14.06.2020 | Czytano: 9245

Andrzej Słowakiewicz: Igrzyska z tajniakami

W latach siedemdziesiątych był centralną postacią w klubie i reprezentacji. Zaliczał się do obrońców grających niezwykle twardo, lecz rzadko nadużywał swojej siły i wagi ciała.


 
Stanowił trudną przeszkodę dla napastników. Gdy robiło się gorąco, właśnie on, był posyłany przez trenera na lodowisko. Potrafił nie tylko bezbłędnie wykonywać ustalone przed meczem założenia taktyczne, ale ponadto - co jest niezwykle istotne - nadawać im swoją interpretację, zaskakując tym przeciwnika. Dobry przegląd sytuacji umożliwiał mu dalekie, a równocześnie dokładne podania, nietypowe i odbiegające od schematu, które otwierały drogę nawet do najlepiej strzeżonych bramek. Obok żelaznej kondycji i nienagannej techniki dysponował tym, co w hokeju liczy się najbardziej - silnym strzałem z obu rąk. To nie pomyłka!  Dość często podczas oddawania strzału  zmieniał kij w ręce, co jeszcze bardziej myliło bramkarzy. Takim zagraniem rozstrzygnął niejeden pojedynek na korzyść biało-czerwonych czy żółto – granatowo – czerwonych z Nowego Targu. O kim mowa? O Andrzeju Słowakiewiczu.
 
Apetyt był ogromny, a był koszmar  
 
116 razy z Białym Orłem na kostiumie występował wychowanek Podhala, a w okresie służby wojskowej hokeista Legii. 8 razy grał na mistrzostwach świata, ale tylko raz wręczono mu olimpijski paszport. W 1976 roku spełniło się jego największe sportowe marzenie. Igrzyska śniły mu się po nocach, i może dlatego mocno się nimi  rozczarował.  Apetyty były ogromne. Po wycofaniu się Szwecji, najwięcej szans na brązowy medal dawano Polakom. Tymczasem zamiast otarcia się o medal, biało –czerwoni  zajęli szóste miejsce. Dzisiaj gdyby polscy hokeiści osiągnęli taki rezultat, to bylibyśmy w siódmym niebie. Ale wtedy popularny „Mąka” był zawiedziony.


 
- Cały nasz występ w Innsbrucku był jednym wielkim koszmarem – wspomina. -  Przed wyjazdem spodziewaliśmy się Bóg raczy wiedzieć czego, nawet medalu. Kluczem do osiągnięcia sukcesu miał być mecz z RFN. Pięć dni przed olimpijskimi zmaganiami pokonaliśmy Niemców 4:1. Ci jednak filmowali nas i z porażki wyciągnęli odpowiednie wnioski. W efekcie przegraliśmy z nimi  mecz o medal 4:7.  Potem nastąpiło pasmo niepowodzeń. Z ZSRR 1:16, CSRS 1:7 USA 2:7 (choć rok wcześniej wygraliśmy z Amerykanami na mistrzostwach świata 5:3 i 5:2), a z Finlandią 1:7 i zajęliśmy ostatnie szóste miejsce w grupie A z dwoma punktami na koncie. Ktoś spyta skąd te dwa ”oczka”, skoro nie wygraliśmy ani nie zremisowaliśmy meczu? Otóż przyznano nam je walkowerem, ponieważ u czechosłowackiego obrońcy Frantiska Pospisila wykryto niedozwoloną substancję w organizmie. My cieszyliśmy się  darowanymi punktami, a Niemcy wracali do domu z brązowym medalem.
 
- Na nasze niepowodzenie nałożyło się multum spraw: zbyt forsowny ostatni okres przygotowań, po którym szczyt formy przyszedł na występy tuż przed igrzyskami w Leningradzie, gdzie pokonaliśmy czołowy zespół wyższej ligi radzieckiej SKA Leningrad 4:3 i zremisowaliśmy 5:5. Ponadto doszła zmiana trenera. Miejsce wspaniałego fachowca jakim był Anatolij Jegorow kapitański mostku zajął Józef Kurek. W tym przypadku zadziałały siły przeciwne Podhalu, a które grupowały się na Śląsku. W tym czasie tworzyła się potęga sosnowieckiego Zagłębia i działacze z tego regionu nalegali na zmianę szkoleniowca.
 
