15.12.2020 | Czytano: 7103

O nim się mówi. Nie taki kelner

„Mistrzowie się nie rodzą, oni są stworzeni”, „Możesz latać bardzo wysoko”- takie motta w języku angielskim ma wytatuowane na ciele bohater minionego weekendu w skokach narciarskich, Andrzej Stękała z Dzianisza.

 


 
No i pofrunął wysoko i daleko. Udowodnił, że ma papiery na świetnego skoczka. Podczas lotów w Planicy był rewelacją. Bez jego świetnych skoków w drużynie nie byłoby brązowego medalu. Był zaledwie o 1,4 pkt. słabszy od Piotra Żyły, ale już w pokonanym polu postawił naszych utytułowanych skoczków – Kamila Stocha i Dawida Kubackiego. Dodajmy, iż pokonał ich z dużą przewagą. Kamil Stoch  przyznał, iż chłopak z Dzianisza wyciągnął drużynę za uszy na podium. Takie słowa z ust wielkiego mistrza, to jest coś. A Piotr Żyła dodawał: - Andrzej, ale ty mi zaimponowałeś.  
 
Sam jest bardzo skromny. Twierdzi, że nie uważa się za bohatera.  - Po prostu skoczyłem swoje. To koledzy z drużyny są dla mnie bohaterami – mówił mocno wzruszony  dziennikarzowi Eurosportu. – Nie wiem co mam powiedzieć. Chciałbym dziś wszystkim dziękować i dziękować
 
A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno został skreślony z kadry za czasów poprzedniego selekcjonera Austriaka Stefana Horngachera.  Przeżywał trudny okres, bo wtedy  zmarł mu tata. Przyznaje, że miał momenty załamania, ale też w tym trudnym dla niego okresie pomocną dłoń podała mu rodzina, przyjaciele i trenerzy. Oni nie pozwolili mu się załamać. Halina Zapotoczna, właścicielka karczmy „Chata Zbójnicka” dała mu pracę, a potem wspierała w powrocie do skoków.   – Ileż jest siły w ludziach – zauważył. -  Wspólnie daliśmy radę. Zawsze byłem walczakiem, ale brakowało mi cierpliwości. Nawet wytatuowałem sobie słowo „patience”, oznaczające  cierpliwość – wyjawia.  
 
Po ostatnim skoku w konkursie drużynowym dał upust wielkich emocji, które w nim siedziały i wykrzyczał  „Koniec!”. Był dumny, że wytrzymał wielką presję jaka na nim ciążyła. Eksperci obawiali się czy skoczek z Dzianisza wytrzyma napięcie i nie zawali ostatniego skoku. Wytrzymał i  w nagrodę dostał brązowy medal.  – Atmosfera zawodów, sytuacja jaka się wytworzyła, to wszystko sprawiło, iż wszystko we mnie buzowało.  Ten medal jest bardzo ciężki. Jest w nim dużo serca, pracy i wyrzeczeń – zaznacza.
 
Kilka dni temu o tym chłopaku, który na co dzień pracuje jako kelner w zakopiańskiej karczmie „Chata Zbójnicka”  i jest posiadaczem tatuażu z …. Lewisem Hamiltonem, niewielu kibiców skoków o nim pamiętało. Zaczęto sobie o nim przypominać po Pucharze Świata w Wiśle. Przed mistrzostwami świata w lotach wydawało się, że znacznie wyżej u trenera Doleżala stoją notowania Klemensa Murańki. O wszystkim jednak zdecydowały czwartkowe treningi. O tym, że Stękała załapał się do konkursu zdecydował jeden skok. Pokazał, że z tej dwójki on jest najmocniejszy, że jest w gazie. A później stało się coś, czego chyba sam się nie spodziewał.  Skakał znakomicie w konkursie. Dwa znakomite skoki 228 i 229 metrów potwierdziły, iż w 25-latku drzemią olbrzymie możliwości.  Gdyby z drużynówki policzyć tylko indywidualne osiągniecia, to uzyskałby dziewiątą notę w stawce. W jego zasięgu był szósty Robert Johansson, który był lepszy od skoczka z Dzianisza zaledwie o 3,7 pkt.
 
Teraz czekają go kolejne wyzwania. Jeśli jest się w takiej formie, chciałoby się skakać, skakać. Najbliższy weekend będzie miał okazję skakać w Pucharze Świata z szwajcarskim Engelbergu. 
 
Stefan Leśniowski
Zdjęcie Tadeusz Mieczyński / PZN
 

Komentarze







reklama