03.02.2016 | Czytano: 2484

Nie ma złych wyborów – wywiad z młodymi odc. 8 cz. I

Kinga Piędel jest 19-letnią koszykarką. Na Podhalu pewnie wiele osób o niej nie słyszało, ale pochodzi z Nowego Targu i dokładnie w zeszłą niedzielę sięgnęła po Puchar Polski z ekstraklasowym koszykarskim zespołem z Lublina!

Po dłuższej przerwie (za którą przepraszam) wracam z moją serią „wywiady z młodymi”. Mam nadzieję, że moja rozmowa z tą niesamowitą, pełną energii i niezwykle ciekawą osobą, jaką jest Kinga wynagrodzi wam tak długie oczekiwanie na ten wywiad i da wam mocnego „kopa” do pracy i realizowania swych marzeń!

Słowem wstępu: Kinga swoje pierwsze koszykarskie kroki stawiała w Nowym Targu, gdzie w miejscowym klubie grała sześć lat – aż do momentu, gdy został rozwiązany. Od tamtej pory przeszła niesamowitą drogę, pełną przeprowadzek, prób silnej woli, ale przede wszystkim – drogę ku temu, by być szczęśliwą. I idzie nią dalej. Obecnie jest zawodniczką klubu Pszczółka AZS UMCS Lublin, na co dzień występującego w koszykarskiej ekstraklasie kobiet. Jej cele – jak mówi – nigdy się nie kończą. Co więc już za nią, a co jeszcze przed nią? Przeczytajcie i dowiedzcie się sami!

Jakub Udziela: Jak się zaczęła twoja przygoda z basketem?
Kinga Piędel: Był taki okres w szkole, że wybierało się jakieś dodatkowe zajęcia sportowe i pomyślałam, że pójdę na koszykówkę – a nóż mi się spodoba. Spodobało mi się i po kilku miesiącach mój wuefista wysłał mnie do klubu. Tam zaczęłam trenować pod okiem trenera Mirka Ćwikla (przyp. red. od Kingi: Mirosław Ćwikiel to wymagający człowiek, który nie nauczył mnie tylko techniki i zasad dotyczących koszykówki, ale wychował mnie i starał się, bym była mądrą, dobrą osobą. Jestem wdzięczna za każdy jego krzyk i dobre słowo w moją stronę) i łącznie w klubie w Nowym Targu spędziłam sześć lat. Warto też dodać, że wszystkie dziewczyny w klubie były ode mnie starsze.

Po tym okresie – gdy miałam iść do klasy trzeciej gimnazjum – dostałam piękną propozycję przejścia do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łomiankach – najlepszej wtedy szkoły dla zawodniczek, które chciały być po prostu coraz lepsze. W czasie mojej nauki w SMS-ie byłam też na wypożyczeniu w klubie z Kartuz (przyp. red. UKS Trops Kartuzy), z którym zdobyłam trzecie miejsce na Mistrzostwach Polski – to był dla mnie wtedy taki naprawdę ważny i duży sukces. Oczywiście przez te wszystkie lata grałam również w kadrach wojewódzkich. Udało mi się nawet grać w Reprezentacji Polski do lat 16, z którą pojechałam na Mistrzostwa Europy do Portugalii, gdzie zajęłyśmy 5. miejsce.

Po skończeniu gimnazjum w Szkole Mistrzostwa Sportowego postanowiłam spróbować czegoś więcej. Zresztą zawsze w moim życiu „chciałam czegoś więcej”. Tak więc zdecydowałam się na przeprowadzkę do Sosnowca, by tam grać w zespole z I ligi. W Sosnowcu było bardzo ciekawie. Na pewno był to dla mnie rok pełen doświadczeń. Przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy w życiu spotkałam się z tak profesjonalnymi rozgrywkami. I liga to w końcu zaplecze Ekstraklasy, a ja miałam dopiero 16 lat! To był dla mnie wielki przeskok w porównaniu z dotychczasowym graniem. Tak więc zanim się do tego przyzwyczaiłam, to przez ten czas dobrze zrozumiałam na czym to wszystko polega. Doświadczenie, które zdobyłam podczas mojej gry w Sosnowcu było ogromne.