Tajniacy tu i tam


 
Nie tylko sportowe wydarzenia zaskoczyły popularnego „Mąkę”. – Po zakwaterowaniu się w wiosce olimpijskiej po korytarzach kręciło się wiele podejrzanych osób. Kiedy powiedziano nam, że są to ludzie do specjalnych „poruczeń” – chciał nas szlag trafić. Nazajutrz pojawił się facet, który zapowiedział: „nie ma żartów, musicie zrobić zrzutkę dla tych, którzy zamieszkali poza wioską i ze względów oszczędnościowych trzeba dostarczać im paczki. Wy tu sobie siedzicie i żrecie, a wyników nie macie” – zaczął podnosić głos.  Jak się później okazało, chodziło o wycieczkę zasłużonych aktywistów ZMS. Wyraźnie nas to poirytowało, bo wiedzieliśmy, że chodziło o tajniaków, którzy mieli śledzić nasz każdy krok, by przypadkiem nic złego nie powiedzieć co w kraju się dzieje. By nikt nie został na zachodzie.   Dla kierownika drużyny Brunona Gretzera, najlepszego za mojej kariery, zabrakło miejsca, ale nie zabrakło miejsca dla pułkownika MON. Na tym się nie skończyło. Podczas meczu z Rumunią, z którego zwycięzca awansował do grupy A, wokół szatni i w boksie pojawili się dziwni osobnicy. Po pierwszej tercji zaczęli nas napadać i wytykać brak ambicji. Jeden z nich krzyczał: „socjalistyczna ojczyzna wydaje na was tyle pieniędzy i dewiz, a wy gracie jak nocne stróże”. W szatni otrzymaliśmy ostrą reprymendę od trenerów, nie od polityków, i wygraliśmy 7:4. „Kacyków” często spotykaliśmy w restauracji podczas służbowych pogawędek z radzieckimi towarzyszami. I kolejna sprawa, która wywołała u mnie złość. Jeden z tych aktywistów przyłapany został przez nas na gorącym uczynku, kiedy sprzedawał bilety na otwarty konkurs skoków. Później się okazało, że te bilety miały być dla zawodników. A w jakim sprzęcie pojechali na igrzyska saneczkarze? Aż strach pomyśleć. Kilka wieczorów spędziliśmy pomagając im  „szprejować” bezbarwnym lakierem ich mocno zniszczone kombinezony. Na nowe widocznie państwa nie było stać, bo pieniądze poszły na „obstawę”. Nikomu nie chodziło o sport, tylko o załapanie się do olimpijskiej ekipy.
 
Specjalista  od robienia dobrego nastroju
 
Każdy zawodnik dobrze wie, jak pożyteczną rolę w zespole odgrywa kolega, który celnym powiedzonkiem potrafi rozładować atmosferę przedmeczową, wywołać wśród partnerów odprężenie i uśmiech. Wielce ceniony jest taki „specjalista”, a właśnie w swoim najlepszym okresie Podhale miało człowieka od robienia dobrego nastroju. Był nim Andrzej Słowakiewicz. Często, jednym poważnym słowem, innym razem - żartem, potrafił rozładować najtrudniejszą, najpoważniejszą atmosferę w szatni czy nawet podczas trwania zawodów. Często też wpuszczał kolegów w „maliny”, ale... taki  już był „Mąka”. Zresztą do dzisiaj się nie zmienił. Jeśli ktoś go nie zna, to potrafi idealnie założyć słuchaczowi „makaron na uszy”. Wtedy z „wiernego Tomasza” wszyscy mają ubaw, nieraz tygodniami. Ale taki był, jest i będzie. Można różnie o nim mówić, ale jednego odmówić mu nie można - pasji i serca do hokeja. Bez niego nie mógłby żyć. Wszędzie go pełno, z wykresami, książkami z nowinkami taktycznymi. Laptop pełen hokejowych programów.


 
Bobby Orr idolem
 
Do hokeja trafił jak każdy chłopiec w Nowym Targu, który był zainteresowany sportem.  Ponieważ mieszkał blisko lodowiska całymi dniami przesiadywał na lodowisku. Najpierw próbował swych sił w ulicznych pojedynkach z rówieśnikami. Grywał też na zamarzniętych stawach wokół rzeki Dunajec i na niej samej.  Do hokejowej szkółki Podhala trafił dopiero w szóstej klasie. Do domu przychodził cały poobijany, gdyż sprzęt z prawdziwego zdarzenia otrzymał dopiero  w szkółce ekstra, po skończeniu podstawówki. W klubie był pod dobrą szkoleniową ręką. Do hokejowego rzemiosła przygotowywali go: Franciszek Mikołajski,  Jan Thomas, Mieczysław Chmura,  Adam Pełeński. Robił błyskawiczne postępy. Uczestniczył w zawodach „Złotego krążka” i systematycznie  piął się w hokejowej hierarchii.  Jego idolem był Robert Gordon ( Bobby) Orr wspaniały ofensywny defensor Boston Bruins, a na krajowych taflach  Mieczysław Chmura.  Dlatego też od razu zdecydował, że będzie obrońcą.
 
- O wyborze pozycji zadecydowała w moim przypadku zimna kalkulacja. Wtedy,  gdy zaczynałem grały trzy ataki i dwie pary obrońców. Wybierając defensywę mogłem częściej przebywać na lodzie – tłumaczy.
 
