szansa na awans i marzenia się spełniły – powiedział Robert Kalaber.
- Ta drużyna była jedną pięścią i rozwaliła mur dzielący ich od najlepszych – powiedział prezes związku Mirosław Minkina.
Strzałem w dziesiątkę było zatrudnienie Słowaka, który przez wiele lat pracy w naszym kraju poznał doskonale realia naszego hokeja. Potrafił zdiagnozować nasze problemy i z cierpliwością je rozwiązywać. Pod jego wodzą postępy zaczęły być widoczne, o czym przekonały się reprezentacje wyżej notowane w rankingu od nas - Kazachstan, Białoruś, Austria, Słowenia, Francja - ekipy te nie były już nam straszne, toczyliśmy zacięte boje, a nawet wygrane.

Nottingham zapamiętamy z wielkiej radości biało –czerwonych po ostatniej syrenie meczu z Rumunią. Wszystko mogliśmy zobaczyć na YouTube. Hokeiści sprawili kibicom ogromną frajdę.
- Jestem pod wrażeniem jaką pracę wykonał trener. Miał pomysł na grę i – co najważniejsze – został zaakceptowany przez zespół. Dokonał właściwej selekcji i odpowiednio złożył formacje. Wszystkim przypisał odpowiednie role i były świetnie wykonywane. Poruszyło mnie, że nie było paniki po straconym golu, tylko trzymanie się taktyki. W poprzednich latach zawsze w takich sytuacjach traciliśmy głowę – chwalił selekcjonera Henryk Gruth.
Tak jak przed 22 laty, tak i teraz duży wpływ na sukces drużyny narodowej mieli wychowankowie Podhala. To cieszy, a zarazem smuci. Bo przy ich nazwisku widniała przynależność innego klubu niż macierzysty. Za kilkanaście lat młode pokolenie kibiców tej dyscypliny sportu w statystykach nie znajdzie informacji, że to siódemka graczy pierwsze hokejowe kroki stawiała w Nowym Targu. Łezka w oku się pojawia, gdy pomyśli się jak mocny byłby zespół z szarotką na piersi, gdyby w nim grali. Ale to już była i jest rola działaczy. Trzeba szukać obrotnych, dobrych negocjatorów w rozmowach ze sponsorami, dzięki którym można byłoby zatrzymać reprezentacyjnych wychowanków. A także innych, wałęsających się po innych klubach.
Nam miło, iż najlepszym graczem mistrzostw został Krystian Dziubiński. Walczak z krwi i kości, który tej nieustępliwości, walki do ostatniej syreny nauczył się za oceanem. Popularny „Dziubek” zdobył 11 punktów (6 goli + 5 asyst). Kapitan pełną gębą. Dla niego był to trzynasty turniej o mistrzostwo świata. Okazuje się, że nie zawsze „13” jest pechowa. W drużynie narodowej rozegrał 170 meczów i zdobył 54 gole.

- Byłem tylko jednym z puzzli tej układani – mówi skromnie kapitan. – Nie skupiałem się na tym, by dostać indywidualną nagrodę. Wszyscy byliśmy równi. Znaliśmy swoje możliwości i wiedzieliśmy, że rywale są w naszym zasięgu. Na konflikcie nie zyskali ani zawodnicy, ani związek. Podaliśmy sobie ręce i rozpoczęliśmy budowę czegoś nowego. Starsi dojrzali, przełknęli gorycz porażki w ostatnich latach, nauczyli się na błędach, a młodzi są coraz bardziej ograni. Naszym atutem było to, że mieliśmy ogromne serca do gry
Hat trick w meczu z Litwą, kilka spektakularnych podań otwierających drogę kolegom do bramki – to wizytówka Patryka Wronki. Doskonale dyrygował pierwszą formacją. Pseudonim „Goldi” nie jest przypadkowy. To złoty chłopak. Wydawało się, że nie pojedzie do Nottingham z powodu urazy, ale zdołał się wykurować i drużyna miała z niego pożytek. Trzy gole i pięć astat – to jego turniejowy dorobek.

Alan Łyszczarczyk długo nie mógł się wstrzelić, ale swoimi popisami, techniką zrobił ogromne wrażenie na obserwatorach. Słychać było tylko „wow”. Te jego rajdy wywoływały aplauz na widowni, a towarzyszyło tym zagranicom znane z piłkarskich zawołań „ole”. Dwa gole i trzy asysty – to jego turniejowe osiągnięcie.

