15.11.2020 | Czytano: 2474

MHL. Na kolanach do Częstochowy (+ zdjęcia)

Nie można było narzekać na nudę oglądając mecz. Było w nim mnóstwo zwrotów akcji, nieprawdopodobne pudła, ekscytująca końcówka i dogrywka.


 
Gospodarze dali sobie strzelić dwa gole w pierwszej odsłonie i potem mozolnie odrabiali stratę.  Nawet jak goście grali w osłabieniu, to czarny kauczukowy przedmiot nie chciał wpadać do sanockiej bramki. Powody były dwa. Pierwszy to dobre i szczęśliwe interwencje bramkarza, a drugi – rozregulowane celowniki górali.  W 50 minucie gospodarze zdobyli kontaktowego gola i to w dość niespodziewanych okolicznościach. Grali w osłabieniu i wyprowadzili zabójczą kontrę. Wreszcie też wykorzystali przewagę. 53 sekundy przed zakończeniem trzeciej tercji Jacek Szopiński wycofał bramkarza, a jego podopieczni  doprowadzili do wyrównania i dogrywki.  W niej zwycięską bramkę zdobyli goście.


 
- Żeby nie mieć tak szczęścia, to niewyobrażalne.   Przy tylu stuprocentowych sytuacjach jakie mieliśmy i nie wygrać, to sanoczanie powinni na kolanach udać się do Częstochowy– mówi Jacek Szopiński. – Liczą się jednak  gole. Pierwsza tercja wyrównana. W strzałach 9:8 dla nas, ale przegrana 0:2. Dwa razy Sanok nas skontrował. Raz w sytuacji dwa na jeden, za drugim razem trzy na dwa. Od drugiej tercji nasza przewaga była olbrzymia. 18:8 w strzałach. Mieliśmy w tym okresie trzy sytuacje sam na sam, kilka razy nie potrafiliśmy umieścić krążka w pustej bramce, gdy graliśmy w przewadze. Rywal ledwo zipał. Zapewniałem chłopaków w przerwie, że ich dojdziemy. W trzeciej tercji cały czas graliśmy w tercji przeciwnika. W końcu udało się strzelić gola w osłabieniu. Później znowu zmarnowaliśmy masę niewyobrażalnych wręcz   sytuacji.  Krążek jak zaczarowany  nie chciał wpadać do bramki. Wystarczyło tylko dołożyć kija, a on nad nim przeskakiwał. Wycofałem bramkarza. Mocne było oblężenie i ono przyniosło wyrównującą bramkę. Jeszcze w ostatniej minucie mieliśmy dwie klarownego sytuacje, z których powinniśmy  zdobyć zwycięskiego gola. Już na dogrywkę  przeciwnik złapał karę i wydaje mi się, że ten moment był decydujący. Graliśmy w czwórkę przeciwko trójce rywali, który  heroicznie się bronił. I się wybronił. Rywal brał krążki na ciało, albo bramkarz  je łapał. W końcówce goście oddali jedyny strzał na bramkę i zakończył się golem. Tak to często w sporcie bywa. Mogę jednak powiedzieć, że ten mecz, w porównaniu z Toruniem, był zupełnie inny w naszym wykonaniu. Inne było zaangażowanie chłopaków, którzy chcieli wygrać. Zawodnicy powinni się przekonać, że mistrz Polski nie taki straszny. Tym bardziej, że sanoczanie mają zespół wiekowo straszy. My mamy dziurę we właściwym roczniku. Myślę, że chłopcy przekonali się, że nie ma przeciwników, z którymi nie da się wygrać. Charakter pokazali, a jedynym minusem jest to, że zeszliśmy z lodu pokonani.


 
MMKS Podhale Nowy Targ – Niedźwiadki Sanok 2:3 D (0:2, 0:0, 2:0; 0:1)
0:1 Mazur – Pisula (5:05)
0:2 Łyko – Szałajko (10:43)
1:2 J. Malasiński – Luberda (49:12 w osłabieniu)
2:2 Plewa – Kamieniecki (59:07 w przewadze)
2:3 Dulęba – Bar – Fus (63:54)
MMKS Podhale: Polak – Wikar, Szlembarski, J. Malasiński, Długopolski, Plewa -  Żurawski, Nykaza, Trzebunia, K. Malasiński,  Jarczyk – Sulka, Sarnik, Leja, Siuty, Worwa – Kamieniecki,  Sokół, Pudzisz, Luberda,  Danel.    Trener Jacek Szopiński.
Niedźwiadki: Myrdak – Najsarek, Koczera, Pisula, Radwański, Szałajko – Bar, Rocki, Piankrat, Stanko, Dulęba – Steczkowski, Orzechowski, Skopiński, Kopiec, Mazur – Starościak, Dusznik, Łyko, Fus, Żółkiewicz. Trener Krzysztof Ząbkiewicz.
 
Stefan Leśniowski
Zdjęcia Andrzej Pabian
 

Komentarze







reklama