07.01.2026 | Czytano: 6380

Zawodnicy od „czarnej roboty” (+foty)

Nie trafiali na pierwsze strony gazet, ale byli niezbędni dla równowagi w drużynie. Zawodnicy od czarnej roboty.


 
Zespół oprócz gwiazd musi mieć graczy, którzy będą na nich pracować, którzy potrafią zainicjować akcję i dograć idealnie krążek do współpartnera. To także gracze, który ochronią gwiazdę swojego zespołu  przed brutalnymi  zagraniami rywala. Sami też muszą u przeciwnika wyeliminować najgroźniejszych napastników. Gracze, którzy wykonują brudną, niewdzięczną, ale kluczową robotę. Nie zawsze są to obrońcy, ale także twardo grający napastnicy umiejący się przepychać przy bandzie, a którzy  posiedli umiejętność wyłuskiwania krążka.   Silni, waleczni, którzy nie boją się starć z przeciwnikiem. Często gracze trzeciej czy nawet czwartej piątki są od destrukcji i potrafiący zdominować rywala fizycznie, zamęczyć go, sprawić, że będzie się frustrował. Graczy od „czarnej roboty”  w historii Podhala było sporo.
 
Kazimierz Bryniarski, idol w początkach budowy wielkiego Podhala. Gracz poruszający się dostojnie po lodzie, mało walczący o krążek z rywalem. On musiał dostać go dokładnie na łopatkę kija, ale wtedy wiedział jak pokonać bramkarza. No i właśnie miał pomocników, którzy potrafili wyłuskać krążek przeciwnikowi, potrafili go rozegrać do swojej gwiazdy.  Raz był nim jego brat Józef, jego imiennik  Lipkowski, innym razem Zdzisław Świstak czy Andrzej Wołkowski, który w asystach był niezrównany. 


 
Stanisław Różański 

To były czasy, gdy nie było – jak obecnie -  gry całymi piątkami w obronie i ataku. Obrońcy wykonywali swoje role - czekając na czerwonej lub blisko swojej tercji obronnej -  a napastnicy swoje. Gdy napastnik stracił krążek, wtedy włączali się do akcji defensorzy. Ich zadaniem było powstrzymać nacierającego rywala. W tych czasach  postrachem w defensywie był Stanisław Różański, chłopisko na schwał, które straszyło atakującego. Twardziej jakich mało. Podziw wzbudzał, gdyż od niego odbijali się rywale, jak od ściany, od razu padając na lód. Frustrował ich do tego stopnia, że jak jechali na niego, to woleli jak najszybciej pozbyć się krążka niż nadziać się na wyrastające „drzewo”.


 
Jan Bizub 

Starsi kibice zapewne pamiętają Józefa Kurka, wysokiego napastnika, bramkostrzelnego, zwanego „długopisem”. Trzeba było na niego uważać, bo jak dostał krążek to swoją szybkością, wspaniałą techniką potrafił oszukać rywala i otworzyć sobie drogę do bramki. Trzeba było go powstrzymać. Więc dostawał „plastra”, który za nim jeździł. Tym zawodnikiem był mikrus  Jan Biub, natrętny jak osa.  Mały, ale o ogromnym sercu, nieustępliwy i nie bojący się większych  graczy o dwie głowy. W ważnych momentach nie zawodził. Nie mogli sobie przy nim pograć wspomniany Józef Kurek i Krzysztof Białynicki z LKS-u.  W owym czasie najwyżsi gracze w lidze. Wyłączenie z gry takich snajperów było kluczem do zwycięstwa. Pamiętam, jak „Ragulin” ( Bizuba tak  nazywano od nazwiska sławnego obrońcy ZSRR, choć był przeciwieństwem jeśli chodzi o warunki fizyczne) zaatakował Kurka, a ten przeleciał przez bandę i tylko łyżwy było widać. Na szczęście nic mu się nie stało, bo za bandą były zwały śniegu, bo dachu nad lodowiskiem jeszcze nie było, a w górach obfite były opady śniegu.  Napastnik Podhala zebrał gromkie brawa za ten wyczyn, a jeszcze długo w środowisku mówiło się, że mikrus złamał „długopis”.
 
Józef Sięka

Wspominanego Krzysztofa „Birulę” Białynickiego krył także Józef Sięka. Spotkali się w Nowym Targu podczas gali obchodów 80-lecia  „Szarotek”. Krzysiek zaczepił mnie i powiedział ze śmiechem: „Widzisz, nawet po tylu latach nie daje mi spokoju, nie odpuści. Nadal myśli, że strzelę mu gola”. O tym plastrze często wspominał jak tylko spotkaliśmy się  na mistrzostwach Polski oldbojów. A opowiadać to on potrafił, że hej! Skarbnicą opowieści były kluby, reprezentacyjne wyjazdy. Najciekawsze, to te, gdy na turniej Izwiestii jeździli do Moskwy. To były takie smaczki, że słuchaczom „gały”  wychodziły z orbit. W tych opowiadaniach było sporo wspomnień o Józefie Sięce, jako nieustępliwym graczu, który potrafił uprzykrzyć życie. „Nieraz byłem tak wkurzony jego asystą, że nie chciało mi się wyjść na następną tercję”. Jak graliśmy z Podhalem, to modliłem się, żeby nie było go w składzie.  Uwierz mi, potrafił uprzykrzyć życie napastnikowi”. „Cajmer” (pseudonim Sięki) nie miał praktycznie słabych stron i co ciekawie sport godził ze studiami.


