Już tradycyjnie w Wigilię rozgrywany jest mecz hokejowy, w którym żonaci krzyżują kije z kawalerami. Tym razem na tafli zobaczyliśmy tylko jednego obcokrajowca (pozostali wyjechali na święta), choć trudno go już tak nazwać, bo w końcu ma polskie korzenie, a i z Nowym Targiem był i jest związany. Był, bo był trenerem, jest, bo jego 16- letni syn reprezentuje aktualnie barwy MMKS-u. Mowa o Tomku Valtonenie, który paradował w kasku z rogami Renifera.
Valtonen w drużynie Żonatych grał w formacji z Andriejem Gusowem. Ten duet świetnie sobie radził. Najazdy Valtonena (aktualnie pracuje na Słowacji) i mierzenie w okienko mogły każdemu przypaść do gustu. W coacha wścielił się Przemek Odrobny i… nie miał okazji zrugać Gusowa, odpłacić mu się. Sekundował mu Marek Bisaga. Trzeba przyznać, że obaj trenerzy dali lekcję dokładnego rozgrywania akcji, przeglądu sytuacji, spokoju w prowadzeniu krążka, no i trzeba nadmienić, iż aktualny szkoleniowiec „Szarotek” otworzył wynik spotkania, po pięknej akcji lewym skrzydłem. Pokonał Adriana Gajora, który strzegł bramki Kawalerów. Często bronił na kolanach, ale z wyczuciem i dużym szczęściem. Bramkarski sprzęt porzucił Paweł Bizub i okazało się, że jest niezłym snajperem. Cztery razy pokonywał bramkarza Żonatych, a był nim Paweł Bargiel. Okazuje się, że jeśli na co dzień ma się do czynienia z kulturą fizyczną, to nawet stanie w bramce nie jest tak wielkim wyzwaniem. To dzięki niemu Żonaci wygrali konkurs rzutów karnych (3:1). Zatrzymał między innymi Pawła Bizuba, któremu tuż przed bramką uciekła z kija „guma”. No i Partyka Wsóła, który próbował go pokonać dwoma kijami.

Nie mogło też zabraknąć Jarosławą Różańskiego. Ten zawsze to co wykonuje traktuje bardzo poważnie, więc pokazał swoje najlepsze walory. A, że nadal świątynie wygląda fizycznie, więc… – Jarek przygotowuje się do play off – skwitował obserwujący zmagania byłych kolegów Mateusz Michalski. W zespole Żonatych zobaczyliśmy na tafli prezesa Marcina Jurca, kierownika drużyny Wojciecha Chowańca i sponsorów - Krzysztof Koza, Grzegorz Wolski, Tomasz Jandura. Marek Bisaga często ręcznikiem dorzucał im tlenu. – Szkoda, że nie ma doktora z tlenem – żałował, bo musiał ręcznikiem machać i jeszcze boks otwierać. Po chwili dodawał. – Prezesowi trzeba zamontować dodatkowa płozę, bo często czyści lód. Najmłodszym „żonkosiem” był 8- letni Ksawery Jandura, który dostał szansę w karnych. Nie wiele zabrakło, by zdobył gola. Rozłożył bramkarza na lodzie, minął go i…trafił w słupek.

Kawalerów było mało. Początkowo uznali, że jak zabawa, to zabawa, więc trzeba się bawić. Dali sobie wbić trzy gole. – Dość zabawy. Teraz gramy na poważnie – rzucił hasło jeden z nich. No i wzięli się do solidnej roboty. Objęli prowadzenie 6:3 i… Wtedy przeciwnik wpuszczał na taflę siedmiu zawodników w polu. Bramkarz nadal był na swoim posterunku. To pozwoliło doprowadzić do remisu 7:7. Ostatnie jednak słowo należało do Alana Łyszczarczyka, który z powietrza trafił do siatki. Drużynę wzmocnił w ostatniej chwili Maciej Klimowski

- Trenerze. Przegrani jadą pięć kółek – żartował Kacper Guzik, który również zza bandy przyglądał się poczynaniom kolegów. W boksie Kawalerów kręcił się też były zawodnik Podhala, Krzysztof Niedziółka. Przyjechał z Francji, która aktualnie jest jego domem. Zagadnięty, że mógłby się z nimi zabawić, odparł: - Dziesięć lat nie miałem łyżew na nogach. Najpierw mieszkałem w miejscu, gdzie nie było dostępu do lodowiska, a potem biznes mnie do reszty pochłonił. Powspominaliśmy Janusza Hajnosa, z którym występował w ataku. Uzupełniał wtedy atak Tadeusz Puławski, który dopiero potem został przesunięty do defensywy. To trio wchodziło do seniorskiego zespołu i od razu zostało okrzyknięte wielkimi nadziejami polskiego hokeja.

Na koniec były życzenia, przede wszystkim zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia, w tym „dzikim” czasie. Nie zabrakło też pamiątkowych zdjęć.
Stefan Leśniowski
Zdjęcia Andrzej Pabian










