20.10.2020 | Czytano: 11160

Wielki żal. Wspominamy Marka Żołędzia

W poniedziałek dotarła do nas wiadomość, która zwaliła nas z nóg. Marek Żołądź nie żyje. Był bardzo bliski wielu osobom i to nie tylko tym, którzy związani są z futbolem.



 
Jak ogromna była to więź wiedzą tylko ci, którym bezpośrednio przyszło zetknąć się z tym nietuzinkowym człowiekiem, piłkarzem i trenerem.
 
- Cała Tylmanowa jest w żałobie. Dziewczęta w  szkole aż wyły z płaczu. Był to wspaniały człowiek, wychowawca, lubiany przez młodych, z którymi miał świetny kontakt. Miał podejście do dzieci.  Przyjaciel, dusza  trener i człowiek. Dla mnie był jak brat. Skory do żartów, taki jak to się mówi do tańca i różańca. Młody człowiek, wysportowany. W środę dowiedział się, że jest chory na białaczkę. W poniedziałek w południe jak dzwoniliśmy do niego, to mówił, że walczy.  Kilkanaście godzin później dotarła do nas smutna wiadomość. Przeżyłem różnych trenerów, nauczycieli, ale ten był wyjątkowym człowiekiem. Wszyscy go szanowali, w klubie, szkole, gminie – wspomina go wieloletni kierownik drużyny Lubania, Józef Chlebek.
 
Współpracownikiem Żołędzia w NKP Podhale był Grzegorz Hajnos. On powołał go na swojego asystenta.
 -  Była to osoba, której zawdzięczam w dużej mierze, że dzisiaj  jestem trenerem. On zaproponował mi współpracę w NKP Podhale i to było otwarcie mojej drogi szkoleniowej. To mój pierwszy nauczyciel w tym  zawodzie. Nauczył mnie jak współpracować z ludźmi, jak szanować drugiego człowieka, jak walczyć o swoich piłkarzy. Bardzo przyjaźnie podchodził do swojej pracy, mimo iż nie zawsze się nie układało, to zawsze był uśmiechnięty, serdeczny dla otaczających go ludzi. Tego się od niego nauczyłem. Do wczoraj bardzo często się z nim  kontaktowałem jak miałem jakiś problem.  Jak miałem wątpliwości jak postąpić. Był pierwszą osobą do której dzwoniłem. Nigdy nie odmówił pomocy -  mówi Grzegorz Hajnos.  
 
„Żyjemy tak długo, jak długo żyje pamięć o nas”.
 
Do tej refleksji dochodzimy zawsze wtedy, gdy odchodzi ktoś bliski. Po śmierci wychowawcy i nauczyciela przychodzi smutek i czas na zadumę.
 
- Jestem zaskoczony. Jest mi niezwykle miło – to były  pierwsze słowa Marka Żołędzia, po ogłoszeniu zwycięzcy Plebiscytu PPPN i Sportowego Podhala na trenera 2011 roku. – Jako piłkarz wygrywałem, a teraz jako trener. Nie wiem czy zasłużyłem na takie wyróżnienie.
 
Jak zwykle przez Marka przemawiała skromność. Bo taki był przez swoje krótkie życie. Miał zaledwie 45 lat.   Na Podhale ściągnęła go piłka. Szybko stał się wyróżniającym piłkarzem. Z jego strony rywalom zawsze groziło największe niebezpieczeństwo. Znany był z bardzo dobrego wykonywania rzutów wolnych. Porównywano go wówczas do madryckiego Carlosa. – Ten facet to ma kopyto – często można było usłyszeć na trybunach. Fachowcy dodawali: - Marek to doskonała ilustracja inteligentnego i technicznego futbolu. Jestem pełen uznania dla jego sposobu gry, przeglądu sytuacji i orientacji. Spokój, opanowanie w grze, dobre wykonywanie zadań taktycznych i wszechstronność - tak mówił o nim Marek Kusto, gdy prowadził Huragan Waksmund. Bo Żołądź piłkarską karierę na Podhalu rozpoczynał od tego właśnie klubu.
 
Urodził się 24 kwietnia 1975 roku w Niecieczy i tam, w miejscowym klubie LKS, stawiał pierwsze piłkarskie kroki. - Kiedyś miałem kłopot, żeby wytłumaczyć skąd pochodzę. Teraz przez drużynę Termalica Bruk Bet wszyscy już wiedzą gdzie sięgają moje korzenie. Tam mam rodzinę, którą często odwiedzam – mówił.
 
