Co miesiąc będziemy przedstawiać zawodników, którzy byli na ustach kibiców, a także drużyny. Rozpoczynamy cykl „O nich było głośno”. Tym razem głośno w styczniu. Będą pozytywni i negatywni bohaterowie. Z tych pierwszych na koniec roku będziemy nominować do Plebiscytu Sportowiec Podhala 2017, z tych drugich – wzorem redaktora Ryszarda Niemca – stworzymy „czarną listę”.
Bez wątpienia największą furorę w pierwszym miesiącu 2017 roku zrobili skoczkowie. Drużyna – Piotr Żyła, Dawid Kubacki, Maciej Kot i Kamil Stoch – w Zakopanem stanęli na drugim stopniu podium, zaś w Wellinger na jego najwyższym stopniu. Są pewni swego, świadomi własnej siły, ale również pełni pokory. Na trzy tygodnie przed mistrzostwami świata w Lahti o polskich skoczków nie musimy się bać. Teraz możemy powiedzieć głośno – nasza ekipa jest z jednym z kandydatów do triumfu w czempionacie globu. U Stefana Horngachera złapali luz, ale także pokorę i szacunek do wykonywanej pracy. Chcąc nie chcąc, Polacy po triumfach na dobre muszą się pogodzić z rolą faworyta mistrzostw świata. Są przecież liderami w Pucharze Narodów.
- Nasi skoczkowie przeżywają bardzo dobry okres. W każdym konkursie drużynowym stać ich na zwycięstwo i tego od nich oczekujemy. Są niezachwiani, pewni swego, w dodatku otoczeni przez profesjonalny sztab – ocenia prezes PZN. Apoloniusz Tajner.

Niekwestionowanym królem polowania został ich kolega Kamil Stoch. Skoczek z Zębu wygrał Turniej Czterech Skoczni. Poszedł w ślady Adama Małysza, który wygrał rywalizację w 2001 roku. Jako pierwszy skoczek w historii wygrał dwa konkursy Pucharu Świata w Wiśle, a tydzień później święcił triumf na Wielkiej Krokwi. Jest liderem klasyfikacji indywidualnej PŚ. O nim już tak wiele napisano, że trudno dodać coś odkrywczego. Przytoczmy więc opinię Adama Małysza, który twierdzi, iż Stoch ma jeszcze wielkie rezerwy. Podkreśla, że ma problemy z odbiciem. – Czasem w żartach mówimy, że albo spóźnił bardzo dużo, albo „spoko”. Rzadko się zdarza, żeby trafił w próg. Ale przy jego obecnej dyspozycji aż się boimy, co by się stało, gdyby trafił – podkreśla Małysz. – Wydaje mi się, że Stoch najlepszy okres ma dopiero przed sobą -dodaje Tajner.

Zaszaleli snowboardziści w Zimowej Uniwersjadzie w Ałmatach. W slalomie gigancie aż trzy dziewczyny dotarły do półfinału. Złoto wywalczyła nowotarżanka Aleksandra Król, brąz zakopianka Karolina Sztokfisz. Te dwie panie zmierzyły się w półfinale. Z kolei w ”małym” finale Karolina pokonała Weronikę Bielę, która nazajutrz sięgnęła po złoto w slalomie równoległym. Karolina Szokfisz wzbogaciła kolekcję medalową o drugi brązowy krążek. A Oskar Kwiatkowski wywalczył wicemistrzostwo Uniwersjady! Biela odniosła też zwycięstwo w zawodach PE w austriackim Gerlitzen.

Krystyna Pałka Guzik wraz z mężem Grzegorzem wywalczyli brązowy krążek mistrzostw Europy w biathlonie, w konkurencji supermikst. - To wspaniałe uczucie zdobyć medal w swoim rodzinnym kraju – powiedziała Krystyna Guzik (mistrzostwa rozegrano w Dusznikach Zdroju). - To nagroda za ostatni okres, gdy zmagałam się z poważną kontuzją. To były ciężkie miesiące. Straciłam sporo czasu na dojście do dobrej formy, włożyłam w to wiele sił i byłam skoncentrowana, aby zimą przyszły rezultaty. To jeszcze nie jest moja stuprocentowa dyspozycja, ale jestem na dobrej drodze, by ją osiągnąć. Mam nadzieję że już na MŚ w Hochfilzen będzie lepiej.
Krystyna Guzik dzięki trzeciemu miejscu w supermikście po raz pierwszy w karierze zdobyła medal ME w gronie seniorów. Również jej mąż Grzegorz dotychczas nie miał takiego osiągnięcia w swoim dorobku. To uczyniło z nich medalistów numer 19 i 20 w historii startów Polaków na tej imprezie.

