14.09.2015 | Czytano: 1092

IV liga: Derby dla Szaflar

Najciekawszym spotkaniem dla podhalańskich kibiców w IV lidze było spotkanie derbowe pomiędzy beniaminkiem z Szaflar a drużyna Lubania Maniowy. Zwycięska okazała się drużyna Szaflar.

LKS Szaflary – Lubań Maniowy 3:2 (1:2)
1:0 Maciaś 25,
1:1 M. Firek 30,
1:2 Górecki 35 z karnego,
2:2 samobójcza –D. Firek 50,
3:2 F. Kamiński 60.

Szaflary: Nykaza – Luberda (70 Bielański), Strama (85 Hajnos), Jarząbek (46 Gałdyn), Stanczak – Joniak, F. Kamiński, Antolak, Gogolak – Baboń (5 Maciaś), Lach.
Lubań: Swierad – Czubiak ŻK, Górecki (63 K. Kurnyta), D. Firek (65 Kasica), Migacz – M. Firek, Kołodziej, Ziemianek (60 Jandura), Karkula – Basisty, S. Kurnyta.

- Typowy mecz derbowy. Twardy, zacięty i z obu stron. Dobrze zaczęliśmy i efektem tego było prowadzenie. Potem jednak oddaliśmy inicjatywę Lubaniowi, który jako doświadczona drużyna potrafił to wykorzystać. W przerwie padło kilka ostrych słów w naszej szatni i w drugiej połowie byliśmy już innym zdecydowanie bardziej zdeterminowanym zespołem, co dało nam zwycięstwo – ocenił trener Szaflar, Stanisław Budzyk.

- Zasłużone zwycięstwo Szaflar. Przegraliśmy to spotkanie cechami wolicjonalnymi. To rywale byli bardziej zdeterminowani w dążeniu do zwycięstwa. Nam tego zabrakło. Do tego zagraliśmy fatalnie jako drużyna w defensywie. Już nie pamiętam kiedy ostatnio popełniliśmy tyle błędów – przyznał szkoleniowiec Lubania, Łukasz Biernacki.


Ciężkowianka Ciężkowice – KS Zakopane 1:1 (0:1)
Bramka dla KS Zakopane: M. Grela.

Zakopane: Dziedzic – Pawlik, Frasunek, Chrobak, Gaura, Sawina, Drabik, Slalmach, Król, M. Grela, Paszuda (46 Kutnyta).

Po pucharowej potyczce z Podhalem Nowy Targ zakopiańczycy jechali do Ciężkowic z nadzieją na wywalczenie kompletu punktów. Nie udało się górale zremisowali 1:1 tracąc bramkę w doliczonym czasie gry. Sędzia po wskazaniu na środek nawet już nie wznawiał gry. Mimo iż drużyna KS Zakopane do Ciężkowic pojechała w bardzo okrojonym w stosunku do nominalnego składzie mecz dla naszej drużyny rozpoczął się bardzo pomyślnie. Po dwójkowej akcji pomiędzy Marcinem Grelą a Danielem Paszudą (nominalnie to bramkarz zakopiańczyków) ten pierwszy znalazł się w bezpośredniej bliskości bramkarza gospodarzy i choć strzelił może nie nazbyt celnie to jednak futbolówka wpadła do siatki pod brzuchem golkipera Ciężkowianki. Od tego momentu gospodarze próbowali odwrócić losy spotkania, ale ich próby były bardzo schematyczne i czytelne bo zazwyczaj posyłali długie piłki z obrony do swojego ataku. Na taki sposób gry zakopiańczycy byli przygotowani i z łatwością rozbijali ataki gospodarzy. Strzały z dystansu w wykonaniu zawodników Ciężkowianki były z reguły niecelne albo bez trudu łapał je bramkarz KS Zakopane Damian Dziedzic. Inna sprawa, że i próby strzałów w wykonaniu zakopiańczyków Andrzeja Króla i Marcina Greli też niewiele różniły się od uderzeń miejscowych piłkarzy. Tylko raz pod koniec spotkania, piłka przeszła nad Gaurą i zawodnik gospodarzy uderzył na bramkę, ale trafił w spojenie słupka z poprzeczką. Gdy wydawało się, że zakopiańczycy wywiozą cenny komplet punktów, gospodarze w doliczonym czasie gry wykonywali na wysokości pola karnego wrzut z autu. Piłka poszła na dalszy słupek (boisko Ciężkowianki jest bardzo wąskie) i przy biernej postawie zakopiańczyków zawodnik gospodarzy uderzając piłkę głową wpakował ją do siatki.

