Powątpiewałem wtedy w jego słowa, ale… Przypomniał mi przepowiednie w niedzielę, gdy spotkaliśmy się przypadkowo na Turbaczu, podobnie jak wtedy na siatkarskiej Lidze Narodów w Ergo Arenie Gdańsk. Człowiek z zewnątrz zawsze ma trzeźwiejszy obraz tego, co się dzieje w klubie. Z daleka śledzi poczynania ulubionego klubu i…
- Jestem mocno zatroskany i zaniepokojony, że klubowi z taką marką nikt nie chce pomóc. Że brakuje w mieście i okolicy ludzi, którzy wyciągnęliby do niego pomocną dłoń. Dziwię się, że ludzie, którzy zgodzili się pomóc klubowi, nagle podali się do dymisji. Bo nie potrafił jeden z drugim pójść na kompromis. Bo jeśli jego koncepcja nie zwycięży, to bierze „zabawki” jak dzieciak z piaskownicy i ucieka – powiedział na odchodne.
A mnie wtedy przypomniał się skecz „Wigilia” kabaretu Neo-Nówka i ostatnia scena, gdzie po politycznej kłótni syna z ojcem, dziadek wypowiedział słowa: „ A w dup… mam PiS i PO, bo oni tylko skłócili rodzinny”. Hokejowa rodzina Podhala też została skłócona. Ilu działaczy (rodziców, którzy chcą mieć wpływ), tyle pomysłów i tyleż kłótni, zawiści oraz przeciągania liny w swoją stronę. Kłamstwo goni kłamstwo. Ten nie chce pracować z tymi, tamten z tamtymi. Czy w tym bagienku może się zrodzić coś pozytywnego?
Takie zwyczaje panują od momentu, gdy kombinat obuwniczy przestał wspierać Podhale. Na ratunek przyszła hokejowi Fundacja im. Tadeusza „Elka” Kilanowicza. Byli hokeiści Podhala, biznesmeni i kibice skrzyknęli się i ją założyli. Napotkała na przeszkody, nawet jak jeszcze nie zaczęła działać. Kością niezgody była Targowica, z której pieniądze miały utrzymać klub. Polegało to na pobieraniu opłat na terenach targowych. Udało się uratować hokej, ale… Szybko okrzyknięto ich złodziejami. Mieli pod górkę z ówczesną władzą w mieście, która złożyła ofertę: „odebrać targ, wycofać z ligi”.
W swoim archiwum wygrzebałem taką oto rozmowę trenera Ewalda Grabowskiego z burmistrzem Józefem Ramsem, którą przedstawili dziennikarze – Grzegorz Wojtowicz i Jacek Gucwa, gdy „Szarotki” zakwitły po raz czternasty.
- Słyszał pan, że w Nowym Targu jest drużyna hokejowa? – zapytał trener.
- Ależ oczywiście – odparł burmistrz.
- A wie pan, które zajmuje miejsce w tabeli? – dociekał szkoleniowiec.
- No nie –odparł nieco zażenowany burmistrz.
- Więc jak to się dzieje, że jest pan burmistrzem tego miasta – spuentował tę ironię trener.
Na decyzję burmistrza o opuszczeniu obiektów przez klub zareagował felietonista Ryszard Niemiec. Odkopałem felieton „Znowu palą Judaszów?” z prywatnego archiwum. Oto jego treść:

Gdy Wieńczysław Kowalski pojawił się w klubie, mieliśmy kolejne kopanie dołków. Problem dotyczył przejęcia lodowiska. Zresztą temat lodowiska wracał jak bumerang każdego lata. Późnego zamrażania doświadczył też Wiesław Wojas. Zmuszony był wysłać drużynę na treningi do Keżmaroku, a to dodatkowe koszty. To był jeden z powodów, że przestał sponsorować „Szarotki”. Drugi to obskurna hala lodowa. Poprzednik zaś zmagał się ze strajkami pracowników lodowiska, który trwał miesiąc i został przerwany, gdy miasto przejęło pracowników. Burmistrz Marek Fryźlewicz podjął wówczas bezprecedensową decyzję, która spotkała się z falą oburzenia i potępienia magistratu. Otóż nakazał rozmrozić taflę lodowiska! W tym czasie hokeiści nie trenowali, a spotkania w roli gospodarza rozgrywali na obcych stadionach. Na salonach trwała bezkrwawa bitwa o lodowisko, która zakończyła się przedzawałowym stanem trenera Milana Skokana. Słowacki szkoleniowiec przez miesiąc przebywał w szpitalu. Podhale zaś, które miało być gospodarzem turnieju o Puchar Kontynentalny, musiało w roli gospodarza podejmować gości w Krynicy.
