„Wizerunek medialny to zespół cech i zachowań, które budują obraz danej osoby, instytucji czy sprawy w umysłach odbiorców mediów. Zagadnienie to rozpatrywane jest najczęściej przez pryzmat marketingu czy komunikowania się” – tyle encyklopedyczny cytat.
Czy ktoś dba o Public Relations w naszych klubach? Szefowie klubów, spółek nie przejmują się tym, że kibic dostaje szczątkowe informacje ze zgrupowań i dnia codziennego swoich zespołów. A jak jest gdzie indziej?
Przepaść jest ogromna. Po zapełnionej skrzynce mailowej mogę stwierdzić, że ci mniej profesjonalni, w wielu przypadkach amatorzy, ten problem zdecydowanie lepiej rozumieją. Nie wszyscy mają rzeczników prasowych, a dbają o rozgłos, a równocześnie o swoich sponsorów. Nie ograniczają się tylko do wysyłania plakatu informującego o meczu. To są pełne newsy o zmianach, planach na najbliższy czas, o tym co wydarzyło się ciekawego w drużynie (klubie), a o czym warto poinformować Czytelnika. Tymczasem w przypadku naszych klubów - tajemnica.
Mam wrażenie, że hokej (ogólnie) może mieć więcej niż ma. Marketingowo, PR-owo, handlowo… Że sprzedaż tego produktu jest na poziomie ryneczku, a nie rynku. Że, wreszcie, dobrzy zawodnicy sprzedają się w niewielkim stopniu. By nie powiedzieć wcale. Patrząc bowiem na tę dyscyplinę w ujęciu regionalnym może jest to sport niszowy, ale musi taki być skoro na bilboardach go brak. W reklamach też jest niewidzialny. Hokejowi brakuje pomysłu na siebie. Brakuje menadżerów, którzy potrafiliby sprzedać ten produkt. Hokej boi się nowego, a nowe nie zawsze znaczy straszne. Nie należy się bać wchodzić na nowe grunty i prezentować innemu światu niż ten hokejowy.
Pod tym względem epokę wyprzedził Wieńczysław Kowalski, sponsor „szarotek” w latach 90-tych. Różne można mieć o nim zdanie, w większości złe, ale w sprzedaży wizerunku Podhala był niezrównanym mistrzem. Nie było dnia, żeby o klubie nie było głośno i nie ważne czy dobrze czy źle. Podrzucał różnorakie informacje. Te złe po to, by za 24 godziny prostować. – Znowu było się w mediach, a o to chodzi – śmiał się. Po innych newsach mówił „nie potwierdzam, nie zaprzeczam”.
Nie było wtedy rzecznika prasowego, internetu, telefonów komórkowych, a informacje w locie błyskawicy docierały do wszystkich mediów. Każdy transfer był rozreklamowany, a kontrakt podpisywany w obecności dziennikarzy i fotoreporterów (ostatnio takie wydarzenie miało miejsce za Wojasa, gdy zatrudniano Krzysztofa Oliwę). Jak podpisywał umowy sponsorskie z Tymbarkiem czy Fortuną (z grubymi kwotami), to potrafił wysłać autokar do Krakowa po dziennikarzy. „Dzięki nim zdobywam sponsorów. Jeśli przez dzień nie ma cię w mediach, to jesteś małym punkcikiem na mapie, którym nikt się nie interesuje. Jeden dzień bez mediów, to dzień stracony” – często powtarzał.
Obcokrajowców zmieniał w trakcie sezonu jak rękawiczki „ nie tylko, by wzmocnić zespół, ale zachęcić kibica do przyjścia na stadion. Widz nie lubi, gdy nic się nie dzieje. Oglądanie tych samych sobowtórów zaczyna się przejadać” – tłumaczył.
Były więc transfery wymyślone, po to tylko, by latem o klubie pisały największe sportowe dzienniki w kraju. „Maradona był w pięciu klubach przed sezonem i każdy prezes zapewniał, że będzie grał u niego. Takie informacje to czysty biznes. Karuzela musi się kręcić, a szczególnie w okresie ogórkowym. Kto nie ryzykuje, to go nie ma w tym biznesie” – mówił.
I szedł tym tropem. Pamiętam jak zapowiedział 12 wysokiej klasy zawodników zza oceanu. Opłacił ich ( mógł sobie na to pozwolić), a nigdy nie zobaczyliśmy ich w drużynie. „To było zagranie psychologiczne” – tłumaczył wtedy. Podziałało, bo Unia do samego finału nie była pewna czy Podhale się wzmocni. A on cieszył się jak dziecko, że potrafił ją nastraszyć. „Posrała się” –skwitował, gdy z kapelą cygańską świętował mistrzostwo Polski. „Psychologia w sporcie odgrywa dużą rolę” – dodawał.
Transfery, transfery… Tu pismak musi mieć rękę na pulsie. „ Mogę ci powiedzieć prywatnie, ale nie pisz tego” – często słyszę. A cóż to za tajemnica! Nie ma takich w żadnym klubie, który chce, by go traktowano poważnie. W piłce na niższych szczeblach nowego zawodnika podają trenerzy jako „testowany”. Nieraz cała rodzina „testowanych” tworzy zespół. Jeden z felietonistów napisał, że pod tym względem jesteśmy zaściankowym krajem, bojącym się otwartości.
Jeżeli dziennikarz wytropi „nowego”, to nie daj Boże, by o tym napisał. Wtedy śledztwo idzie na całego. W szatni, w klubie. Od kogo wypłynęła informacja. Nakłaniają dziennikarza, by skreślił nazwisko w internecie. „Zabiją mnie, bo podejrzewają, że ja ci powiedziałem”. Albo „podkupią go inni” –słychać w słuchawce telefonu.
Stefan Leśniowski










