23.12.2019 | Czytano: 12080

Krzysztof Zapała: „Dziękuję i do widzenia”

- W Nowym Targu nikt nie zaproponował mi pożegnania. W Sanoku mogłem oficjalnie powiedzieć „dziękuję i do widzenia”. Bardzo fajnie, że ktoś mnie docenił – mówi Krzysztof Zapała.

Z hokejową karierą pożegnał się Krzysztof Zapała - wybitny reprezentant kraju, piękna karta w historii nowotarskiego i polskiego hokeja. Inspiracja dla młodych. To hokejowy bohater, któremu należy się ważne miejsce w historii Podhala i polskiego hokeja. Ostatni raz wystąpił w sobotę w meczu drugiej ligi słowackiej w…zespole z Sanoka. Zdobył zwycięską bramkę. Sanoczanie zakończyli potyczkę z Humenne najskromniejszą wygraną 1:0.

- Wróciłem z piekła – przyznał z jednym z wywiadów dla Sportowego Podhala.  Zmienił swoje życie. Stał się innym człowiekiem. Nie ukrywa, ż e dzięki córce.

– To będzie kawał grajka – mówili o Krzysztofie Zapale szkoleniowcy, gdy był w wieku juniora. Piękna jazda na łyżwach, przegląd sytuacji, zadziorność, dobra technika operowania kijem, no i zaskakujący strzał z nadgarstka. Postach bramkarzy. Aż milo się patrzyło, jak „Kazek” poruszał się na łyżwach, a raczej płynął po lodzie. Z taką lekkością. Potrafił na metrze odjechać obrońcy, oszukać go, puścić sprytnie krążek obok łyżwy i ośmieszyć rywala.

– Ma głowę do gry jak nikt. Potrafi z zegarmistrzowską precyzją przewidzieć jak rozwinie się akcja – mówił olimpijczyk, Bogdan Dziubiński.

Wrócił z mistrzostw świata U18, a trenerzy nie znaleźli dla niego miejsca w Podhalu. Musiał szukać szczęścia w Toruniu. Grał w pierwszej lidze. Zawodnik nie kryje, że był to okres, kiedy czuł się królem życia.

- Zapytałem, czy jest zdeterminowany, żeby zrobić pierwszy, a potem kolejne kroki w rozwoju. Odpowiedział, że tak. Słowa dotrzymał, trenował rzetelnie i systematycznie – tak mówił o nim w 2000 roku trener Podhala, Andrzej Słowakiewicz, który był pierwszym trenerem, który podał mu rękę.

- W moim życiu było zdecydowanie więcej ludzi, którzy wyciągali do mnie pomocną dłoń. Pamiętam rozmowę z Wiktorem Pyszem, gdy namawiał mnie, bym nie rzucał hokeja, bo byłem zdeterminowany do zakończenia kariery. Namawiał mnie bardzo mocno i nie żałuję, że dałem się przekonać. Pomagał mi nie tylko na lodowej tafli, ale także poza nią. Udzielał mi życiowych porad, a później powołał do drużyny narodowej.

Sezon 2006/07 był przełomem w życiu „Kazka”. Wywalczył pierwsze mistrzostwo Polski i po ostatnim meczu powiedział: - Zmieniłem opony na zimowe, by lepsza była przyczepność. Poważnie mówiąc, zaczął na serio, albo jak to woli profesjonalnie, podchodzić do tego co robi.

- Do tej pory traktowałem to jako zabawę – zwierzył się. - Jak się ma 18 lat inaczej się traktuje hokej niż w wieku 25 czy 30 lat. To był w moim życiu osobistym i sportowym szczególny rok. Wiele pozytywnych rzeczy się wydarzyło. Sportowo zdobyłem złoty medal, jedyny, który wisi w pokoju na ścianie, mimo iż mam jeszcze trzy w swojej kolekcji. One są jakby mniej wartościowe, chociaż ten z 2010 roku smakował niesamowicie i powinienem go stawiać wyżej. Jednak z perspektywy czasu, ten z 2007 stawiam wyżej.

„Życzę każdemu, żeby przeżył taki dzień”

Zapała to uosobienie spokoju, ważący każde słowo. Nigdy nie lubił być w centrum uwagi, chociaż na lodzie dowodził formacją, z racji gry na środku.
– W szatni nie byłem przywódcą - twierdzi. – Raczej typem człowieka spokojnego, chociaż nie stronię od żartów. Nie byłem duszą towarzystwa jaką był Martin Voznik czy Sebastian Łabuz. Nie wiem czy kiedykolwiek mój dowcip rozbawił dwudziestu chłopa w szatni.