Po roku w Sosnowcu dostałam parę propozycji z różnych klubów z całej Polski i ostatecznie wybrałam Lublin. Lublin był dla mnie super perspektywą, ponieważ zaproponowano mi treningi z drużyną ekstraklasy i walczenie o występy w najlepszej lidze w Polsce, przy jednoczesnym ogrywaniu się w drugiej drużynie, która swoje mecze rozgrywa w I lidze. Tam też gram z dziewczynami w moim wieku – w zespole, który ma się szkolić do przyszłych występów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Przyjeżdżając do Lublina przede wszystkim bardzo chciałam zagrać ekstraklasie, więc jestem z siebie mega zadowolona, że udało mi się pokazać trenerowi, że dam radę. Od samego początku przez cały sezon trenowałam więc z pierwszą drużyną. W międzyczasie byłam na zgrupowaniu kadry młodzieżowej w Hiszpanii, gdzie zagrałam kilka międzynarodowych spotkań. Pod koniec 2014 roku miałam też jechać na Mistrzostwa Europy, ale niestety przytrafiła mi się kontuzja uniemożliwiająca wyjazd.

Kontuzja – czyli najgorsze zło, jakie może spotkać zawodnika. Szczególnie tak młodego jak ja. Mając 17 lat rozwaliłam sobie kostkę, zrywając niemal wszystkie możliwie więzadła. Oczywiście musieli mi to zoperować. Rekonstrukcję więzadeł miałam w Łodzi, a rehabilitacja trwała pół roku – dopóki nie zaczęłam sprawnie biegać. Cały czas się zresztą rehabilitowałam w Lublinie, nawet nie wracałam do Nowego Targu. Postanowiłam też wtedy przedłużyć kontrakt – dlatego – jak do tej pory – to pierwsze miejsce, gdzie jestem dłużej niż rok (śmiech). Jest bardzo pozytywnie, bardzo mi się tu podoba. No i cały czas trenuję z drużyną ekstraklasy – to w tym wszystkim jest najpiękniejsze, bo dziewczyny uczą mnie wielu rzeczy i pokazują jak potem ja mam moim koleżankom w I lidze pokazywać niektóre zagrania. A jeżeli dostaję szansę występu w pierwszej drużynie, to zawsze ją wykorzystuję, aczkolwiek moje „pole do popisu” to przede wszystkim I liga, gdzie regularnie gram w każdym meczu po 30-40 minut.

Kinga z numerem 22

A jeśli chodzi o Nowy Targ – wracając na początek twojej historii – to zawsze jako dziewczyny miałyście możliwość trenowania tutaj w klubie? Bo w tej chwili – jak mi dobrze wiadomo – klubu już nie ma.
-Tak. Klubu już nie ma – klub się rozpadł. My z dziewczynami zakończyłyśmy swoją przygodę z koszykówką w Nowym Targu wyjazdem na Mistrzostwa Polski. Dostałyśmy się do finałów, tam wywalczyłyśmy jakieś dolne miejsce, przyjechałyśmy do domu i drużyna się rozwiązała. Tak po prostu. I tak naprawdę nikt nie wiedział co ma dalej robić. Niektóre dziewczyny chciały się już zająć szkołą, nie było też w jakiej lidze grać, nie miało to żadnych perspektyw. Tak więc ja, chcąc grać dalej, musiałam stąd po prostu uciekać. Wiem, że potem jeszcze jakieś młodsze drużyny próbowały coś grać i coś się jeszcze działo, ale z tego co mi wiadomo – na tą chwilę – klubu już nie ma.

Czyli klub rozpadł się, gdy kończyłaś drugą klasę gimnazjum i przechodziłaś do Szkoły Mistrzostwa Sportowego?
-Tak, po skończonej przeze mnie drugiej klasie gimnazjum. Moje koleżanki z klubu były wtedy już po trzeciej gimnazjum, więc zmieniały szkołę. Siłą rzeczy chciały temu poświęcić więcej uwagi – każda w końcu szła do innego liceum. I tak to się właśnie wszystko „rozeszło”. Wcześniej nie było z tym takiego problemu, bo chodziłyśmy do tego samego gimnazjum. I to też według mnie znacząco zaważyło na tym, że wszystko się rozpadło.

