25.06.2021 | Czytano: 2147

Babilon MMA 23. Mocny low-kick zdecydował

- Aniu dla ciebie to zrobiłem – powiedział Marcin Kalata, gdy znokautował Damiana Olszewskiego podczas lutowej gali Babilon MMA 19. Ten pojedynek dla Podhalanina był wyjątkowy, bo dedykowany dla tragicznie zmarłej siostry.



 
Ta wygrana pozwoliła mu wyrównać stan rywalizacji zawodowych walk na 2:2.  Dzisiaj stanął przed szansą poprawienia tego bilansu. Na jego drodze był Mateusz Łazowski, który również przystępował do tego pojedynku mając na koncie dwie wygrane i tyleż przegranych walk. Dla organizacji kierowanej przez Tomasza Babilońskiego i Przemysława Kroka była to pierwsza po pandemii impreza z kibicami.
 
37-letni Marcin Kalata stoczył już trzy walki dla Babilon MMA. Pokonał przez nokaut Kamila Mindę i Damiana Olszewskiego, a sam poległ w starciu z Filipem Stawowym. Wciąż marzy mu się rewanż z tym ostatnim, ale najpierw na jego drodze stał Mateusz Łazowski, który łączy starty zawodowe w MMA i kickboxingu. W mieszanych sztukach walki zaliczył dwa cenne zwycięstwa na galach ACA, gdzie odprawił Dawida Kobierę (KO 1) i Przemysława Dzwoniarka (jednogłośna decyzja sędziów), ale ostatni raz był w klatce w listopadzie 2019 roku. Podróżował po świecie, był m.in. w Tajlandii. Zrzucił 16 kg. Przystępował do walki ważąc 100 kg. Jego rywal był cięższy o 7, 6 kg.
 
- Obaj nie kalkulują w oktagonie. Do tego mają ciężkie łapy i to może być bardzo dobra bitka. Zobaczymy kto wygra – mówił Artur Gwódź. – Kalata to zawodnik góralskiej kości.  Obaj mają wielkie charaktery. Łazowski już we wcześniejszej walce pokazał, że daje mocne widowiska. Kalata, to wojownik, dawno nie widziałem zawodnika z tak mocnymi wymianami. Jedna z najlepszych strzelb. Bardzo liczę, że będzie to walka wieczoru. Wszyscy spodziewają się ognia, a może pokażą jedną z piękniejszych walk MMA. 
 
-  Twardy, mocny, charakterny zawodnik – tak o Kalacie mówił Mateusz Łazowski. -  Bije się do końca i trzeba do ostatniej sekundy na niego uważać. Bitnik, nie cofa ręki.
 
Ta walka też była dla jego siostry. – Muszę zostawić serce, żeby była ze mnie dumna – powiedział przed walką.
 
Czekaliśmy na grzmoty, ale w pierwszej rundzie ich się nie doczekaliśmy. Walka cały czas toczyła się w stójce. Lżejszy Łazowski początkowo był szybszy. Trafił Kalatę w krocze i mieliśmy przerwę w walce.  Po obu stronach obejrzeliśmy niskie kopnięcia i pojedyncze ciosy. Można było jednak odnieść wrażenie, że obaj bali się zaryzykować, żeby nie nadziać się na kontrę. W końcówce rundy odważniej zaatakował Kalata, zadał mocny cios na szczękę i pod rywalem ugięły się nogi, wywrócił się i z opresji uratował go gong kończący rundę.
 
Druga runda zaczęła się od wymiany ciosów. Znowu oglądaliśmy stójkę, aż do momentu, gdy Łazowski mocnym low-kickiem podciął rywala i przeniósł walkę do parteru. Tam zajął dosiad i z tej pozycji bezlitośnie okładał Kalatę do końca rundy.  Pojedynek toczony, jak na wagę ciężką, w dużym tempie.
 
Początek trzeciej rundy to faul Kalaty, który zadawał ciosy z łokcia z tył głowy.  Decyzja była w rękach lekarza, który miał zdecydować, czy pojedynek może być kontynuowany. Łazowski chciał kontynuować walkę, a Kalata został ukarany odjęciem punktów.  Po rozpoczęciu walki Łazowski znowu był na górze. Kontrolował rywala na ziemi. Nie pozwolił wstać góralowi. Tak się skończyło to starcie. Dużo taktyki i przemyślanych akcji warszawianina. Wszyscy sędziowie punktowali tak samo 29:27 dla Łazowskiego.
 
Stefan Leśniowski
 

Komentarze





reklama