Popularny „Kazek” wrócił na stare śmieci po pięcioletnim pobycie w Sanoku, dla którego zdobył dwa mistrzostwa Polski. - Były tytuły, Puchary Polski, ale przykro, że dzisiaj to już historia – mówi.

„Kazek” przyszedł do zespołu Podhala, w którym niewielu miał znajomych, z którymi kiedyś tworzył zespół, ale szybko się odnalazł. Młodzi mogli go podpatrywać i uczyć się. Przy trenerze Marku Ziętarze odbudował się. Znowu jak kiedyś błyszczał na lodzie, grał pierwsze skrzypce, zdobywał cudowne bramki. Dla Podhala zrobił wiele, ale to nie macierzysty klub go pożegnał.

Sanok zaproponował mu zakończenie kariery. Do uroczystego pożegnania doszło w minioną sobotę. - W Nowym Targu nikt nie zaproponował mi pożegnania. W Sanoku było bardzo przyjemne. Scenariusz sam się zbudował. Bardzo fajne przeżycie, życzę każdemu, żeby przeżył taki dzień, w którym działacze i kibice docenią co dla nich przez te lata gry zrobiłem. Czuję się wewnętrznie lepiej, bo mogłem oficjalnie powiedzieć „dziękuję i do widzenia”. Nie miałem od lipca takiej okazji. Bardzo fajnie, że ktoś mnie docenił - podkreśla.

Wyrzucony z Podhala
Przed aktualnym sezonem nic nie zapowiadało, że „Kazka” już nie zobaczą kibice w walce o ligowe punkty.  - Sam byłem w szoku – przyznaje zawodnik. - Po pierwszych zajęciach na lodzie podszedł do mnie trener Phillip Barski i powiedział: „ świetnie wyglądasz i bardzo się cieszy, że mam takiego grajka w drużynie. Razem zbudujemy wielkie Podhale”. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na drugi dzień wezwał mnie i zaczął mnie zwalniać. Jako powód podał brak pieniędzy. Powiedziałem mu, że on nie jest od tego i naszedł na to prezes Marcin Jurzec. Potwierdził wersję trenera. Oni nic więcej już nie mówili, tylko ja. Byłem wkurzony sytuacją, w jaki sposób została załatwiana. Zostałem wyrzucony z klubu, bo tak to trzeba nazwać. Nie szukałem nowego pracodawcy. Raz, że było późno, bo kluby miały dopięte składy, a po drugie oficjalnie zapowiadałem, że jak będę grał, to tylko w Podhalu. Dlatego przed sezonem odrzuciłem oferty z Katowic i Oświęcimia. Nie szukałem specjalnie nowego klubu. Były telefony, ale ucinałem, bo nie chciałem wyjeżdżać. Chciałem grać w hokeja, ale tylko w Nowym Targu.

„Wiktor Pysz pokierował moim życiem”

Zapała sporo trenerów spotkał na swojej drodze, w klubie i reprezentacji kraju. - Od każdego trenera czegoś nowego się nauczyłem - zaznacza. -  Każdy miał coś do przekazania wartościowego. Najbardziej godnym wyróżnienia był Wiktor Pysz, który pomagał mi pod wieloma aspektami. Był mi najbliższy. Pokierował moim życiem. Do tego grona zalicza się też Marek Ziętara. Jakbym miał wymienić po dwóch trenerów krajowych i zagranicznych, to byliby to: Wiktor Pysz i Marek Ziętara oraz Miroslav Fryczer i Igor Zacharkin.
Co sądzi o Tomku Valtonenie?  - Bardzo fajny człowiek. Z uśmiechem podchodzący do wszystkiego. Na przełomie 20 lat zbyt krótko z nim pracowałem, bo tylko sezon. W kadrze za jego kadencji nie grałem, bo początkowo mnie nie powoływał. Wcześniej mnie nie powoływał, bo chciał sobie pooglądać polskich zawodników. Zachłysnął się tym, że we wrześniu byli dobrzy zawodnicy, a w grudniu wyszło szydło z worka. Nie było zbyt wielu graczy nadających się do gry w koszulce z orzełkiem. Wtedy widział mnie w kadrze na mistrzostwa świata, ale odmówiłem, czekałem na urodziny syna. Po urodzeniu Stasiu był noszony i leniwie akceptował nowy świat.

Za metą

Nie wszyscy sportowcy za metą potrafią się znaleźć. „Kazek” wiele w życiu przeszedł i takie nagłe powieszenie łyżew na kołku go nie zaskoczyło. Potrafił sobie wcześniej poradzić w życiu, poradził sobie i teraz.