Po ukończeniu podstawówki rozpoczął naukę w technikum elektrycznym w Tarnowie. Wówczas występował w juniorach Unii i w IV- ligowych rezerwach „Jaskółek”. Spędził tam pięć lat. Z unitami wywalczył awans do trzeciej ligi, ale w niej nie zagrał, gdyż dostał się na studia w krakowskiej AWF. W trakcie studiów grał w Podgórzu Kraków, by za namową Andrzeja Lizaka, kumpla z Żabna, przenieść się do Huraganu. Trenerem był wtedy Marek Kusto. Niestety, sławetna powódź w 1997 roku zalała obiekty Huraganu i zespół po rozegraniu kilku spotkań na nowotarskim stadionie wycofał się z rozgrywek. Żołądź trafił do Świtu Krzeszowice, a następnie reprezentował barwy Proszowianki i Górnika Wieliczka. W barwach tego ostatniego klubu rozegrał zaledwie kilka spotkań w trzeciej lidze i... – Rozerwała mi się łąkotka – wyjaśniał. – Po skończeniu studiów wróciłem na Podhale, bo byłem zawodnikiem Huraganu. Grałem w nim sezon. Za namową Grześka Cholewy, również piłkarza z Żabna, przeniosłem się do Lubania Maniowy. Mieliśmy wtedy bardzo mocną pakę. Był Jurek Kowalik i Zdzisław Strojek.
 
Dyplom trenera piłki nożnej sprawił, iż rozpoczął pracę w Tylmanowej z trampkarzami, juniorami, a potem z A-klasową drużyną. Drużyny grające pod jego skrzydłami zmieniły styl gry, który przypadł do gustu kibicom.
 
- Preferuje piłkę ładną dla oka i skuteczną – wyjawiał trenerskie credo. – Stawiam na kreatywność, na odwagę, na takich piłkarzy, którzy radzą sobie w trudnych sytuacjach boiskowych. Futbol oparty na dużej wymienialności pozycji i podań.
 
PZW, to żaden związek wędkarski, tylko sposób na grę przyjazną kibicowi. P – przyjmij, Z – zagraj, W – wyjdź na pozycję. To dewiza byłego trenera NKP Podhale, która zdała egzamin podczas pracy w tylmanowskim i maniowskim Lubaniu. Na podhalańskich boiskach był to ewenement, bo atak pozycyjny nie istnieje. Gra głównie się toczy z pominięciem linii środkowej.  Tę dewizę gry wpoił swoim podopiecznym również  z NKP Podhale. To pod jego wodzą klub ze stolicy Podhala wykonał marsz z piątej do trzeciej ligi. To był ogromny sukces jego i nowotarskiego klubu. Dodajmy do tego, że dokonał tego piłkarzami z naszego regionu. Drużyna dostała trenera, który dał jej serce, doświadczenie i motywację do codziennej pracy. Godzinami można było z nim dyskutować o piłce. Ocenialiśmy wnikliwie prowadzone przez niego drużyny, ale także wnikliwie oceniał kolejnych selekcjonerów kadry, wyrażając opinie o trafności powołań.
 
Jaki był Marek Żołądź? O tym dowiecie się z jego alfabetu, który utworzył, gdy był trenerem Podhala. To nie są tak odległe czasy, by go nie odświeżyć. Oto co powiedział wtedy Sportowemu Podhalu.

A – jak Aneta

Żona, dzięki której założyłem rodzinę i osiadłem na Podhalu. Mieszkam w Tylmanowej. Poznałem ją, gdy grałem w Maniowach. Jej brat miał wesele i… zaiskrzyło między nami.

B- jak Bańkosz Wiesław

Dzieli nas spora różnica wieku, ale zaprzyjaźniliśmy się podczas moich występów w maniowskim Lubaniu. On był moim trenerem. Od niego zapożyczyłem credo piłkarskie. Polubiłem go jako człowieka. Był moim mentorem. Byłem nowicjuszem, gdy obejmowałem maniowian w czwartej lidze i nie ukrywam, że w wielu sprawach radziłem się trenera Bańkosza. On nigdy nie odmawiał pomocy, dzielił się swoją wiedzą, spostrzeżeniami i ogromnym doświadczeniem. Miał wpływ na moją wyobraźnię i dzięki temu mogłem się szkoleniowo rozwijać.