Dla Marcina Kolusza ten turniej był szczególny. Rok temu z powodu obostrzeń musiał zrezygnować z gry w reprezentacji. Powód? Nie był zaskrzepiony i według przepisów IIHF musiałby spędzić siedem dni na kwarantannie przed powrotem do gry. „Kolos” w meczu z Koreą zdobył gola, do tego w kolejnych meczach dołożył trzy asysty. Trener Kalaber chwalił go, że to jest idealny gracz na przewagi. To były jego 15 mistrzostwa globu! Rozegrał w reprezentacji 194 mecze, w których dobył 46 goli.
- To była drużyna z charakterem, która od początku marzyła o awansie i starała się pomóc tym marzeniom – podkreśla „Kolos”.
Mateusz Michalski – to kolejny wychowanek „Szarotek”. Grał w czwartej piątce, która miał swojej zadania na tafli. I je zrealizowała. Zdobył jakże ważną bramkę w meczu z Włochami.
Jedenasty czempionat globu zaliczył Patryk Wajda, Zakończył go z jednym punktem. To twardziel, o czym niejednokrotnie przekonaliśmy się nie tylko na ligowych taflach. Pamiętamy mistrzostwa globu i jego kontuzję, po której wrócił na taflę i zdobył gola. Defensor, który często zapędza się pod bramkę przeciwnika, często niepokoi golkiperów rywala.

Tym siódmym był Oskar Jaśkiewicz. Grał w czwartej formacji i był desygnowany na lód w trudnych momentach, podczas gier w osłabieniu. Nie wpisał się do protokołu strzelców ani asyst, ale swoją robotę wykonał bezbłędnie.

Jak pisaliśmy przed turniejem mistrzowskim, oprócz zawodników w sztabie byli także nowotarżanie. Za bramkarzy odpowiadał Marek Batkiewicz. Popularny „Śliwa” może być dumny z polskich golkiperów. Ostoją drużyny był John Murray, a młody Maciej Miarka nie spalił się w meczu z Rumunią. W tym meczu w samej końcówce do bramki trener desygnował Davida Zabolotnego. Za stan techniczny odpowiedzialny był Wojciech Chowaniec, a za sprawne mięśnie odpowiadał Zbigniew Galicki .

Zawodnicy zrobili swoje, teraz czas na działaczy. Muszą wykorzystać ten sukces marketingowo i zapewnić polskiemu hokejowi sponsora zarówno dla ligi jak i drużyny narodowej. Liga hokeja w naszym kraju jako jedna z nielicznych gier zespołowych niema tytularnego sponsora. Prezes po zakończeniu turnieju obiecał, że będzie kuć żelazo póki gorące. Oby za awansem w końcu pojawili się możni sponsorzy, którzy pomogą odbudować dyscyplinę. Oby nie powtórzył się scenariusz z 2001 roku, wtedy Zenon Hajduga, dowodzący związkiem, również zapewniał, że nadchodzą dobre czasu dla hokeja. Jak wywiązał się z tych obietnic wszyscy doskonale wiedzą, a tym, którzy nie, przypominamy, że przez kolejne 21 (po spadku z elity) wałęsaliśmy się w drugiej, a nawet trzeciej światowej lidze. Zjeżdżaliśmy w dół pod względem sportowym i organizacyjnym. Ważne jest, by hokej wreszcie wrócił do telewizji, nie tylko w wydaniu reprezentacyjnym. No trzeba zadbać o młodzież. Czempionaty globu zarówno U-20 jak i U-18 nie wyszły. Grają na trzecim i czwartym poziomie. Jaka będzie przyszłość seniorskiej reprezentacji, jeśli zaplecze będzie kulawe? Trudno się dziwić, że tak jest, skoro od młodzika po juniora starszego w zespołach aż roi się od zawodników o obcobrzmiących nazwiskach. Panowie działacze coś z tym fantem trzeba zrobić, by w kolejnych latach nasi hokeiści dostarczali nam radości, takiej jak po występie w Nottingham.
Stefan Leśniowski
Foto PZHL FB