Uważasz więc, że klub upadł głównie ze względu na to, że dziewczyny nie chciały już grać czy może raczej względy organizacyjne wzięły górę?
-Co do organizacji to i tak myślę, że była całkiem przyzwoita. Oczywiście nie było jakichś większych udogodnień: grałyśmy na przykład w strojach, w których wcześniej dziewczyny grały sześć lat, potem my w nich grałyśmy też sześć lat… Także jako tako dodatkowych pieniędzy na jakiś sprzęt nie było. Ale jak już szykował się wyjazd na Mistrzostwa Polski – raz półfinał był nawet w Nowym Targu – to zawsze jacyś sponsorzy się znaleźli. Zawsze miał nam kto pomóc. Dlatego na pewno na względy organizacyjne nie ma co narzekać, bo ludzie chętni do pomocy zawsze byli. Poza tym wiadomo – mamy małe miasto – więc też nie można zbyt wiele oczekiwać względem finansów. Tak więc myślę, że chyba po prostu nie było chęci ze strony zawodniczek, by dalej to ciągnąć. Tym bardziej, że w Nowym Targu była nawet swego czasu II-ligowa drużyna żeńskiej koszykówki.

A myślisz, że kiedykolwiek jeszcze w przyszłości powstanie w Nowym Targu coś poważnego związanego z koszykówką?
-Bardzo bym chciała, żeby powstało. Tym bardziej, że zarówno młodsze drużyny trenera Polaka, jak i starsze roczniki trenera Ćwikla osiągały wtedy dość duże sukcesy, a dziewczyny z Nowego Targu zawsze były brane pod uwagę przy powołaniach do Reprezentacji Polski czy nawet na jakieś Camp’y, z których potem wybierano zawodniczki do kadry. W samej kadrze wojewódzkiej było zawsze około 4-5 dziewczyn z Nowego Targu. Także my nie byłyśmy słabe. Wyszkolone byłyśmy bardzo dobrze. Często nawet lepiej niż zawodniczki na Pomorzu, mimo że nad morzem koszykówka jest dużo bardziej rozpowszechniona i działa na całkiem innym poziomie, niż działo się to w Nowym Targu.

Dużo osób boi się w młodym wieku wyjechać z rodzinnego miasta, by mieć szansę gry na wyższym poziomie. Jak było z tobą?
-Ja jestem taką osobą, że jak sobie coś postanowię, to tak robię. I jak zaczynałam grać w tą koszykówkę, to postanowiłam, że będę robiła wszystko, by po prostu iść do przodu. Wszystko mnie pchało do tego, by być najlepszą, żeby się pokazać, żeby iść gdzieś dalej i żeby coś z tego kiedyś było. I nigdy nie dopuszczałam do siebie myśli, że się nie nadaję. Wciąż trenowałam, by być coraz lepsza. Wiedziałam, że robię to dla siebie. Mając 14 lat i podejmując tę decyzję z rodzicami, byłam pewna, że coś z tego będzie. Nie żałuję tego teraz ani trochę, choć był to bardzo młody wiek jak na wyjazd z rodzinnego miasta. Tym bardziej, że gdy ma się 14 lat, to tak naprawdę nie wiadomo co się ma w głowie. Nie wiadomo do końca czy chcesz się uczyć, czy chcesz grać, czy interesuje cię zupełnie co innego, czy chcesz poznawać świat, czy… nie wiadomo co jeszcze. Ale ja wyjechałam. Postanowiłam, że wyjadę, bo miałam świadomość, że jeśli teraz nie wykorzystam tej szansy, to ona nigdy nie wróci. Dlatego nie mam teraz problemu z przemieszczaniem się z miasta do miasta. Gdy szłam do SMS-u miałam nawet propozycję, by grać w Gdyni. Nawet wtedy moi rodzice byli w stanie puścić mnie na drugi koniec Polski i powiedzieć: „jedź, rób swoje i bądź szczęśliwa. Rób to, co kochasz”. A ja to strasznie kochałam i kocham dalej. Odkąd zaczęłam grać i mocno się w to wciągnęłam, to nie było ani jednego dnia, kiedy bym chciała z tego zrezygnować. A dzięki pomocy i wsparciu moich rodziców ta miłość bo basketu rosła, rosła i wciąż rośnie. Oni mnie pchali do przodu, wspierali, cały czas mi pomagali. I wcale nie mówili mi: „słuchaj, no wszystko dobrze, ale ty też musisz się uczyć. Nie możesz tego, nie możesz tamtego, musisz siedzieć w domu, bo coś tam…”. Nie. Powiedzieli mi: „kochasz to? Chcesz to robić? To jedź i to rób!”. Nie mieli problemu, żeby swoje 14-letnie dziecko wysłać na drugi koniec Polski.

Ale nigdy, absolutnie nigdy nie miałaś żadnego momentu zawahania?
-Nigdy. Nigdy nie miałam momentu zawahania. Nigdy w życiu, od kiedy tylko trenuję NIE MIAŁAM momentu zawahania. Nigdy. I wydaje mi się, że właśnie dlatego jestem w miejscu, w którym się znajduję: mając 17 lat debiutowałam w Ekstraklasie! Najlepszej lidze w Polsce i lidze, która znajduje się wśród pierwszych pięciu najlepszych lig koszykarskich Europy. Mało tego: nawet zdobyłam w niej punkty. A na co dzień mam możliwość trenowania z zawodniczkami, które są reprezentantkami Polski Seniorek! To są po prostu tak świetne dziewczyny, że samo trenowanie z nimi daje takiego kopa motywacji, że aż rodzi się myśl „chcę być kiedyś taka jak one”. I dla mnie to jest cudowna sprawa. Mimo że nieraz dostanie mi się od nich ochrzan na treningu, czy usłyszę mocne słowa co robię nie tak. Bo przede wszystkim ja się cały czas uczę. Jestem na takim etapie, że jestem młoda i ciągle się czegoś od nich uczę. Oczywiście nie gram w pierwszym składzie, ale co z tego? Mogłabym pójść do jakiejś niższej ligi, gdzie byłabym najlepsza – ale w jaki sposób to by mnie rozwinęło? Bo jest też wiele osób, które wybierają łatwiejsze kierunki: „idę do tego klubu, bo tam będę najlepsza”. Ale ja mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Dla mnie najlepszą opcją jest pójście do klubu, gdzie wszystkie dziewczyny są od ciebie lepsze i od których możesz się czegoś nauczyć. Tak jak już wspomniałam – ja zawsze trenowałam ze starszymi dziewczynami. W Sosnowcu na przykład moją najlepszą przyjaciółką była dziewczyna, która miała 33 lata. I ta dziewczyna nauczyła mnie naprawdę bardzo wiele. Tutaj tak samo: wszystkie dziewczyny są starsze. Ale co w tym jest najwspanialsze: wszystkie chcą mi pomóc. To nie jest tak, że próbują mnie „gnoić” na każdym kroku: że jestem młoda, słaba i tak dalej. Nie. One chcą mi pomóc, żebym kiedyś była jeszcze lepsza. I w tym wieku, w którym jestem, ja nie chcę być osobą, która ma kogoś uczyć. Bo na razie to ja sama się jeszcze uczę. I chociaż gram w tej I lidze i biorę tam jakąś odpowiedzialność na siebie podczas gry jako lider zespołu, to i tak przekazuję tym dziewczynom w drugiej drużynie tylko to, co mi przekazały dziewczyny z ekstraklasy.

