05.08.2025 | Czytano: 6218

Nie wierz, nie ufaj – czyli wkręceni

Stało się! Zanosiło się na to od dawna. Najbardziej utytułowanego hokejowego klubu w Polsce i najstarszego uczestnika zabraknie w ekstraklasie. Nadzieja, że MMKS wystąpi w pierwszej lidze, ale… to jeszcze nic pewnego.



Było w historii klubu wiele momentów, kiedy lały się łzy szczęścia, bo Podhale aż 19 razy świętowało zdobycie najcenniejszego trofeum – mistrzostwa Polski. Było też sporo  medali w  dwóch pozostałych kolorach. Wtedy zawsze były łzy szczęścia zawodników,  trenerów, działaczy i kibiców.   Cóż, czas łez jest bezsprzecznie wpisany  w kibicowski los. Bo kiedy we wspomnienia odchodzi jedna z najważniejszych, najbardziej zasłużonych drużyn hokejowych w Polsce - to kapiące jak grochy łzy nie są żadnym powodem do ujmy. Nastał czas płakania. Czasami o coś walczymy, czegoś bardzo pragniemy, ale okazuje się, że życie przygotowało dla nas inny plan.  
 
„Życie jest małą ściemniarą… Nie wierz, nie ufaj…” – to fragment tekstu piosenki z filmu „Wkręceni”. Oddaje to co się z tym zasłużonym klubie działo. Ściema i jeszcze raz ściema.  Ściemniano wszystkim i o wszystkim. Obietnice bez pokrycia, mydlenie wszystkim oczów – to była główna działalność „władców” KH Podhale w ostatnich pięciu sezonach.   Mówiąc tekstem piosenki z filmu „Wkręceni”, nie należy wierzyć i  ufać prezesem, ale nie tylko, bo rządzącym również.  Realizacji obietnic  trudno było od nich  wymagać.  Dlatego ostatni prezes zgasił światło. Co prawda w oświadczeniu twierdzi, że KH wróci, zbudowane od nowa, ale – jak wyżej – nie wierz, nie ufaj. Bo jak ufać, kiedy na potęgę wszystkich wkręcali. Niemniej jeszcze raz będę ściskał  kciuki za powrotem.
 
Wkręceni zostali zawodnicy, którzy dali się nabrać na obietnice prezesów, a którzy z nich się nie wywiązywali.  Podpisywali kontrakty bez pokrycia i trudno było (jest) odzyskać pieniądze za wykonaną pracę. Zostali oszukani.  Mieli  podpisane umowy z zarządem, a działacze wielokrotnie zapewniali, że zaległości zostaną wypłacone w określonych terminach.  Prezesi nie przejmowali się tym, że zawodnicy też mieli zobowiązanie.  Najgorsze, że pozostaje wstyd, wstyd w oczach kibiców nie tylko swoich, ale w całym kraju. Obcokrajowcy też w przeszłości nie będą polecać klubu, jeżeli jeszcze się odrodzi.  Odbudować zaufanie będzie bardzo, ale to bardzo trudno.
 
Wkręceni zawodnicy musieli płacić za rehabilitację z własnej kieszeni. To ewenement  w sporcie zawodowym, a w dodatku w tak narażonym na urazy.  To nie wszystko! Brakowało im  podstawowego wyposażenia do wykonywania zawodu. Zawodnicy musieli wymieniać się między sobą kijami hokejowymi!  Dimitrij Załamaj nie miał sprzętu i wypłaty, zresztą nie tylko on. Tymczasem w klubie ściemniano, że jest kontuzjowany!
 
Wkręcani byliśmy przez wszystkich prezesów w ostatnich pięciu latach. Na tym stołku był ogromny ruch. Jeden prezes  jeszcze  dobrze nie zagrzał fotela, a już zasiadał na nim kolejny, kolejny. Wszyscy chcieli szybko odnieść sukces, ale w sporcie tak to nie działa. Sposób zarządzania odbiegał od standardów, jakie obowiązują w tradycyjnym biznesie. W sporcie trzeba cierpliwości, planu i wiedzy jak to funkcjonuje. Nie wiedzieli i polegli.
 
Wkręceni zostali młodzi gracze, którzy mieli być przyszłością klubu, ale musieli szukać schronienia w innych klubach.  Prezesi postawili na obcy zaciąg. Tymi ruchami, w ostatnich pięciu latach, zniszczyli fundament klubu, który do niedawna słynął z pracy z młodzieżą. Z  każdą wypowiedzią na ten temat,  strzelali sobie w kolano.
 
Wkręcony został Dave Allison przez prezesa Mateusza Gacka. Zatrudnił  trenera z ojczyzny hokeja, ale… Kanadyjczyk szybko został skrytykowany przez wiceprezesa Krzysztofa Wajsaka   jeszcze nim sezon się zaczął. „Po kilku meczach będziemy wyciągać wnioski” – wyjawił po okresie sparingów. Nie lada  pospiech. Chciał postraszyć Kanadyjczyka?  Ten zapewne pomyślał „strachy na Lachy, teraz wy macie problem”. Wiceprezesowi wyraźnie zabrakło dyplomacji. To tylko świadczy o tym, że ci ludzie nie nadawali się na te stanowiska.  Allison był miesiąc i okazał się świetnym obserwatorem. Zauważył to co niektórzy nie chcieli zauważyć, bo woleli mieć klapki na oczach. 
 
Wkręceni zostali kibice, którym przed sezonem obiecywano powrót „Szarotek” na medalową ścieżkę. Wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej, zapowiadano przełomowy sezon. Starannie, na miarę możliwości budżetowych, dobierano kadrę. Tak przynajmniej twierdzono. Trafiło do zespołu  kilku wartościowych ligowców, którzy mieli coś do udowodnienia. Kibice się mocno jarali, że „teraz to my w lidze będziemy rządzić, a jeśli nie, to solidnie namieszamy.”  Ufny kibic nabrał się w te piękne słówka i kupował karnety na potęgę.  Szły jak świeże bułeczki, a potem okazało się, że fani zostali nabici w butelkę.  Wielu zachłysnęło się – jak napisali na transparencie – „wizją i fantazją włodarzy bez pokrycia”, po tym, gdy okazało się, że zespół budowany z myślą o sukcesach, po niespełna miesiącu, rozpadł się.  Byli też kibice,  którzy zaciekle na forach internetowych  bronili przez pięć lat „dzielnych” prezesów. Nie zauważali, że te działania tylko  pogrążają klub.
 
Wkręceni zostaliśmy obietnicami o pociągnięciu do odpowiedzialności tych, którzy zrobili bajzel w klubie, którzy zadłużyli go na blisko 3 mln. złotych.  Prawie rok mija i o efektach cisza. Jedynie MMKS podjął stanowcze kroki, kierując do prokuratury wniosek o możliwości popełnienia przestępstwa przez osoby wcześniej zarządzające klubem. Jak mi powiedział jeden z członków zarządu MMKS Podhale, codziennie z szafy wypadają trupy, o których wcześniej nikt nie wiedział.
 
Wkręceni zostaliśmy  zaangażowaniem indywidualnych sponsorów, którzy wygłaszali wielkie mowy, że kochają klub, że mają go w sercu,  a którzy potem chyłkiem  się wycofali i jeszcze chcieli zwrotu pieniędzy.  Zdecydowana większość graczy musiała płacić za korzystani z siłowni, która była jednym ze sponsorów klubu. Zawodnicy zmuszeni byli zakupić karnety za 160 złotych miesięcznie. Mimo to reklamy siłowni cały czas widniały na lodowisku. Ściemniano, że wielki sponsor jest tuż, tuż. Przyjedzie na białym koniu. Nie przyjechał. Firma Mlekovita się wycofała. Padły też rozmowy z Tatyski. Biscy sprawy twierdzą, że prezesi nie potrafili przedstawić biznesplanu, który zadowoliłby menadżerów tych firm.  Brak profesjonalizmu wytknął prezesom m.in. Damian Tomasik, który kończy karierę. 
 
Wkręceni przez doradców klubu, którzy chcieli pomagać, a – wyszło jak wyszło. Bardziej szkodzili. Za dużo takich doradców od pewnego czasu kręciło się wokół klubu. „Nigdy nie widziałem tylu ekspertów czy jak kto woli doradców wokół drużyny, ilu widziałem w Nowym Targu”  - dodał na odchodne kanadyjski trener. Doradcy okazali się niskiego  lotu. Co doradzali? Chyba nie to jak zgasić światło.
 
Wkręceni kibice przez brak informacji  co dzieje się w klubie. Jak czeka go przyszłość?  Jakie kroki są podejmowane dla jego ratowania? Nikt o tym kibiców nie informował. Media społecznościowe Podhala to jakaś kpina.  Dziennikarze próbowali się skontaktować z prezesem, ale ten gdzieś głęboko się ukrył. Nie odbierał telefonów od nikogo. Kierownik drużyny skarżył się, że  przed Świętami Bożego Narodzenia próbował się skontaktować z prezesem, by odzyskać choć część pieniędzy. Nic nie wskórał i… zwolnił się.  
 
Wkręceni przez Miasto, które przy każdej okazji powtarzało, że jest głównym  sponsorem „Szarotek”. Kładło nacisk na słowo „główny”, więc też jest winne upadku, bo nie dopilnowało co się działo z ich milionami, które przelewało. Nie wydawali swoje, więc nie kontrolowali – powiedział mi jeden z mieszkańców.   Zadziwiająca sporawa.
 
Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama