25.03.2009 | Czytano: 1402

Jak się nie ma co się lubi…

… to się lubi co się ma. Tak można powiedzieć o naszej hokejowej ekstraklasie. Trzeba się cieszyć, że gra, bo ci co powinni promować tą dyscyplinę sami robią wszystko, by było odwrotnie.

Hołubionej piłki nożnej na pewno hokej nie przebije, ale centrala i włodarze klubów mogliby pójść śladami innych dyscyplin zespołowych, chciałby koszykówki, piłki ręcznej czy siatkówki – twierdzi trzykrotny olimpijczyk, Gabriel Samolej.

- Jak była liga? - pytamy „Gabrysia”.
- Nie ulega wątpliwości, że sezon dla kibiców był ciekawy. Ciągłe przetasowania w tabeli na początku sezonu można było złożyć na karb różnych przygotowań i tego, że wszystkie drużyny miały jeszcze spory zasób sil. Gdy liga nabrała tempa, szybko okazało się, że nie wszyscy potrafią dotrzymać jej kroku. W najlepszej szóstce też było sporo emocji i atrakcyjnych spotkań.

- Spodziewałeś się, że Cracovia po raz drugi z rzędu sięgnie po mistrzowską koronę?
- Hokeiści spod Wawelu zasłużenie zdobyli mistrzowski tytuł. Mieli kłopoty z lodowiskiem, które było remontowane, a potem doszedł jeszcze wybuch gazu. Nie mieli ciekawego startu w lidze, ale ani razu nie słyszałem narzekań na zaistniałą sytuacje. W przeciwieństwie do ich finałowego rywala. Tyszanie również remontowali obiekt i swoje niepowodzenia tym próbują wytłumaczyć oraz kiepską pracą sędziów. Być może krakowianie byli w lepszej sytuacji, gdyż po powrocie na swój obiekt wszystkie spotkania rozgrywali u siebie, tyszanie zaś w roli gospodarze występowali na małym „Spodku”. Mistrzostwo to kolejny sukces trenera Rudolfa Rohačka. Odkąd pracuje w naszym kraju nie schodzi z podium. Potrafi idealnie trafić z optymalną dyspozycją drużyny na najważniejsze mecze sezonu. To nie przypadek. Uważam, że jedynym zespołem, który mógł powalczyć z „Pasami” o mistrzostwo było Podhale.

- „Szarotki” nie przebiły się przez tyską „ścianę”.
- To na pewno bardzo boli, po tym co podopieczni Milana Jančuški pokazali w sezonie zasadniczym. Ich gra napawała optymizmem. Na pewno apetyt na sukces wzrósł. Nawet najstarsi górale nie pamiętają kiedy ich pupile tak długo prowadzili w lidze. Mistrzostwo sezonu zasadniczego wygrali w cuglach, ze sporą przewagą. Podhale zasługiwało co najmniej na grę w finale. Szkoda, że nie wykorzystało szansy, startując do play off z uprzywilejowanej pierwszej pozycji. Niestety w play off zaczęły się schody i po tej fazie rozgrywek pozostał wielki niedosyt, żeby nie powiedzieć zawód.

- Przyczyny odpadnięcia górali w półfinale?
- Już w pierwszej rundzie z Toruniem dało się zauważyć mała skazę na świetnie funkcjonującym organizmie. Gra nie była taka jak wcześniej. Ale hokeiści z grodu Kopernika, podobnie jak hokeiści znad morza ( w walce o brąz) nie postawili się zbytnio nowotarżanom, którzy gładko ich ograli 3:0 w meczach. „Szarotki” w Tychami prowadziły 2:0 i chyba nikt nie przewidywał katastrofy. Tymczasem przegrały cztery mecze pod rząd. Nie można więc mówić o przypadkowości. Zespół tyski był lepszy w tej konfrontacji. W tych spotkaniach nie pomogli zawodnicy, którzy powinni być motorem napędowym zespołu, a którzy biorą za to sporą kasę. Zawiedli przede wszystkim obcokrajowcy, u których brak było agresji, formy i skuteczności. To oni powinni wziąć ciężar gry na swoje barki w najważniejszych momentach spotkań. To oni powinni zdobywać najważniejsze gole. Tymczasem młodzi ich zawstydzili. Młodzież była rewelacją sezonu, a w play off wygrała dwa mecze z Tychami. As Cracovii Leszek Laszkiewicz dużo zarabia, ale pokazał, że wart jest wszystkich pieniędzy. W decydujących momentach ciągnął grę i zdobył – szczególnie w pierwszym bardzo ważnym finałowym meczu – decydujące bramki. To on 11 sekund przed końcem trzeciej tercji doprowadził do wyrównania, to wreszcie on zdobył zwycięskiego gola z karnego. Nie sztuka jest brylować z zespołami z dolnych rejonów tabeli, ale trzeba pokazać charakter i pełnie swoich umiejętności w najważniejszych meczach sezonu.
Tyszanie zastosowali też bardzo mądrą taktykę, grając pressingiem na całej tafli. Podhale nie mogło sobie poradzić z tym stylem rywala. A może dyspozycja na to nie pozwalała? Czasami nowotarżanie byli bezradni. Tyszanie paraliżowali akcje zaczepne Podhala już w jego tercji. Nie było czasu i miejsca na dokładne podanie, na przemyślaną akcję. Stąd też dużo „patelni” w wykonaniu naszych graczy. Te przechwyty krążka były wymuszone przez rywala.

- Kogo wyróżniłbyś w zespole Podhala?
- Od lat dopominałem o odmłodzenie zespołu i teraz mam ogromną satysfakcję. Dobrze, że sytuacja spowodowana odejściem starszych graczy do Zagłębia i Jastrzębia wymusiła na działaczach i trenerze zatrudnienie juniorów. Dzięki temu powstał ciekawy zespół. Jeśli nadal będzie utrzymana ta linia, to jestem przekonany, że zaowocuje to sukcesami w przyszłości. Młodzi odwdzięczyli się dobrą grą. Dużo goli strzelali, a mało tracili. W play off tylko jako jedyni nie zawiedli. Mają zadatki na zawodników dużego formatu. Trzeci atak to nowa siła Podhala. Gra Dziubińskiego, Gruszki i Malasińskiego nie tylko kibicom przypadła do gustu. Przebojowość, szybkość, chęć dania z siebie wszystkiego w każdym meczu – to ich atuty. Oby im tylko woda sodowa do głowy nie uderzyła.
Trzeba też pochwalić Krzyśka Zborowskiego. Grał dobrze. W play off miał jedną wpadkę w Tychami i szkoda, że trener po trzecim golu go nie zmienił. „Zbora” odpocząłby psychicznie i nabrał sił do następnego meczu.

Stefan Leśniowski

Komentarze







reklama