No dobrze, ale tutaj przecież trzeba brać pod uwagę trenowanie na pełnych obrotach od kilku lat, teraz pewnie nawet codziennie po kilka godzin, ciągłe wyjazdy, ciągłe przeprowadzki… Nigdy nie przyszło jakieś zmęczenie materiału?
-To znaczy zmęczenie materiału jest. Zauważ: ja nie mam wakacji, nie mam świąt… Ostatni raz byłam w domu w listopadzie na 14 godzin. I wcześniej jak miałam operację, to w marcu byłam na tydzień, bo musiałam po niej odpocząć. W wakacje przyjechałam zaś tylko na swoją 18-tkę – też na jeden dzień. I dopiero teraz byłam w domu na święta (przyp. red. Boże Narodzenie). Także w Nowym Targu jestem średnio co pół roku. W Sylwestra już trenuję. I w Nowy Rok. Więc wolnego za bardzo nie mam. Przy czym jestem teraz w klasie maturalnej. Gram aktualnie w dwóch ligach i trenuję dwa razy dziennie. I mimo, że mam indywidualny tok nauczania, to i tak często się nie wyrabiam… Ale nigdy nie chciałam tego rzucić. Oczywiście bywałam tym wszystkim zmęczona. Był czas, gdzie już wypatrywałam za tym, by mieć wolne, ale nigdy nie było tak, żebym chociaż pomyślała o tym, by z tego rezygnować.

A więc zmęczenie się pojawia, ale jesteś tak pozytywnie zakręcona wokół swojej pasji, jaką jest koszykówka, że nigdy nie wypuścisz jej z rąk?
-Tak. Ale pasja to już za mało powiedziane w tym momencie. Bo pasje masz w życiu i moją pasja może być na przykład to, że lubię samochody. A koszykówka jest już całym moim życiem. Nie jakąś tam jego częścią. Basket jest całym moim życiem. Ja, wraz z całym moim koszykarskim światem wypełniam całe swoje życie. Więc to jest na pewno coś więcej niż pasja.

Czyli omija cię Sylwester…
-Tak, ale do tego się już przyzwyczaiłam. Tak jest co roku. Trenuję na okrągło. Ale cały czas mam też świadomość, że te treningi i to poświęcenie prowadzi do Reprezentacji Polski. A gra z orzełkiem na piersi to najpiękniejsza rzecz jaka ci się może w życiu przydarzyć. Jak jechałam na swoje pierwsze Mistrzostwa Europy z „młodzieżówką” i założyłem na siebie koszulkę z orzełkiem na piersi i usłyszałam hymn, to płakałem jak dziecko. Przed każdym meczem, słysząc hymn narodowy, płakałem ze szczęścia, że jestem tu, gdzie jestem. Byłam z tego bardzo dumna i cieszyłam się, że mogę reprezentować swój kraj.

Masz już za sobą występy w Reprezentacji Seniorek, czy jak na razie tylko „młodzieżówka”?
-Reprezentacja Seniorek to jeszcze coś innego. Jak na razie mam za sobą występy w U16. Wyjazd na Mistrzostwa Europy U18 uniemożliwiła mi kontuzja – byłam tylko na zgrupowaniu tej kadry w Hiszpanii. Teraz zaś będę robiła wszystko, co w mojej mocy, by załapać się do reprezentacji Polski do lat 20. Więc spokojnie. Mam jeszcze czas na kadrę seniorską. Tak naprawdę będzie, co ma być. Teraz najważniejsze jest zdrowie, bo jeżeli tylko będę zdrowa, to uważam, że osiągnę wszystko, czego pragnę.

W takim razie gdzie się teraz uczysz? Jaka szkoła?
-Chodzę do jednego z lepszych liceów w Lublinie: do 5. Liceum Ogólnokształcącego. Jest ciężko, bo oczywiście nie da się w stu procentach pogodzić szkoły i profesjonalnego trenowania. Nie da się. Po prostu się nie da. A ktokolwiek myśli, że grając na takim poziomie można to zrobić – jest w błędzie. Mój dzień wygląda tak, że wstaję rano, idę na trening, potem do szkoły, szkołę kończę o 16:00, po szkole trening, z treningu wracam do domu około godziny 20:00, a potem jeszcze korepetycje od 21:00 do 23:00. Po „korkach” idę spać i nazajutrz to samo. Z kolei sobota i niedziela to dwa wyjazdy na mecze. Jeden na przykład do Gdyni, a drugi… powiedzmy do Krakowa. I muszę to wszystko pogodzić. Po meczu w niedzielę wracam do Lublina i od poniedziałku do szkoły. Oczywiście zarówno sport, jak i szkoła jest bardzo ważna. Ale w pewnym momencie musisz wybrać co jest dla ciebie ważniejsze, bo nie da się wszystkiego tak dobrze pogodzić. Jest jedna tylko rzecz której żałuję: że nie zaparłam się bardziej na naukę, gdy byłam młodsza, bo przez to jest mi teraz w szkole trochę ciężej. Niemniej jednak – jak się chce, to wszystko da się dobrze zaplanować.

A jak wyglądają wasze treningi? Tylko na sali, czy macie może jakieś urozmaicenia jak siłownia, fitness, basen…?
-Przed sezonem – koniec lipca, początek sierpnia – jest tylko stadion i bieganie oraz całe przygotowanie motoryczne. Oczywiście miałyśmy też jakieś zajęcia na basenie, jak na przykład fitness w wodzie. Natomiast gdy przychodzi wrzesień, to wracamy na salę i zaczynamy trenować wszystkie zagrywki. Wtedy też przyjeżdżają nasze zawodniczki z Ameryki, więc trzeba zgrać całą drużynę, byśmy były gotowe na pierwszy mecz. Z kolei w trakcie sezonu treningi wyglądają tak, że rano są zajęcia indywidualne (technika, siłownia, rzuty), natomiast wieczór bardzo mocny trening, gdzie muszę już zakładać tape’y na moją kostkę (przyp. red. specjalne taśmy ściągające – wspomagają pracę mięśni i innych nadwyrężonych części ciała). Jeśli mamy mecz ekstraklasy na wyjeździe, to w piątek rano mamy tylko jeden trening, a wieczór wyjeżdżamy i śpimy w mieście, w którym nazajutrz gramy. Tam rano w sobotę mamy trening rzutowy, no i wieczór mecz. I po meczu powrót do Lublina. Po całym ciężkim tygodniu trenowania i po meczu przychodzi niedziela, dziewczyny z ekstraklasy mają wolne… Ale nie ja. Ja jadę w niedzielę na mecz I ligi. I tam znów granie. Także nie ma nawet jednego dnia odpoczynku. Ale ja to uwielbiam i cieszę się, że mam możliwość grania i ogrywania się, tym bardziej, że I liga w tym sezonie jest naprawdę bardzo mocna. Jest czego się uczyć.

A jak wyglądają finanse u ciebie? Utrzymujesz się już z koszykówki, czy musisz na przykład gdzieś dodatkowo pracować?
-Jestem niezależna finansowo od rodziców od… 2 lat. Mam podpisany kontrakt – w tym sezonie pierwszy podpisany przeze mnie (przyp. red. kontrakty za niepełnoletnich zawodników muszą podpisywać rodzice). Także jestem niezależna finansowo od rodziców.

Czyli warto było się tyle męczyć i starać i oprócz tego aspektu robienia w życiu czegoś, co się kocha, to spełniłaś też niewątpliwie marzenie niejednego sportowca – by utrzymywać się z uprawiania sportu?
-Tak, dokładnie. Oczywiście te wszystkie pieniądze, jakie wydali moi rodzice na mój rozwój i na to, bym grała teraz na takim poziomie, na jakim jestem, były ogromne. Te wszystkie wyjazdy, przeprowadzki, życie poza rodzinnym miastem i wiele innych wydatków, które trzeba było pokryć, gdy jeszcze nie zarabiałam – było tego naprawdę sporo. Chcę kiedyś zwrócić rodzicom te wszystkie pieniądze. Chcę, by tyle się do mnie wróciło, ile w to wszystko włożyłam. Ale też nie chodzi o to, by być pazernym na kasę. Bo niektórzy idą na przykład do jakiegoś klubu ze względu na kontrakt, patrzą tylko na kasę. A ja jestem młoda i uważam, że te pieniądze nie mają teraz jakiegoś większego znaczenia, dlatego, że ja się jeszcze uczę. Bo w tej chwili mogłabym zarabiać większe pieniądze, grając w I lidze, ale będąc w ekstraklasie jestem w stanie nauczyć się dużo więcej i to jest dla mnie najważniejsze, a nie kasa. To naprawdę nie ma dla mnie tej chwili większego znaczenia, bo te pieniądze i tak kiedyś się zwrócą. Jeżeli tylko robi się dobrą robotę i chce się coś osiągnąć, to ja wierzę, że to wszystko do człowieka wraca. Więc w tym wypadku jestem cierpliwa: najpierw chcę się wszystkiego nauczyć, by potem grać jeszcze lepiej i zarabiać lepiej – tak, jak każdy by chciał.