Nie da się ukryć, że na te wszystkie zdarzenia wpływ miało słabe zarządzanie klubem. Za czasów Kowalskiego zalegano dosłownie wszystkim. Kierownik drużyny podczas wyjazdu miał mapę restauracji po drodze, której jeszcze można było zjeść, bo w innych Podhala nie wpuszczano (nie zapłacone rachunki). Takiej sytuacji doświadczyłem razem z Andrzejem Godnym, gdy szukaliśmy darczyńców na wydanie książki „75 lat Szarotek”. Wszędzie kojarzyli nas z klubem i tylko padały kwoty ile im jest klub dłużny. Nieraz łapaliśmy się za głowę jak wysokie one były. Na szczęście książkę udało się wydać.
Rządzący Podhalem w ostatnich latach też narobili długów, ale można powiedzieć, że przebili poprzedników, którzy jednak wyrównali zaległości z zawodnikami, trenerami, kierownictwem i zespół mógł wystąpił w ekstraklasie. Ostatnich rządzących kojarzyć będziemy z jeszcze mocniejszymi kłótniami i wycofaniem drużyny z THL. Dochodziło między nimi nawet do rękoczynów. W taki sposób próbowano przekonać do swoich racji. Nie znam też przyczyny, dla której tak długo klubowi młodzieżowemu prezesował Zdzisław Zaręba. Nie wiem czym omamił Radę Miasta i burmistrza Grzegorza Watychę, że dostawał pieniądze, które były źle wykorzystywane.
Nie zawsze tak było w historii Podhala. Znowu odniosę się do mojego prywatnego archiwum i wywiadu prezesa Augustyna Fuchsa, po pierwszym mistrzowskim tytule „Szarotek” w 1966 roku. Wtedy media były w szoku, że drużyna z małego miasteczka (złośliwi mówili grajdołek) przerwała hegemonię warszawskiej Legii i Górnika Katowice w zdobywaniu tytułów.
„Czy z grupy pasjonatów można zbudować zespół mistrza Polski? W Nowym Targu nie tylko w to uwierzyli - oni to zrobili!” – pisano. Augustyn Fuchs udzielił wówczas wywiadu, w którym powiedział: „ Klub był przede wszystkim ideą i marzeniem kilku osób, które się spełniły. Na samym początku naszej przygody… nikt o tym nawet nie marzył, że będziemy mistrzami Polski”.
Wywiad to szczera opowieść o budowaniu klubu krok po kroku, bez wielkich pieniędzy na start, ale z ogromnym zaangażowaniem ludzi, którzy potrafili myśleć długofalowo. Prezes nie ukrywał, że droga do sukcesu była pełna wyzwań, a wiele decyzji trzeba było podejmować w warunkach ryzyka. To także opowieść o zaufaniu, stabilności i budowaniu relacji — zarówno wewnątrz klubu, jak i z kibicami, i zawodnikami.
„Naszym założeniem od samego początku było, żeby gromadzić przyjaciół wokół klubu. Zorganizowaliśmy klub właśnie z nich i kolegów. Potem dołączyli się inni. Nowotarżanie są ofiarni, pomagają jak mogą – jedni dali więcej, inni tyle na ile było ich stać. Jeden sprzedał nawet samochód, by wspomóc drużynę. Rzucali do kapelusza kuśnierze, rzemieślnicy, restauratorzy, by można było wyjechać na mecz do Katowic czy Torunia… Z każdym rokiem głębiej rozumieliśmy i czuliśmy organizację od wewnątrz. To nam pomagało w działaniach” – tłumaczył prezes.
Nieżyjący już Jerzy Osowski, który przez 56 lat był działaczem Podhala, podczas jednego z „walnych” zauważył: „ Dawniej ludzie przynosili do klubu, ostatnio ten proces poszedł w drugą stronę. Jedna myśl mi chodzi po głowie, którą tak streszczę: co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie?”.
No i spieprzyli!
Stefan Leśniowski