Praca z wybitnymi trenerami
 
8-krotny mistrz Polski na zakończenie sportowej kariery wybrał się na „saksy” do Niemiec. Po powrocie był jednym z założycieli i pierwszym prezesem Fundacji Hokejowej im. Tadeusza „Elka” Kilanowicza, powołanej do ratowania hokeja w Nowym Targu. Podczas pobytu w Niemczech skończył studium trenerskie.  Trenował juniorów w Landshut, a w okresie przygotowawczym pomagał pierwszej drużynie. Samodzielnie prowadził II -ligowego ESC Dorfen (97/98).


 
- Pobyt u naszych zachodnich sąsiadów wykorzystałem na naukę. Wiele zobaczyłem i skorzystałem z wiedzy wybitnych fachowców. Współpracowałem z takimi trenerami jak Timo Sutinen, który z juniorami Finlandii sięgnął po mistrzostwo Europy, Bernie Johanston czy Wayne Fleming. W międzyczasie zdobyłem niemiecką licencję trenera.  Kosztowało mnie to sporo pieniędzy. Dzięki najwybitniejszym trenerom ze Szwecji, Finlandii i Kanady, którzy byli wykładowcami, poznałem najnowsze metody treningowe i tendencje jakie panowały w światowym hokeju.
 
Przy zielonym stoliku
 
Po powrocie do kraju objął ster „Szarotek”.   Z macierzystym klubem zdobył dwa razy Puchar Polski i Puchar Interligi oraz wicemistrzostwo kraju.
 
- Tytuł mistrzowski odebrano nam przy zielonym stoliku. W Oświęcimiu prowadziliśmy i wtedy do szatni wszedł Stanisław Rączy (przewodniczący WGiD), który twierdził, iż widział faul Darka Łyszczarczyka (dzióbnął kijem rywala). W trzeciej tercji graliśmy bez „Łyżki” i nasza gra się posypała. Atmosfera zrobiła się gorąca. Byliśmy blisko skończenia finału, a… To była ostatnia szansa dla Unii, no i dygnitarze związkowi dopięli swego.  Unia przyjechała do nas i wygrała – wspomina „Mąka”. 
 
Niewiele brakowało, by z radości z pierwszego Pucharu Polski również wyszły nici.  Ekipa z przygodami i z dość dużym opóźnieniem dotarła do stolicy. Miała wypadek drogowy. Tylko dzięki przytomności kierowcy nowotarżanie uniknęli zderzenia z betonowym słupem w Krakowie.
 
- Spóźniliśmy się do stolicy. Gdy dojeżdżaliśmy torunianie kończyli rozgrzewkę - przypomina Andrzej Słowakiewicz. – To przez długie procedury związane z wypadkiem. To wydarzenie miało wpływ na przebieg pierwszej tercji. Staraliśmy się wejść w rytm meczowy, ale osiągnęliśmy go dopiero w kolejnych odsłonach. Gdy wróciliśmy do swojego systemu gry, to torunianie pękli. Pokazaliśmy się w stolicy z dobrej strony oficjelom różnej maści.
 
Następny turniej PP w stolicy organizował Oświęcim, a  podstęp „Mąki” wypalił.  - Każdy z kibiców wchodzących na mecz dostał koszulkę Unii i musiał ją ubrać. Byli z musu kibicami oświęcimskiego klubu – wspomina. – Gdy strzeliliśmy gola kibice w koszulkach Unii bili nam brawo. Prezesi Unii nie wiedzieli co jest grane. Mieliśmy publikę za darmo. 
 
Wynik i nic poza tym
 
Andrzej Słowakiewicz już od  dość dawna martwi się o przyszłość polskiego hokeja. Już nie raz wypowiadał się na temat zagranicznych szkoleniowców i zawodników z poza granic naszego kraju, którzy w większości nic nie wnieśli i nie wnoszą w podnoszenie poziomu naszego hokeja. Ba, wcale stranieri  nie są tańsi – jak niektórzy chcą nam wmówić -  od naszych.  Jego obawy z roku na rok   znajdują potwierdzenie.
 
- Polski hokej po zatrudnieniu ogromnej masy trenerów z zagranicy nie zrobił postępu, wręcz wyraźnie się cofnął - mówi bez ogródek Andrzej Słowakiewicz. - Trenerów z zagranicy interesuje tylko wynik i nic poza tym. Polskiej utalentowanej młodzieży nie dają szans, no bo i po co. Ich nie interesuje fundament klubu, drużyna narodowa, tylko wynik za wszelką cenę, oczywiście z przyzwoleniem działaczy. Działacze jeśli chcą zatrudniać trenerów obcokrajowców, to powinni zaznaczyć im w kontrakcie: „koordynator do spraw młodzieży”. Powinien uczestniczyć w zajęciach juniorów, powinien dbać o ich rozwój.  Nie powinno być tak jak teraz, że odfajkuje poranny trening z seniorami i nic więcej go już nie interesuje w klubie.
 