W takim razie podzieliłabyś pogląd Fabiana (przyp. red. – Fabiana Lesnera, który o swoim stosunku do pieniędzy mówił w wywiadzie ze mną tutaj: http://www.sportowepodhale.pl/index.php?s=tekst&id=10879 – pytanie nr 3), że pieniędzy potrzeba nam tylko tyle, by mieć na podstawowe potrzeby, a wszystkie pozostałe przeznaczać na spełnianie marzeń?
-Tak, dokładnie! Absolutnie, w stu procentach się z tym zgadzam, bo – nie da się ukryć – taka jest prawda. No bo po co nam są pieniądze? Po to, żebyśmy się spełniali. Tylko o to chodzi. Im więcej się zrobi w życiu, im więcej się zobaczy, tym szczęśliwszym się będzie. A o co chodzi w życiu? No o to, by być szczęśliwym, a nie o to, by mieć kupę pieniędzy. Jak się ma te pieniądze, to się je inwestuje w to, żeby być szczęśliwym. Jesteś szczęśliwy – jest super.

A masz teraz jeszcze jakieś propozycje z innych klubów? W trakcie sezonu lub czy miałaś je przed sezonem?
-Tak, mam. Dostaję różne propozycje, ale jestem w trakcie sezonu. Zajmuję się tylko tym, co się dzieje teraz. Nie myślę na razie o niczym innym, bo jest dopiero początek roku. Mam jeszcze około trzy miesiące do końca sezonu i muszę zrobić dobrą robotę, czyli zająć się tym, co ważne teraz: grać jak najlepiej i wyprowadzić moją drużynę jak najwyżej. I nie myślę na razie o niczym innym. Bo o takich rzeczach myśli się po sezonie.

Możesz się pochwalić z jakich konkretnie klubów te oferty? Czy wolisz zachować to dla siebie?
-Nie chcę o tym mówić. Nie ma sensu. Wszystko po sezonie.

Co więc teraz jest twoim największym marzeniem? Reprezentacja Polski, czy może coś innego?
-Kadra jest raczej celem. To nie jest marzenie, to jest cel. Moim największym marzeniem było kiedyś zagranie w kadrze wojewódzkiej. Jak osiągnęłam to i grałam w kadrze wojewódzkiej, to powiedziałam sobie: pragnę iść do Szkoły Mistrzostwa Sportowego – pragnę się tam uczyć. W porządku! Zrobiłam to. Kolejne marzenie: pragnę być reprezentantką Polski. Czyli robię wszystko, żeby grać w kadrze. Zrobiłam to? Zrobiłam. Pojechałam na Mistrzostwa Europy? Pojechałam. Z całej Polski wybrali właśnie mnie i pojechałam. Bo co? Bo pracowałam. Następnym marzeniem było granie w I lidze. No to pojechałam do Sosnowca i grałam w I lidze. Grałam tam i myślałam, że jest super, że na razie zatrzymam się tam, będę się szkolić i że nabiorę doświadczenia. I co? I po roku dostałam propozycję od klubu z ekstraklasy. A więc kolejne marzenie spełnione. A w zasadzie cel. „Odhaczam” cele, które sobie zakładam. I myślę, że wszystko, czego w życiu pragniemy, może stać się faktem tylko dzięki ciężkiej pracy. Ile dajemy z siebie – tyle z tego mamy. Mam nawet taki tatuaż na plecach (śmiech): „ile dajesz, tyle dostajesz”.