- Pojechaliśmy na mecz w zaledwie 12 zawodników, bez kilku kluczowych w naszym zespole graczy. W tej sytuacji na pierwszą połowę zmuszony byłem w polu wystawić bramkarza Daniela Paszudę. Bartłomiej Kurnyta mógł grać tylko 45 minut bowiem w sobotę grał w zespole juniorów. Oczywiście w pełnym składzie pewnie nie mielibyśmy problemów z pokonaniem gospodarzy, ale nawet w takiej sytuacji można było wywieźć z Ciężkowic komplet punktów. Przez gapiostwo, brak właściwej reakcji w ostatniej akcji meczu straciliśmy cenne dwa oczka. Szkoda - podsumował mecz trener KS Zakopane Maciej Ejsmond.


KS Tymbark – Watra Białka Tatrzańska 1:0 (0:0)
Watra: Majerczyk – Kuchta, Olbrycht, Kosturko, Plata, Petrus, Lichacz, Kalita, Zagata (53 Nowobilski), Dudek (75 Rabiański), Moraniec.

Nie udała się wyprawa piłkarzom Watry Białka Tatrzańska do Tymbarku. Białczanie przegrali w rozmiarach najniższych z możliwych na dodatek już w doliczonym czasie gry. W tym meczu gra na ogół toczyła się w środkowej strefie boiska. Sytuacji podbramkowych było bardzo mało. Chyba najlepszą w pierwszej połowie spotkania miał Krystian Dudek, który w sytuacji sam na sam najpierw trafił piłką w słupek, następnie po odbiciu się piłki obiegł bramkarza i skierował piłkę w światło bramki, ale tym razem bramkarz Tymbarku ten strzał obronił. Gospodarze mieli mniej czystą okazję kiedy to po dośrodkowaniu ze skrzydła jeden z graczy Tymbarku strzelał z 7 metrów, ale posłał piłkę wysoko nad poprzeczką. W drugiej połowie znowu kapitalną okazuję mieli białczanie. Kmili Nowobilski mając w polu karnym gości trzech partnerów, do których mógł zaadresować piłkę podał tak niefortunnie, że gospodarze wyprowadzili groźną kontrę na szczęście dla górali nieskuteczną. W ostatniej akcji meczu już w doliczonym czasie gry bramkarz Tymbarku wykopnął pilkę w pole karne Watry i tu doszło do nieporozumienia Majerczyka ze stoperami. Futbolówkę na klatkę piersiową „skleił” zawodnik gospodarzy i uderzył z woleja nieuchronnie do opuszczonej bramki.

- Przyczyna naszej porażki jest nader prozaiczna. Przede wszystkim nie wykorzystaliśmy przynajmniej dwu świetnych okazji do strzelenia goli. W doliczonym czasie gry popełniliśmy kardynalny błąd bezlitośnie wykorzystany przez gospodarzy. Myślę, że wynik remisowy byłby w tym meczu najbardziej sprawiedliwy. Samo spotkanie było typowym meczem walki. Gra na ogół toczyła się w środkowej strefie boiska. Sytuacji bramkowych było bardzo mało - powiedział po meczu trener Watry Mirosław Kalita.

Tekst Ryb

Komentarze







reklama