Siła w … gaciach
 
Uważano go, po przyjeździe z Niemiec, że ma bzika na punkcie zdrowego odżywiania. Na wyżywienie sportowca zawsze zwracał ogromną uwagę. Pamiętam jak po powrocie z Niemiec wszyscy zawodnicy dostali kartki z jadłospisem. Gdy jeszcze opowiedział im jak w szatni drużyny niemieckiej, po każdym treningu i meczu, znajduje się wielka micha z makaronem i sosem pomidorowym, to znacząco pukali się po głowie. Czas  jednak pokazał, że  nie był to „bzik”. Dzisiaj sportowcy muszą się zdrowo odżywiać, jeśli chcą odnosić sukcesy.  
 – U nas pokutują przyzwyczajenia. Schabowy z kapustą i frytkami, albo jedzenie w amerykańskim ambasadorze McDonald’s. To jest najgorsze co może być. To są tzw. paskudy żywieniowe. Po tym siła jest, tyle, że ... w gaciach. Trzeba kłaść duży nacisk na edukację młodego sportowa i ich rodziców jak prawidłowo się powinno odżywiać – tłumaczył chłopakom.  
 
Z boku
 
Trzy lata temu zebrał grupę juniorów i juniorów młodszych, która wcześniej się rozsypała. Za jego namową wrócili do klubu chłopcy, którzy nie trenowali rok, a nawet dwa. Zbudował drużyny i po latach posuchy wywalczyły  awans do finałów mistrzostw Polski. Starał się o fotel prezesa MMKS, ale odebrał mu go jego wychowanek -  Zdzisław Zaręba. Od tego czasu z boku przygląda się temu co dzieje się w nowotarskim hokeju.
 
- Trochę jestem kibicem, ale bierne wpatrywanie się muszę zakończyć – mówi. – Trzeba działać, bo Podhale kolejny raz znalazło się na zakręcie. Trzeba opracować długoterminową strategię odbudowy hokeja w klubie.  Trzeba wrócić do korzeni, do tych lat, kiedy byliśmy kuźnią hokejowych talentów, a mistrzowskie tytuły zdobywaliśmy rok po roku we wszystkich kategoriach wiekowych. Teraz działalność przypomina motanie się jak ryba w sieci. Co roku trwają poszukiwania sponsora, a po pandemii znaleźć go będzie jeszcze trudniej. W takich czasach wielkim skarbem są wychowankowie. Jeśli miasto chce budować lodowisko, to musi być koń pociągowy, a nim bez wątpienia jest  pierwsza drużyna.


 
SŁOWAKIEWICZ Andrzej – ur. 27. 1. 1951 Nowy Targ. Ps. „Mąka”. Obrońca. Kariera sportowa: Grał w klubach: Podhale ( do 81/82), Legia ( 1970/71 - 71/72), RFN  - EV Augsburg (1982-84), EV Moosburg (1984-86).  Olimpijczyk z Sapporo (1972), uczestnik 8-turniejów o mistrzostwo świata (1970 -71, 73 -75, 77-79). 8 - krotny mistrz Polski (1969, 73 -79). W drużynie narodowej rozegrał 116 spotkań, strzelił 6 goli. Debiut w meczu z NRD 30 października 1969 roku. Grał w parze z Stanisławem Fryźlewiczem, Andrzejem Iskrzyckim,  Henrykiem Janiszewski i Leopoldem Warzechą.   W lidze rozegrał  473 spotkania i zdobył 87 goli. W plebiscycie Gazety Krakowskiej,  zorganizowanej z okazji 70-lecia klubu, wybrany został do drużyny gwiazd.
Kariera trenerska: Ukończył 4-letni kurs trenerski w Niemczech (Kolonia, Fuessen). Trener grup młodzieżowych w Landshut i asystent w pierwszej drużynie  i II -ligowego ESC Dorfen (97/98) oraz po powrocie do kraju - Podhala (2000/01- 2002/2003, 03/04 -05/06), pracował też  w  KTH (2001 -03),  Sanoku (06/07) i Stoczniowcu Gdańsk (09/10). Współpracował także przy reprezentacji Polski. W latach 2004-2005 był asystentem selekcjonera Andrieja Sidorenki, a w 2010 roku Wiktora Pysza.  Z macierzystym klubem w roli szkoleniowca  zdobył dwa razy Puchar Polski (2003 i 2004) i Puchar Interligi (2004) oraz wicemistrzostwo kraju (2004).
 
Stefan Leśniowski

Komentarze

zobacz wszystkie tabele
reklama