Czyli co – dla ciebie tak naprawdę cele nigdy się nie skończą?
-Nie. Nie ma końca (śmiech). Zawsze chcę się spełniać i nie ma takiej drogi, która mi się skończy. Po prostu nie ma (śmiech). Wszystko ma zawsze iść do przodu. Im więcej się idzie do przodu, tym jest fajniej, ciekawiej. A te nowe doświadczenia ciągle cię napędzają.

No ale w końcu gdzieś trzeba wylądować: jaki jest klub lub liga twoich marzeń?
-Powinnam powiedzieć, że ligą moich marzeń jest polska ekstraklasa (śmiech). Ale pragnę na pewno dojść kiedyś do takiego poziomu, żeby w tej ekstraklasie być ważną zawodniczką. Ażeby – gdy się już tego wszystkie wyuczę – móc dużo grać i być ważną postacią w którejś z drużyn. Na pewno jest też wiele fajnych lig europejskich, oczywiście Stany Zjednoczone też ciągną… Przede wszystkim jednak chcę powiedzieć, że nie ma złych wyborów. Wszystkie wybory, jakich do tej pory dokonałam, są trafione i to bardzo dobrze trafione, mimo że idąc na przykład do Łomianek (przyp. red. miejscowość, gdzie mieści się Szkoła Mistrzostwa Sportowego, do której chodziła Kinga) miałam chyba z osiem propozycji z różnych klubów. I co wtedy zrobiłam? Usiadłam z tatą i wyłożyliśmy na stół kartki z plusami i minusami wszystkich możliwych opcji. No i szereg pytań: „co ci się podoba tu, co ci dadzą tu, ile będziesz grała tu, a jak to będzie wyglądać tu, tu, tu i tu?”. I widzisz te kartki przed sobą i myślisz sobie: „a co będzie, jak źle wybiorę?”. Nie ma złych wyborów! Jak już gdzieś idziesz, to wiesz, że to jest dobry wybór. Tak naprawdę na temat przyszłości i tego, jak to ma wyglądać kiedyś i jak ja to widzę, moglibyśmy rozmawiać bardzo długo, ale tak jak mówię – w tej chwili skupiam się tylko na tym, co jest teraz. Oczywiście mam cały czas swoje marzenia i cele, ale jak już jestem w jednym miejscu, to myślę tylko o tym, co tu i teraz. Bo jeżeli wybiegałabym za bardzo do przodu, to nie skupiałabym się na tym, co się dzieje w tej chwili. A nie mogę przeoczyć żadnego momentu, bo może się okazać, że właśnie ten moment zaprowadzi mnie do tego, co będzie kiedyś.

I tak jest chyba wszędzie: jakikolwiek sport by człowiek nie uprawiał, czy to amatorski, jak unihokej w Polsce, czy to na przykład koszykówkę lub piłkę nożną, to wybiegając za bardzo wprzód i nie skupiając się na tym, co teraz – nigdy nic dobrego z tego nie wyjdzie.
-Dokładnie. Dlatego marzenia w mojej głowie są. O tych niespełnionych nie mówi się jednak tak dużo, więc niech to zostanie tajemnicą. Co dalej ze mną będzie? Będziemy o tym rozmawiać jak już dojdę gdzieś dalej. Najważniejsza jest teraźniejszość i to, gdzie jestem teraz.

Pozostałe wywiady z serii:

  1. Wywiad z Karolem Pelczarskim
  2. Wywiad z Dawidem Dudą
  3. Wywiad z Jakubem Haburą
  4. Wywiad z Fabianem Lesnerem cz. 1 i cz. 2
  5. Wywiad z Justyną Florczak
  6. Wywiad z Pauliną Pawlikowską cz. 1cz.2
  7. Wywiad z Katarzyną Fułą cz. 1 i cz.2

Kinga z numerem 22

I jak? Pozytywnie nakręceni basketem? Chcecie jeszcze większej dawki motywacji i pozytywnej energii? Proszę bardzo! Zaserwujemy ją wam z Kingą w drugiej części tego wywiadu, który już w tym tygodniu ukaże się na sportowepodhale.pl. Zapraszamy!

Zdjęcia KU AZS UMCS Lublin oraz koszykowkakobiet.pl
Tekst Jakub Udziela

Komentarze







reklama