 
Włodzimierz Rusinowicz

Włodzimierz Rusinowicz, bezkompromisowy gracz. Przedostać się pod bramkę, gdy on był na lodzie, to była wielka sztuka dla rywala.  Nie bał się rzucać pod lecący z dużą prędkością i siłą krążek. Sposób obrony skuteczny, obarczony jednak pewnym ryzykiem; zranieniem.  Bezkompromisowy w pojedynkach jeden na jeden i co ciekawe robił to w sposób prawidłowy i sędziowie często nie odsyłali go na ławkę kar.  Dostrzegł to selekcjoner reprezentacji i dostał do niej powołanie.


 
Kazimierz Zgierski 

Kazimierz Zgierski słynął z bodiczków, po których rywal przelatywał mu przez wystawioną cześć ciała, frunął w powietrzu i lądował na głowie. Ile razy wyrzucał przeciwnika za bandę. Świetnie wykorzystywał umiejętności gry ciałem.  O takiej grze  osobiście przekonał się Tadeusz Kilanowicz. Po takim ataku kolegi na treningu popularny „Elek” złapał kontuzję uda.
 
Wojciech Kowalski nie przepuścił nikomu. Jak trzeba było zatrzymać przeciwnika, to nawet pięści szły w ruch. Ze względu na siłę rąk, dostanie takiego ciosu rozkładało rywala na łopatki, a  odebranie mu krążka było nie lada wyczynem. Wzbudzał respekt u przeciwników. „Wezwany” na pojedynek na pięści nigdy nie rejterował przed przeciwnikiem.   Dysponował mocnym i potężnym strzałem, które dziurawiły siatkę w bramce i sędziowie musieli mecz przerywać, by ją zreperować. Pamiętam, jak po jego strzale reprezentacyjny bramkarz Józef Wiśniewski został dosłownie wepchnięty przez krążek do bramki! Dochodził do siebie niemal pięć minut. Wojtek  raz przesadził i zdyskwalifikowany został po kopnięciu zawodnika Baildonu. Potem  już nie wrócił do hokeja.    
 
Gdy zespół, po zdymisjonowaniu trenera Stanisława Fryźlewicza, przejął ponownie Ewald Grabowski szybko zdiagnozował porażki z Unią, która wcześniej nie mogła pokonać górali.  „Trzeba wyłączyć z gry Waldemara Klisiaka” – rzucił hasło.  Tak też się stało. Klisiak słynął z tego, że po wtargnięciu do tercji prawym skrzydłem przy zewnętrznych wąsach koła bulikowego odwracał się z stronę bandy, wjeżdżał na łuku w korytarz między bulikami i stamtąd oddawał trudno do obrony strzał. Raz podczas takiego manewru  dostał taką minę, że unikał gry z Podhalem, a jego wymówką były problemy żołądkowe. Klisiak identyczną minę dostał podczas katowickich mistrzostw świata od gracza z Wielkiej Brytanii, która wyeliminowała go z czempiontu.


 
Stanisław Fryźlewicz

Jak już wspomniałem Stanisława Fryźlewicza, to nie sposób pominąć, jak ten obrońca potrafił rozprowadzać akcję ofensywną. Podstawowym zadaniem defensora nie jest tylko unieszkodliwienie przeciwnika, równie ważnym elementem jest umiejętność szybkiego i rozsądnego rozegrania krążka przy formowaniu własnego ataku. Taki był Fryźlewicz, idealnie zgrany z pędzącym na skrzydle Stefanem Chowańcem, a  ten  nagrywał krążek do partnerów – Leszka Tokarza, Józefa Batkiewicza, czy Leszka Kokoszki.  
 
Ewald Grabowski powierzył rolę rozprowadzacza Zbigniewowi  Podlipniemu, który hasał po skrzydle, a za partnerów miał graczy doświadczonych. Młodość pozwoliła mu mijać rywali wzdłuż bandy i dogrywać krążki jak marzenie, po których ułatwione było zdobycie gola. Miał zdolność natychmiastowej orientacji, umiejętność natychmiastowej oceny nowej sytuacji i błyskawicznego podania krążka.  „Zibi” to był taki pracuś, ale z biegiem kariery i on dostawał krążki. Miał jeden  zwód, na który dość długo nabierali się przeciwnicy.
 
W 2010 roku  Podhale zmierzyło się z Cracovią w finale play off. Bohaterem tych konfrontacji był Tomasz Malasiński, przy którym Leszek Laszkiewicz sobie nie pograł. Wyeliminowane zostało najgroźniejsze żądło „Pasów”. To był jeden z warunków, że Cracovia odprawiona została 0:4 w meczach.
 
Mistrzem w utrudnianiu zadania bramkarzowi był Marcin Kolusz. Stanie i zasłanianie bramkarzowi widoczności stanowi najnieprzyjemniejsze i najbardziej niebezpieczne miejsce hokejowych pojedynków. Trzeba być odważnym, by nie oberwać krążkiem od swojego zawodnika, który wypali  petardę z łopatki kija.  Bramkarz ma ograniczone pole widzenia i zazwyczaj nie ma szans obrony.
 
Znalazłoby się jeszcze kilku graczy od czarnej roboty, tej ostrzejszej z użyciem pięści,  ale to już zostawiam na inne opowiadanie.
 
Stefan Leśniowski
          
 

Komentarze







reklama