22.07.2013 | Czytano: 2756

Patryk Małecki: Dwie różne osoby

Odkrycie 2009 roku, piłkarz krakowskiej Wisły, trzykrotny mistrz Polski, Patryk Małecki był jedną z gwiazd nowotarskiej imprezy sportowo – kulturalnej pod hasłem „Rób to co kochasz”. Małecki twierdzi, że on z boiska i spoza niego, to dwie różne osoby, które nie dogadałyby się ze sobą.

- Chyba nie mielibyśmy wspólnych tematów. Jeden w życiu to spokojny człowiek, a ten boiskowy Patryk to zadziora. Podczas meczu są ogromne emocje, adrenalina, żądza zwycięstwa i czasem coś się złego przytrafia. W życiu prywatnym mam wszystko poukładane – mówi.

- Nie lubisz przegrywać?
- Nienawidzę. Zawsze wychodzę na boisko, by zwyciężać, dać z siebie wszystko. Wiadomo, że wszystkiego nie da się wygrać, ale po to wychodzę na boisko, by zrobić wszystko, by po ostatnim gwizdku być dumny ze zwycięstwa.

- Czytałem twoją wypowiedź, że odwiedziłeś klasztor na Jasnej Górze, spotkałeś się z zakonnikami, którzy mieli całkiem inne o tobie zdanie od tego, które często kreują media.
- To prawda. Powiedzieli mi, że jestem porządny chłopak. Po spędzeniu kilku godzin z nimi byli zdziwienie, że ktoś może się tak różnić od wizerunku wykreowanego przez media. Te różnie piszą. Jak jest dobrze, to piszą super, jak jest źle, to… Nie chciałbym używać mocnych słów. Jak już powiedziałem w życiu prywatnym jestem innym człowiekiem. To było prywatne spotkanie i nie chciałbym o nim się wypowiadać. Powiem tylko, że było to dla mnie wielkie przeżycie.

- Wytatuowana ręką z podobizną Jana Pawła II, Ojciec Święty na koszulce, to…
- Polski papież był i jest ważną postacią w moim życiu.

- Jarek Krzoska kierownik drużyny, kiedyś tak o tobie powiedział: „ Nieposkromiony, co mu przeszkadza. Byłby dalej, gdyby panował nad emocjami, albo zaczął nad tym panować”.
- Każdy ma prawo do własnej oceny. Ja mam inne zdanie. Na boisku nie można być ciotą. Jestem jaki jestem. Jestem w Wiśle, co było moim marzeniem.

- Masz dobry kontakt z fanami, ale… Po meczu z Lechią Gdańsk nazwałeś część kibiców „piknikami”. Powiedziałeś, że powinni przenieść się na Cracovię.
- Dobrą grą i walką na boisku kibice mnie polubili. Ja ich też szanuję. Uwielbiam grać przy pełnym stadionie. Bardzo mi zależy na Wiśle. A piknikami? Padły ostre słowa po nieudanym meczu. Nic już tego nie zmieni. Na drugi raz lepiej zacisnąć zęby i nic nie mówić. Wtedy byłem pod wpływem emocji, bardzo zdenerwowany. Mam nadzieję, że kibice nie mają mi tego za złe.

- Masz kompleksy?
- Żadnych. Na boisku nogi mi się nie trzęsą.

- Nie byłeś ulubieńcem Franciszka Smudy, który nie powoływał cię do reprezentacji kraju. Teraz wasze ścieżki znowu się zeszły. Jakie są wasze relacje?
- Jestem piłkarzem, a on jest moim szefem i muszę się mu podporządkować. Robić to, czego ode mnie wymaga. Nie ma problemu między nami, przecież jedziemy na tym samym wózku.

- Robert Maaskant na początku też podchodził do ciebie jak pies do jeża, a później urządziliście sobie przejażdżkę rowerową.
- To było takie spontaniczne, niezaplanowane. Wyszło to samo z siebie. Podczas fety mistrzowskiej trener jechał na rowerze więc skoczyłem mu na bagażnik. Przejażdżka była udana (śmiech).

- Poprzedni sezon nie był udany dla Wisły. Czy stać was na zdobycie mistrzostwa Polski w tym sezonie?
- Szansa na zdobycie mistrzostwa zawsze jest, dopóty piłka w grze. Po pierwszej kolejce mamy jeden punkt, a więc nie jest źle. Przed nami jeszcze sporo gry i wszystko jest możliwe. Zrobimy wszystko co w naszej mocy, by walczyć o mistrzowską koronę. Nie mogę obiecać, że zdobędziemy ją na sto procent.

- Czy Wisła pokona Legię?
- Legia nie jest zespołem, którego nie można byłoby pokonać. Ma dobry skład, ale jestem przekonany, że jest w naszym zasięgu. Osobiście lubię grać przeciwko warszawskiej drużynie, bo w takich spotkaniach można pokazać się z jak najlepszej strony.

- Przeszedłbyś do Legii?
- Wielokrotnie już mówiłem, że moje serce bije dla Wisły i tego się trzymam.

- Czujesz się liderem zespołu?
- Nie, choć wiem, że bardzo liczy się na mnie. Dużo dobrych zawodników od nas odeszło, a przyszło tylko dwóch. Nie jestem jednak Ronaldo i sam nie będę wygrywał meczów. Potrzeba 20 piłkarzy na równym poziomie. Ja potrzebuję kolegów, oni mnie. Jeśli będziemy tworzyli kolektyw, to jesteśmy w stanie dobrze grać w piłkę.

- Najwierniejszy twój kibic?
- Jest ich mnóstwo, począwszy od mamy, po dziewczynę, a na znajomych skończywszy. Kiedyś mamie chciałem załatwić bilet na VIP-a, to mnie wyśmiała. Powiedziała, że jest tam za sztywno, że nie potrafi oglądać meczu na stojąco. Woli być blisko najzagorzalszych kibiców i poczuć prawdziwą meczową atmosferę.

- Wyjeżdżając do tureckiej ligi, mówiłeś, że zaczynasz pisać nową historię. Złotymi zgłoskami chyba się nie zapisała?
- Jak powiem, że trener mnie nie lubił, to nie uwierzycie (śmiech). Rzeczywiście pierwsza moja wyprawa do zagranicznego klubu była nieudana. Nie żałuję tych sześciu miesięcy. Spotkałem wielu dobrych piłkarzy, którzy grali w wielkich klubach. Chciałbym jeszcze wyjechać. Na dzisiaj jednak najważniejsza jest Wisła, żebyśmy zagrali dużo lepiej niż w poprzednim sezonie.

- Klub twoich marzeń?
- Od zawsze Manchester United.

- Twoi idole z młodości?
- Każdy ma swoich ulubieńców i podpatruje ich grę. Ja ich też miałem, to brazylijski Ronaldo i Samuel Eto.

- Miałeś sytuację, że chciałeś porzucić futbol?
- W życiu różne są sytuacje, ale nigdy nie należy się poddawać. Czasem przychodzi słabszy moment, ale nie można się załamywać, lecz ciężko pracować i iść do przodu. Dzięki wytężonej pracy, samozaparciu można dojść do celu. To nie są puste słowa.

Stefan Leśniowski

 

Komentarze







reklama