C – jak cerdo trenerskie

Piłka nożna jest prostą grą. Zagrywasz i wychodzisz na pozycję. To ma być łańcuszek, a na końcu futbolówka ma zatrzepotać w siatce. Staram się, aby moje drużyny zawsze grały ładny dla oka i skuteczny futbol. Żeby, jak to się kolokwialnie mówi, klepała, żeby piłka chodziła od nogi do nogi, żeby zawodnicy byli kreatywni, ruchliwi, wymieniali się pozycjami.

G – jak Górnik Wieliczka.

Jako zawodnik osiągnąłem w tym klubie najwyższy poziom rozgrywkowy. Zagrałem na poziomie trzeciej ligi za trenera Franczaka, ale… tylko pięć spotkań. Kontuzja nie pozwoliła na więcej, po prostu rozleciała mi się łąkotka. Po leczeniu i rehabilitacji trafiłem do Huraganu.

J- jak jakość.

Aby wymagać od drużyny dobrej jakości, trzeba dużo od siebie wymagać. Staram się przygotowywać do każdych zajęć, by były przemyślane i nakierowane na jakiś element przydatny w grze.

K – jak karne.

Jako zawodnik przyczyniłem się do braku awansu Lubania Tylmanowa. Dwa razy w barażach nie wykorzystałem rzutów karnych. Zawiodłem w najważniejszych momentach, a wcześniej „jedenastki” wykonywałem bezbłędnie. Zawiodłem, mimo iż byłem doświadczonym zawodnikiem, z odpowiednią ilością lat na karku. Było mi przykro, ale takie jest życie. Nieraz płata figle w najmniej odpowiednim momencie.

L – jak dwa Lubanie.

Bardzo mile wspominam okres pracy w Tylmanowej. Tutaj dostałem pracę nauczyciela wychowania fizycznego, to mój podstawowy zawód. Początkowo pracowałem w szkole podstawowej, później w gimnazjum. Byłem grającym trenerem. Awansowaliśmy do okręgówki, ale po roku spadliśmy. Zabrakło nam jednego punktu. Ten jeden punkt ciągle mnie prześladuje. W klasie A byliśmy w czołówce, dwa razy biliśmy się w barażach o awans, ale przegraliśmy. Z juniorami awansowałem do Małopolskiej Ligi Juniorów. Chłopcy przeżyli wspaniałą przygodę, bo piłkarsko ustępowaliśmy przeciwnikom. Nie było możliwości, by nawiązać równorzędną walkę z Wisłą czy Cracovią, ale jakiś punkcik zdobyliśmy. Dzięki temu kilku chłopaków zaistniało w wielkiej piłce. Z kolei w maniowskim Lubaniu spędziłem trzy i pół roku. Objąłem zespół w czwartej lidze, awansowaliśmy do trzeciej, w pierwszym roku utrzymaliśmy się, potem się nie udało. Nie dałem rady, a zrobiłem wszystko co było w mojej mocy. Oddałem się do dyspozycji działaczy, bo czułem, że nie potrafię wykrzesać bodźce, które spowodowałby, że drużyna będzie grała lepiej i skuteczniej. Rozmawiałem z działaczami na temat mojego odejścia, ale w trakcie rundy nie mogli znaleźć następcy. Prowadziłem zespół do końca rozgrywek. Spadliśmy. Szkoda. Już wcześniej planowałem, że będzie to mój ostatni sezon w Maniowach i bardzo chciałem zostawić zespół w trzeciej lidze.

N – jak Nieciecza

Moja rodzinna miejscowość. Kiedyś musiałem się mocno wysilać, by wytłumaczyć skąd pochodzę. Dzisiaj każdy kibic piłkarski o Niecieszy być może wie więcej niż ja. Państwo Witkowscy rozwinęli swoją firmę i zainwestowali pieniądze w futbol. Znajomi i rodzina ma z tego powodu mnóstwo satysfakcji, bo może oglądać klasowe drużyny. Ja też się cieszę, że coś tak fajnego tam się stworzyło i świetnie się kręci. Tam stawiałem pierwsze piłkarskie kroki. Do skończenia podstawówki grałem w grupach młodzieżowych.

