19.02.2010 | Czytano: 1239

Trzy razy z rzędu

Który klub w Polsce najlepiej pracuje z hokejową młodzieżą? Ten kto śledzi zmagania hokeistów wszystkich szczebli nie będzie miał problemów z trafną odpowiedzią. Oczywiście, że MMKS Podhale Nowy Targ! W niedawno zakończonych mistrzostwach Polski juniorów młodszych „Szarotki”, po raz trzeci z rzędu, sięgnęły po mistrzowską koronę.

Nie jest to rekord, bo był okres, że siedem pod rząd nowotarżanie stawali na najwyższym stopniu podium. Zaś 22 razy w historii oficjalnych mistrzostw Polski. To kolejny rekord godny odnotowania. Rzadko kiedy zabrakło „Szarotek” na podium. Taki przypadek odnotowano w 1996 roku i cztery lata temu.
 
Twórcą ostatnich trzech sukcesów jest trener Łukasz Gil, trener skromny, który nie pcha się na afisz, ale robi swoje. Pracy ma co niemiara, bo co roku musi budować nową drużynę. W tym roku inną ekipą ograł sezon zasadniczy, a inną finały. To jeszcze jeden dowód na to, że młodzieży nie brakuje w klubie z szarotką w herbie. W sezonie zasadniczym jego podopieczni mieli wzloty i upadki.
 
- W porównaniu z ubiegłym sezonem, zespół zmienił się kadrowo w 90% - mówi Łukasz Gil. – Doszli zawodnicy z dołu i z Sanoka, którym brakowało ogrania w wielkich imprezach. Dopiero u nas zdobywali doświadczenie, poczynili wyraźne postępy. Sezon regularny to całkiem inna bajka niż finały. W nich połowę zawodników wymieniono. Doszli gracze, którzy występowali w pierwszej lidze i ze „szkółki”.

- Grupę eliminacyjną przeszliście bez zgrzytów, za to w półfinale fanom waszej drużyny długo cierpła skóra.

- Półfinał rządzi się innymi prawami. Tutaj się gra o być, albo nie być. Przegrywasz i nie grasz już o najwyższe cele. Dochodzi więc stres. Chłopcy zdawali sobie sprawę ze stawki meczu, wyszli skoncentrowani i z emanującą wolą zwycięstwa. Niestety szybko zdobyta bramka, zbytnio ich uspokoiła. Byli święcie przekonani, że łatwo pójdzie. Takie myślenie się zemściło. Sosnowiczanie w połowie meczu prowadzili już 4:1, a nasza gra nie wyglądała dobrze. Przeciwnik grał jeszcze przewagi pięciu na czterech i pięciu na trzech. Gdyby wtedy zdobył piątego gola, to zapewne byłoby po meczu. Na szczęście to my wykorzystaliśmy przewagę. Nastąpiła pełna mobilizacja i w trzeciej tercji przechyliliśmy szale zwycięstwa na swoją stronę.

- Co powiedziałeś w przerwie zawodnikom, że przeszli ogromną metamorfozę?

- W każdej przewie staram się mobilizować chłopaków. Wiem, że stać ich na dobrą grę, tylko trzeba do nich dotrzeć. Udało mi się i ostatnią odsłonę wygraliśmy 4:0.

- Finałową potyczkę również zaczęliście od dwóch bramek w „plecy”.

- Z impetem rozpoczęliśmy mecz, lecz straciliśmy dwie frajerskie bramki. Przy pierwszej bramkarz jeszcze się nie obudził, bo przepuścił strzał oddany zza obrońcy, który ledwo do bramki doleciał. Przy drugim przeciwnik trzy razy dobijał, a obrońcy chyba stawiali zakłady czy strzeli, czy też nie. Od drugiej tercji przystąpiliśmy do kontrofensywy, objęliśmy prowadzenie 5:3 i... zapewne chłopcy znowu pomyśleli, że jest po wszystkim. Dwie pierwsze zmiany i zrobiło się 5:5. Gdańszczanie nie stworzyli żadnego zagrożenia, to my im sprezentowaliśmy „życie”. Dobrze, że szybko odpowiedzieliśmy szóstą bramką i kolejne minuty potoczyły się już po naszej myśli.

- Kto zasługuje na wyróżnienie?

- Każdy w mniejszym lub większym stopniu dołożył cegiełkę do zwycięstwa. Niemniej pierwszy atak Michalski Kolasa Wcisło i Damian Kapica, który wystąpił w pierwszym i ostatnim meczu, ciągnęli grę w ważnych momentach. Zdobyli dla nas 80% bramek. Szkoda, że sezon się w lutym skończył. Powinien trwać do maja. Będziemy starali się grać mecze towarzyskie i turnieje, ale to przecież nie to samo co walka o „coś”.

Stefan Leśniowski

Komentarze







reklama