Wicemistrzostwo kraju w kolarstwie przełajowym zdobyła Katarzyna Solus Miśkowicz. Ta również była po przejściach. Może mówić o wielkim pechu w poprzednim sezonie. Wyjechała do Rio na igrzyska olimpijskie, cieszyła się występem na olimpijskiej tracie, a tymczasem los spłatał jej figla. Nie wystartowała. Powód? Na jednym z treningów fatalnie upadła, została przewieziona do szpitala i przeszła operację. Marzenia o igrzyskach w jednej chwili pękły jak mydlana bańka. Dlatego cieszy powrót Kasi do świata sportu i to od razu w dobrym stylu. Oby 2017 rok był bardziej szczęśliwy dla sympatycznej kolarki.

Głośno było też o Filipie Wielkiewiczu, hokeiście Podhala, który wrócił na taflę po odpokutowania kary za doping. Po dłużej przerwie udowodnił, iż ma wielki talent, że jest nietuzinkowym hokeistom. Świetnie zaprezentował się w styczniowych meczach, godnie zastąpił w pierwszym ataku „profesora” Krzysztofa Zapałę. W siedmiu występach zdobył dwa gole i przy czterech asystował. Niektórzy mają rozegranych kilkanaście razy więcej spotkań i niewiele lepszy bilans w punktacji kanadyjskiej. Tak trzymać Filip!

Nie może ujść uwadze wygranie małopolskiego finału Pucharu Polski w futsalu przez Viva Spajki z Szaflar. A to przecież amtorska drużyna. Zespół miał wolny los w pierwszej rundzie na szczeblu ogólnopolskiej. Teraz czeka drużynę o wiele trudniejsza zadanie. Miejmy nadzieję, że godnie będzie reprezentować podhalański futsal na „salonach” krajowych.
Tyle pozytywów. A negatywni bohaterowi? Białoruski hokeista Aleksandr Syrei. Został zwolniony z Podhala za porozumieniem stron. Trochę za późno, bo nic godnego uwagi ten obrońca nie zademonstrował. W pamięci zapisał się fatalnymi zagranymi, po których drużyna traciła gole.
Zarządcy Miejskiej Hali Lodowej, w której fruwają bramki. Nie ma meczu, by kilkanaście razy bramka nie wylatywała z właściwego ustawienia. Niektórzy bramkarze już to wyczuli i nagminnie stosują ten manewr przerwania „śmierdzącej” golem akcji. Od lat nie można doczekać się światowego mocowania bramek w lodzie, a przecież dostępny materiał do tego celu jest niedaleko, po drugiej stronie Tatr. Brak zaplecza w skokach narciarskich. Jest elita, a poza nią… Pustka. Wystarczy spojrzeć na wyniki Pucharu Kontynentalnego, gdzie biało –czerwoni okupują dalekie lokaty.
Wydział Gier Polskiego Związku Unihokeja, który wymyślił system rozgrywek w męskiej lidze z jakiejś galaktyki. Pierwsza runda play off potwierdziła, iż był to strzał w kolano. Mecze, w których pada ponad dwadzieścia bramek nic nie wnoszą. Na pewno nie podniosą poziomu polskiego unihokeja, a są jedynie autopromocją dyscypliny. Ta faza mistrzostw pokazała, że nie tylko między drużynami, ale także między grupami była ogromna dysproporcja. Nie można wszystkiego tłumaczyć oszczędnościami, bo to był jedyny argument władz PZUnihokeja przy wprowadzaniu zmian w systemie rozgrywek. Dbałość o finanse – Ok, ale nie kosztem upadku dyscypliny.
Argumentem „taniej”, bo bliżej - kierowali się także włodarze MMKS-u, którzy uczennice z podstawówki wysłali na Uniwersytet (czytaj: ligi słowackiej). Hokeistki w każdym meczu odbierają surową lekcję hokeja od wymagających uniwersyteckich wykładowczyń. Wyniki 40:0 czy ciut mniejsze nie są mobilizujące. Trener ciągle powtarza „uczymy się, uczymy”, ale co ma powiedzieć. Zdaje sobie sprawę, że nie jest łatwo.
Stefan Leśniowski