M – jak Mościce.

Na dalszą naukę wybrałem się do Mościc, do technikum. Tam mieściła się siedziba Unii Tarnów. Znalazłem się w juniorach tego klubu i przez pięć lat pobytu doszedłem do seniorów. Ci wtedy występowali w drugiej lidze ( wtedy najwyższą klasą rozgrywkową w Polsce była I liga – przyp. aut.). Z kolei ci gracze, którym skończył się wiek juniora, w tym ja, grali w rezerwach. Wywalczyliśmy awans do trzeciej ligi, ale w niej nie zgrałem. Po skończeniu technikum rozpocząłem studia na krakowskiej AWF i nie mogłem pogodzić nauki z grą w piłkę na trzecioligowym poziomie. Przeniosłem się do Podgórza Kraków.

P – jak pasja.

Sport jest moją największą pasją życia. Pochłonął mnie do reszty. Piłka, zajęcia wychowania fizycznego w szkole – to mój żywioł. Robię to, co lubię. Piłka pociągała mnie od najmłodszych lat. Wybór technikum nie był związany z moją miłością do elektroniki, tylko celowym wyborem, by chodzić do szkoły położonej jak najbliżej stadionu. Cały czas myślałem o studiach na AWF, o zdobyciu trenerskich papierów. I tak się potoczyło moje życie.

T – jak talent.

Talent jest bardzo ważny, ale musi być poparty pracą. Samym talentem daleko się nie zajedzie. Mamy wiele przykładów utalentowanych młodych ludzi, którzy rozmienili swój talent na drobne, bo zabrakło charakteru i pracowitości. Trzeba mieć też dużo szczęścia, by trafić na dobrego trenera, by można było się prawidłowo rozwijać.

W – jak Waksmund.

Huragan, pierwszy mój klub na Podhalu. Trafiłem do niego, gdy tworzyła się czwartoligowa drużyna. Dołączyłem do zespołu w trakcie rozgrywek. Andrzej Lizak przyszedł do akademika i szukał zawodnika. W pewnym momencie znalazłem się w samochodzie trenera Marka Kusto, który jechał do Waksmundu. Po dwóch treningach stwierdzono, że się nadaję. W 1997 powódź zniszczyła boisko. Wydawało się, że przygoda z Huraganem dobiegła końca. Pisałem pracę magisterską i nie miałem czasu na piłkę, byłem też po rehabilitacji łąkotki, ale działacze Huraganu mieli dar przekonywania i namówili mnie do powrotu. Ustaliłem z nimi, że będę przyjeżdżał tylko na mecze. Indywidualnie przygotowywałem się w Krakowie. Wtedy Huragan występował w okręgówce, a zespół prowadził Grzegorz Bamburowicz.

Z – jak zwycięstwo.

Po to się trenuje, by drużyna zwyciężała. Zwycięstwo to jest esencja rywalizacji. W grupach młodzieżowych, gdzie uczy się grania, wyniki schodzą na dalszy plan. Jeśli w piłkę bawią się dorośli, to wychodzą na boisko, by wygrywać. Wymagają tego od piłkarzy działacze, trenerzy i kibice zasiadający na trybunach. Zwycięstwa budują atmosferę w zespole. Życzyłbym sobie, by zwycięstw zawsze było więcej niż porażek.

Stefan Leśniowski

 
 

Komentarze







Tabela - Klasa A

Lp Drużyna Mecze Punkty
1. Orkan Raba Wyżna 15 35
2. Skalni Zaskale 16 34
3. Zawrat Bukowina Tatrzańska 16 33
4. Lubań Tylmanowa 15 31
5. KS Zakopane 16 30
6. GKS Łapsze Niżne 16 29
7. Przełęcz Łopuszna 16 24
8. Orawa Jabłonka 16 21
9. Bór Dębno 16 20
10. Biali Biały Dunajec 16 18
11. Dunajec Ostrowsko 16 18
12. Gorce Rdzawka 16 17
13. KS Lokomotiv Chabówka 16 17
14. Wierchy Lasek 16 15
15. ZKP Asy Zakopane 16 11
16. Skawianin Skawa 16 10
zobacz wszystkie tabele

Terminarz

zobacz więcej
reklama