- Wszystko się zmieniło, cały cykl dnia i życia.   Miałem to szczęście, że jak mnie wyrzucili z klubu, to nazajutrz poszedłem do swojej pracy w firmie Homeland Design. Łagodne było to przejście. Nie usiadłem na kanapie i nie zastanawiałem się co teraz robić. Potem przyszedł pomysł z agencją. Mam co robić, dużo się wokół mnie dzieje, dużo więcej niż podczas gry w hokeja. Życie wygląda zupełnie inaczej. Mam to szczęście, że nie muszę nikogo słuchać i być komuś podporządkowany, nie licząc oczywiście skarbówki i ZUS. - śmieje się.

„Kazek” już w trakcie gry w hokeja zajął się… stolarką. Jeśli tak to można nazwać. Do tego hobbistycznego wtedy zajęcia, skłoniła go córka. Chciała domek dla lalek i tata go wystrugał. Wtedy nowe powołanie stało się jego pasją. Miał pomysł jak to rozkręcić i rozkręcił.

- Robię nadal to co wcześniej robiłem - twierdzi. -  Domki i mebelki dla lalek. Teraz doszły do tego stoły i blaty jadalniane, kuchenne, łazienkowe …Oryginalne, unikatowe w większości zalewane żywicą, nieraz z podświetleniem LED i na zamówienie klienta. Nie jest to produkcja masowa. Wszystko wykonuję sam, począwszy od wyboru desek.

To nie jedyne jego zajęcie. Postanowił pomóc przede wszystkim młodszym adeptom hokejowej sztuki. Razem z Przemysławem Nasiurkiewiczem, prowadzi agencję „Hockey Progress Management”.

- Paweł jest prawnikiem z Wrocławia. Od 2006 roku prowadzi agencję w żużlu. Ma spore doświadczenie. Jest obyty w temacie. Do założenia agencji potrzebne mi było jego zaplecze organizacyjno – prawnicze i oczywiście moja znajomość rynku i hokeja. Mamy siedmiu zawodników i cały czas finalizujemy nowych. Wszystko polega na zasadzie planowania kariery. Są zawodnicy starsi, którzy chcą jeszcze pograć na swoich śmieciach, bo sprawy rodzinne nie pozwalają im już na dalekie wyjazdy. Jednak ideą agencji i moją wizją jest, by młodzi chłopcy wyjeżdżali. Obecna liga open, której jestem przeciwnikiem, nie daje im szans rozwoju. Popatrzmy na „Szarotki”. Nie ma swoich chłopaków. Raz byłem na meczu i piątka obcokrajowców gra przewagi. Są to ludzie, którzy z pewnością nie będą stanowić o sile reprezentacji. Dlatego chcę umożliwić wyjazd chłopcom poza granicę. Na razie wysłaliśmy jednego zawodnika, bo sezon transferowy dopiero ruszy. Patryk Wysocki, bo o nim mowa, rozwiązał kontrakt w młodzieżowym KHL i obecnie kontynuuje karierę w Belgii. Miał możliwość grania w kraju, ale po analizie sytuacji, po zaplanowaniu jego kariery, podjęliśmy decyzję, że wysyłamy go do Belgi. Tam będzie się rozwijał w teoretycznie w słabszej lidze, ale gra po 30 minut. W naszej lidze grałby w czwartej piątce, a jak wiemy nie daje ona szans na wielkie granie. Przebywałby na lodzie od 2 do 4 minut. W Belgi gra, ma możliwość trenowania, a także uczy się angielskiego oraz studiuje zaocznie. Chodzi nam  nie tylko o hokejowy rozwój, chociaż przede wszystkim, ale także o inne potrzebne w życiu aspekty.

Z mikrofonem w ręku

Zapała zadebiutował z Lidze Mistrzów, ale…w roli komentatora Polsatu Sport. Gdy grał w hokeja nie miał takiej możliwości. teraz pomaga widzom w lepszym zrozumieniu zasad gry, raczy nas takimi analizami, o których zwykły kibic nie ma pojęcia.

- Podjąłem się wyzwania - przyznaje. -  Mam możliwości i chęci popróbowania różnych rzeczy. Pierwszy mecz zupełnie mi nie wyszedł. Stwierdziłem, że chyba to nie jest dla mnie. Niemniej podjąłem się kontunuowania,  wspomagania komentatora, występuję w roli eksperta i do mnie należy analiza, bo w grafiku miałem zaplanowany kolejne dwa spotkania. Potraktowałem to ambicjonalnie i powiedziałem sobie, że muszę sobie poradzić. Po kolejnych moich transmisjach byłem już zadowolony, zacząłem czerpać z komentowania przyjemność, satysfakcję.

Stefan Leśniowski

 

Komentarze







reklama