Zaczęły dominować na krajowym podwórku. Fundamenty pod późniejsze sukcesy budowali ludzie odpowiedzialni, współpracujący ze sobą. Nie było kłótni, kopania dołków, każdy ciągnął wózek w jedną stronę. Sukcesy ich radowały, tym bardziej, iż w pokonanym polu pozostawiali bogate kluby, utrzymywane przez huty i kopalnie węgla, które stać było na zatrudnienie graczy najwyższej klasy. Byli z tego ogromnie dumni. Legia z kolei była klubem, która pod pozorem odbycia służby wojskowej ściągała do siebie najlepszych hokeistów. Cierpiało na tym Podhale, rozbite zostało KTH. Nikt jednak wtedy nie załamywał rąk, nie skarżył się na pokrętny los. Więcej, działacze zakasali rękawy, bo doskonale wiedzieli, że jak ruszy produkcja młodych graczy, to nie straszni będą im rywale. Mogą co roku zabierać najlepszych z zespołu (wtedy nazywało się to kaperownictwem, a nie transferem, bo zawodnikom obiecywano mieszkania, samochody…), ale młodzi godnie ich będą ich zastępować. Tak też się stało. To była mądrość ówczesnych działaczy, którzy zbudowali potężną markę znaną i cenioną nie tylko na krajowym podwórku. Takich działaczy dzisiaj brakuje w Podhalu. Ci odwrotnie od budowniczych klubu, walczą ze sobą, stawiając swój interes ponad klubowy czy Miasta. W tym ostatnim polityka rządzi.
Mnie od kilku lat zalewa żółto- niebiesko -czerwona krew, bo Podhale w XXI wieku wzlotów miało niewiele, za to w spektakularnych klęskach się wyspecjalizowało. W latach 70-tych i później byłem kibicem szczęśliwym, bo przeżyłem wiele wspaniałych chwil, których dostarczali mi hokeiści. Obecni młodzi fani Podhala są kibicami nieszczęśliwymi, czy raczej feralnie urodzonymi. Bycie fanem Podhala wiąże się obecnie z tęsknotą do dawno minionej wielkości, to tęsknota do czasów tak zamierzchłych, że pamiętać ich już nie ma kto. Pozostają jedynie wspominanie o legendach klubu opowiadanych przez dziadków i pradziadków. Od momentu, gdy powstała liga, Podhale tylko dwa razy występowało na zapleczu ekstraligi. Jednak w ostatnich 5-6 latach „Szarotki” pałętały się w dole tabeli i biły niechlubne rekordy klubowe, a nawet ligi. Nie pomogły nawet rekordowe ilości zatrudnionych obcokrajowców, bo wiele przeprowadzonych transferów, to niewypały. W ten sposób zniszczono, to, co dawało egzystencję klubowi. Pozbyto się swoich, którzy zbyt wcześnie kończyli kariery. Tyle tylko, że nikt za to nie odpowiedział, podobnie jak za długi.
Znam te spojrzenia, znam ten rodzaj pogodzenia z garbatym losem i kibicowania „pod wiatr”, bez nadziei na lepsze jutro. Jesteśmy skazani na bycie koneserami klęsk, kolekcjonerami niedosytów, wytrawnymi degustatorami niespełnień i rozczarowań. Jesteśmy świadkami walki między spółką a MMKS-em i to już od dobrych kilkunastu lat. Zaczęło się od Wieńczysława Kowalskiego i ten trend się utrzymuje, mimo zmian nazw spółek i ich zarządców. . Zamiast usiąść do stołu i merytorycznie pogadać, i ustalić swoje stanowisko, to strony wydają oświadczenia. Przecież siedziba Miasta jest niespełna 200 metrów od lokalizacji MMKS! Toż to sąsiedzi.
Jesteśmy światkami opieszałych działań. Po wielkich opóźnieniach w przelewie pieniędzy potrzebnych na otrzymanie licencji, wreszcie dotarły do związkowej kasy i Podhale mogło ją otrzymać. Ale…Wokół Szarotek nadal jest jednak wiele znaków zapytania. Ciągle nie ma prezesa sportowej spółki. Nie wiadomo kto będzie prowadził zespół i jaki będzie jego skład? Na razie są tylko dywagacje i pewne wstępne propozycje. Za treningi i wyniki ma odpowiadać Marcin Kolusz, ale niemający wymaganej licencji trenerskiej. Za całość szkolenia w klubie ma odpowiadać Andrzej Świstak, wychowanek klubu, który zawodniczą karierę kontynuował we Francji. Później był trenerem we Francji i Szwajcarii.
Nie wiemy też jak zakończy się konflikt między spółką a MMKS-em. Czy skończy się przed rozpoczęciem ligi? Mam nadzieję, że rozsądek zwycięży
Stefan Leśniowski










