22.02.2022 | Czytano: 4094

PHL. Ruch, który nosił w zarodku niebezpieczeństwo (podsumowanie występów Podhala - cześć 1)

Fraza „Gdzie diabeł mówi dobranoc” określa miejsce bardzo odległe i jednocześnie zapomniane. Takie, w którym niekoniecznie chcielibyśmy się znaleźć. I w sumie właśnie tak jednym zdaniem można opisać miejsce jakie zajęło Podhale w sezonie 2021/22.



 
„Po to dobry Bóg dał nam tyłki, aby w nas  w nie kopano” – napisał Andrzej Szczypiorski w dziele ”Msza za miasto Arras”. Jak rozumieć to zdanie. Ja rozumiem dwojako. Po pierwsze: normalną rzeczą jest, że w życiu spotykają nas przykre rzeczy, a ktoś zadaje nam ciosy.  A kiedy tak się dzieje, trzeba nastawić tę część ciała, która sponiewierana poniesie najmniejszą szkodę.  Drugi sens: bardzo szybko zamiast biadolić nad swoim losem zacznijmy wyciągać konstruktywne wnioski. 
 
Piętno poprzednich lat
 
Takie powinno się wyciągnąć po zakończonym sezonie. Sezonie, na który ogromne piętno wywarły ruchy kadrowe w poprzednich trzech sezonach. Ruchy zamieniające własnych hokeistów na zagraniczny szrot. Nie mam nic przeciwko zatrudnianiu stranieri, ale – jak mówi przysłowie – „co za dużo to niezdrowo”. Nie ilość, a jakość powinna decydować o zatrudnieniu obcokrajowców. Tak dawniej było w Podhalu. Zatrudniano  dwóch – trzech bardzo dobrych grajków, którzy ciągnęli drużynę, a jednoczenie od nich mogli uczyć się hokeiści swojego chowu.  Tymczasem  łapię się za głowę, gdy analizuję politykę transferową „Szarotek” w poprzednich latach.    Już nie tylko skala zatrudnienia zawodników z poza naszego kraju, a także ich jakość budziła wątpliwości.  Największa i najgorsza  w historii klubu, który zawsze słynął z gry wychowankami. Miał ich tylu, że trudno było znaleźć klub w Polsce, których z nich nie korzystał.
 
Droga wytyczona przez poprzedników
 
W zakończonym sezonie  włodarze Podhala zdecydowali się pójść drogą wytyczoną przez poprzedników, którzy mogą poszczycić się 19 tytułami mistrza kraju.  Postawili na wychowanków, dodajmy, że w wielu z nich bardzo młodych,  plus kilku obcokrajowców. No i wyniki nie były takie, jakie oczekują sympatycy klubu z wielkimi tradycjami.  Są tacy, którzy tej rewolucji – bo tak to powinno się nazwać – nie akceptowali. Oni chcieli sukcesów w trymiga, a  w sporcie nie ma drogi na skróty.  Teraz najważniejsza jest cierpliwość i nie zawracanie z wybranej drogi. Ktoś powie: „ Zawodnicy się ograli, nabrali doświadczenia i możni ich podkupią. Jak poprzednich. Albo znajdą się pieniądze w klubie i zatrudnią kolejnych obcokrajowców, a swoi odstawieni zostaną na boczny tor”. I tak może być, bo w końcu kolejny sezon będzie jubileuszowy, 90–lecia klubu. Sukces w takich okolicznościach jest na wagę złota.
 
Zachować proporcje
 
Zwycięstwo to już nie cel, to rozkaz. Zradykalizowane społeczności kibiców chcą wygranej w trymiga. Dobrze byłoby jutro, ale najlepiej dziś wieczorem.  Nie ma znaczenia, że twój klub nie wygrał trofeum od 2010 roku i że kultura zwycięskiej mentalności to długotrwały proces. Ale to się nie liczy. Wszystko jest tu i teraz, nie później.  A wy wszyscy musicie się do tego dopasować.  Jak nie to jest ogólne narzekanie.
 
W życiu trzeba jednak  zachować proporcje i powinny być one adekwatne do  wieku, doświadczenia, a także  możliwości finansowych i ludzkich jakimi się dysponuje.  Proporcje powinny być zachowane pomiędzy nadzieją, kibicowaniem a oczekiwaniami człowieka związanego ze środowiskiem. W sporcie zespołowym potrzebne jest poukładanie wielu klocków. Dopiero po tym procesie można stwierdzić, że mamy drużynę. Po opadnięciu emocji powinniśmy się zastanowić nad tym, czy faktycznie mieliśmy potencjał ludzki na to, aby od naszych hokeistów wymagać coś więcej niż to co zwojowali. Dla mnie byłaby to totalna abstrakcja.
 
Dmuchał na zimne
 
Mecze sparingowe podopiecznych Andrieja Gusowa  napawały optymizmem. Wydawało się, że po ograniu oświęcimian jego podopieczni są na dobrej drodze, by  - mimo odmłodzonego składu – namieszać wśród możnych.  Jednak szkoleniowiec Podhala przed pierwszym rzuceniem krążka ligowego dmuchał na zimne, wiedział, że mecze kontrolne to inna bajka niż ligowe boje. – Naszym celem jest awans do play off – zapowiadał przed sezonem. To nie udało się zrealizować. Realnie jednak ocenił drużynę. Kibice po wysokich przegranych 2:10 z Zagłębiem i 0:10 z JKH  mogli czuć się rozczarowani i zniecierpliwieni, ale nie zdawali sobie sprawy, że to nie koniec rozczarowań. Na koniec sezonu nowotarżanie przegrali 20 spotkań z rzędu!   Drugi raz,  od momentu wprowadzenia tej fazy rozgrywkowej,  „Szarotki” w niej się nie znalazły. Ruch działaczy skierowany na swoich wychowanków nosił w zarodku takie niebezpieczeństwo. Nowotarżanie nie są potentatami finansowymi. Wszyscy doskonale wiedzą, że jako ostatni otrzymali licencję na grę w PHL.
 
Robert Kalaber z JKH kilka lat pracował na to, by jego wychowankowie wzmocnieni dobrymi obcokrajowcami sięgnęli po mistrzowski tytuł, po Puchary Polski i Superpuchar oraz możliwość gry w Lidze Mistrzów.  Warto przytoczyć jego słowa. - Mam olbrzymi szacunek dla Podhala. Wiem, że teraz w Nowym Targu nastały trudne czasy, ale za 2-3 lata praca z młodzieżą na pewno zaprocentuje, tak jak to miało miejsce w Jastrzębiu. Podhale jest na dobrej drodze by się za jakiś czas odbudować. Teraz potrzeba spokoju, cierpliwości i zrozumienia, zarówno dla trenera Gusowa jak i dla tych młodych chłopców – powiedział.  Warto te słowa wziąć sobie do serca.
 
Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama