04.03.2024 | Czytano: 3341

THL. Wrócą jeszcze do Tychów?

Pierwsze ćwierćfinałowe mecze przyniosły zaskakujące rozstrzygnięcia. Niestety o niespodziankę nie postarały się „Szarotki”.


 
Tyska drużyna wybrała za rywala Podhale. Dwumecz zakończył się sukcesem tyszan. W pierwszym meczu było sporo emocji i dogrywka, ale poziom nie powalił nikogo na kolana. Zaś w drugim starciu nikt  nie miał wątpliwości kto był lepszy. Nowotarżanie mieli swój plan na dwumecz z Tychami, ale w obu przypadkach nie wypalił. Zagrali za bardzo defensywnie, a okazało się, że tyszanie wcale nie byli tacy groźni. Mieli swoje problemy w defensywie i ofensywnie, których górale nie potrafili wykorzystać. Szkoda. Do trzech razy sztuka. Może we wtorek „Szarotki” ograją hokeistów z piwnego miasta. Czy wrócą jeszcze do Tychów? Warunek – trzeba wygrać co najmniej jedno spotkanie na własnym lodzie.
 
Mało kto oczekiwał
 
Hokeiści GKS Katowice bronią tytułu mistrzowskiego, a do play-off przystępowali z pierwszego miejsca. Zagłębie Sosnowiec było najniżej rozstawione i pierwsze spotkanie w Satelicie przegrało zdecydowanie 2:5, zapewniając sobie wygraną już w pierwszej odsłonie.   Drugi mecz miał być także formalnością, tymczasem zakończył się sensacyjnym zwycięstwem gości. Katowiczanie wystąpili bez dwóch kontuzjowanych obrońców - Macieja Kruczka i Santeriego Koponena, ale nie tłumaczy to przebiegu meczu. Sosnowiczanie na  pokonanie katowiczan (4:1) czekali aż 737 dni! Trudno się dziwić ogromnej radość podopiecznych Piotra Sarnika.
 
W małopolskich derbach remis
 
 Trzeba przyznać, iż wybór Cracovii przez oświęcimian był dla wielu zaskoczeniem. Przez poprzednie sezony Cracovia przez play off wymieniała często pół składu więc rywale woleli jej unikać. W tym sezonie tego manewru krakowianie nie powielili.  Unia wzięła więc  „Pasy” na pierwszy ogień i w piątek się mocno sparzyła. Chyba mało było takich, którzy stawiali na „Pasy”, które w sezonie zasadniczym miały swoje problemy i raczej ich gra nie powalała. Ale to play off i podopieczni Rudolfa Rohaczka zmobilizowali się, wznieśli się na wyżyny umiejętności i w pierwszym meczu uciszyli kibiców Unii. Ci również w rewanżu nie mogli spokojnie oddychać, bo spotkanie miało swoją dramaturgię i wicemistrz sezonu zasadniczego potwornie się męczył. Nie wystarczyło 80 minut zmagań, by rozstrzygnąć losy spotkania. Dopiero w karnych drużyna z Oświęcimia wytargała zwycięstwo.
 
Konia z rzędem temu, kto…
 
Swojego trenu nie wykorzystali jastrzębianie. Konia z rzędem temu, kto stawiał, że torunianie będą wracać do domu z dwoma zwycięstwami. Pierwsze spotkanie (wygrane 2:3 przez torunian) można nazwać prawdziwą „hokejową bitwą”. Było w tym meczu nie tylko hokejowe fajerwerki, ale także boksersko –zapaśnicze. Te ostatnie przyniosły nie tylko wykluczenia, ale także kontuzje. Najbardziej ucierpieli torunianie. Julius Pohjanoksa i Mateusz Zieliński wypadli ze składu, z drugiej strony Michał Zając. Problemem przed drugim meczem była obsada bramki. Kto się tego spodziewał? Energa Toruń bez podstawowego bramkarza po raz drugi lepsza od JKH.  Kontuzjowanego Pohjanoksa zastąpił – i to jak – Mateusz Studziński. Rezerwowy bramkarz okazał się jednym z bohaterów piątkowego meczu, a w sobotę był jeszcze lepszy! Popularny „Studnia” był zaporą nie do przejścia przez 60 minut dla napastników JKH. Nieważne, mocne strzały z dystansu, sytuacja sam na sam, toruński bramkarz wyciągał wszystko, a gdy był w tarapatach, to też pomagało mu szczęście. Zachował czyste konto. Tymczasem jedynego gola zdobył Danił Łarionovs.  Faworyzowany zespół z Jastrzębia stanął przed przepaścią
 
Stefan Leśniowski
 
 
 
 

Komentarze









reklama